Connect with us

Recenzje

BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY. Rodzina „przeklęta” w sztuce dokumentu

BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY to fascynująca podróż przez życie i twórczość „przeklętej” rodziny Beksińskich, odkrywająca ich intymne oblicze.

Published

on

Popularność rodziny Beksińskich przeżywa renesans. Przyczyniły się do tego przede wszystkim książka Magdaleny Grzebałkowskiej oraz obsypana nagrodami Ostatnia rodzina (2016) w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Niedawno otrzymaliśmy kolejny utwór, który opowiada o słynnym tercecie krewnych.

Advertisement

W zeszłym miesiącu miałem okazję obejrzeć film dokumentalny Beksińscy. Album wideofoniczny (2017). Zdążyłem się dowiedzieć, że pomysł na stworzenie dzieła opartego w dużej mierze na prywatnych materiałach audiowizualnych tytułowych bohaterów narodził się jeszcze zanim na ekranach zawitała Ostatnia rodzina. Jest to istotna teoria dla tych, którzy nie chcieliby wskazywać przyczyny powstania dokumentu autorstwa Marcina Borchardta w rosnącej w ostatnim roku popularności Beksińskich i widzieć niejako próbę wykorzystania jej, aby pomóc wybić się samemu dziełu.

Beksińscy. Album wideofoniczny trwa niespełna półtorej godziny. Seans mija błyskawicznie i myślę, że dla formy, jaką ma film Borchardta, jest to wystarczający metraż. Nie jest dość krótki, aby uznać go za zajawkę do czegoś większego, a jednocześnie nie przesadnie długi, przez co towarzyszące pokazowi napięcie nie spada i brakuje poczucia męczącego rozciągnięcia narracji.

Advertisement

Bezsprzecznie podstawą dla sukcesu tego filmu był montaż. To właśnie ten środek wyrazu stanowił klucz do stworzenia dokumentu, który nie będzie tylko zbiorem prywatnych nagrań Beksińskich, lecz stanie się kolejnym źródłem wiedzy i zarazem obszernym polem analitycznym na ich temat (czy również dostarczycielem nowych informacji, to już odrębna kwestia). Dominik Jagodziński, zapewne w ścisłej współpracy z Borchardtem, umiejętnie połączył zademonstrowane na ekranie materiały. Widz otrzymuje płynne przechodzenie z jednego nagrania do następnego, z jednego wątku w drugi. To podstawowa cecha, która sprawia, że Beksińskich. Album wideofoniczny ogląda się w nieustannym skupieniu i bezproblemowo chłoniemy ekranowe treści.

Bogactwo nagrań to także ogromny atut. Przygodę w dokumencie Borchardta zaczynamy od czarno-białych, zdecydowanie krótszych względem późniejszych materiałów, filmików z czasów młodości Beksińskich. Obserwujemy Sanok początku lat 50. i parę zakochanych, niespiesznie przechodząc do okresu, gdy na świat przyjdzie ich syn Tomek. W efekcie mamy wyraźną, barwną ekspozycję bohaterów. W tych kilku nagraniach zostaje przekazane przywiązanie najmłodszego z Beksińskich do Sanoka i jego późniejsze deklaracje o pobycie w tym mieście jako najlepszym okresie w swoim życiu, wydają się w pełni uzasadnione. To jeden z kilku świetnych przykładów, że cechą dokumentu Borchardta jest znakomite zbudowanie portretów postaci i reżyser zadbał, aby widz miał możliwość zrozumienia ich psychologii.

Advertisement

Zostańmy przy Tomku. Myślę, że Beksińscy. Album wideofoniczny okazuje się w pewnym stopniu rekompensować niedosyt, jaki w danych aspektach pozostawiła Ostatnia rodzina. W filmie Matuszyńskiego rozdział katastrofy lotniczej ma formę wzmianki i jest jednym z wielu życiowych epizodów. Pojawia się, lecz nie został przez reżysera pogłębiony. Po niefortunnym lądowaniu właściwie jego temat już nie powraca. W dokumencie jest inaczej. Po fragmencie autentycznego wydania dziennika, w którym prezenter informuje o katastrofie, widz otrzymuje dłuższy komentarz Tomka Beksińskiego.

Najmłodszy członek rodziny relacjonuje matce niemalże krok po kroku, co się działo na pokładzie samolotu, opisuje nie tylko swoje odczucia, lecz także tworzy sprawozdanie z zachowania innych pasażerów. Mamy możliwość zobaczenia, jaki naprawdę wpływ miał na Beksińskiego ten wypadek. Ostatnia rodzina jedynie go zasygnalizowała.

Advertisement

Osoby, którym nie spodobała się montażowa zabawa w filmie Matuszyńskiego z odcinkiem Wieczoru z Wampirem, na pewno lepiej się poczują, oglądając autentyczne nagranie w utworze Borchardta. W Ostatniej rodzinie to chyba jedna z nielicznych scen, w trakcie których doskwierała nam świadomość, że oglądamy Dawida Ogrodnika przyklejonego do studia Wojciecha Jagielskiego. W dokumencie otrzymujemy już prawdziwego Beksińskiego. Dla widzów, którzy nie widzieli tego odcinka przed Ostatnią rodziną, stanowi to małą atrakcję.

W dokumencie być może należało bardziej zgłębić kwestię muzycznych zainteresowań prowadzącego Trójkę pod księżycem, ale z drugiej strony otrzymujemy ciekawy kontrast w zestawieniu z Ostatnią rodziną. U Matuszyńskiego słuchaliśmy utworów wraz z Tomkiem, nawet małych fragmentów dobiegających z jego pokoju, gdy na chwilę otwierał drzwi. Beksiński w trakcie filmu zdążył wymienić kilkanaście zespołów, zatem powstał przynajmniej zarys tego, w czym się lubował. W dokumencie natomiast o muzyce wypowiada się dosyć rzadko, a otrzymujemy raptem dwa, trzy ujęcia ze studia nagraniowego.

Advertisement

Zdecydowanie częściej Tomek opowiada o tym, jak męcząca jest dla niego szara codzienność, i tylko wtedy wzmiankuje, że jedynym momentem, w którym odczuwa szczęście, jest zapalanie się czerwonej lampki na pięćdziesiąt minut, po czym wraca do domu i umęczony swoim żywotem musi czekać siedem dni, aż ponownie nadejdzie ten krótki, przynoszący satysfakcję moment.

Dosyć często przytaczam postać Tomka, ale nie jest to przypadkowe. Na pewnym etapie dokumentu zaczyna on dominować nad resztą bohaterów. O Zdzisławie Beksińskim jako artyście nie dowiemy się niczego więcej ponad to, co już wiemy. Kilka sugestywnych ujęć na jego obrazy przypomina nam stylistykę tego artysty, ale Borchardt skupił się głównie na ukazaniu go jako człowieka zafascynowanego postępem technologicznym. W Beksińskich. Albumie wideofonicznym znajdziemy szereg materiałów świadczących o ekscytacji Zdzisława wywołanej kamerą.

Advertisement

Wybrane ujęcia są bezkompromisowe. Uprzedzam, że autor dokumentu nie omieszkał włączyć do swojego dzieła sfilmowanych zwłok czy naprawdę smutnych i przygnębiających kłótni pomiędzy Zofią Beksińską a jej synem (nie potrafię zrozumieć rozchichotanej widowni, której niemałej uciechy dostarczały bezczelne wobec własnej matki odzywki Tomka). W efekcie Borchardt nie wybiela tytułowej rodziny. Z jednej strony pokazuje Zdzisława jako świetnego artystę, z drugiej odważnie demonstruje jego naganne zachowanie wobec żony i śmiałość w przekraczaniu pewnych granic moralnych i smaku (np.

wspomniane już filmowanie zwłok). Tomka poznajemy jako kapitalnego radiowca, ale również niewychowanego, rozwydrzonego i pozbawionego szacunku dla rodziców syna. Widzimy zaangażowanie Zofii i to, jak wiele robi dla rodziny, zajmując się domem, ale Borchardt zestawia to poświęcenie ze zbliżeniami na wilgotne oczy, trzymany w ręku papieros, przygryzaną wargę… Nie trzeba niczego dopowiadać, aby poznać emocje tej kobiety.

Advertisement

Właśnie. Odnośnie dopowiadania. To teraz o tym, co postrzegam jako poważny mankament. Mianowicie narrację pozakadrową. Moim zdaniem wykorzystany materiał filmowy broni się w zupełności. Historia została opowiedziana sprawnie, przejrzyście i unoszący się nad nami duch Zdzisława Beksińskiego był niepotrzebny. Rozumiem, że w twórcach zaistniała potrzeba wykorzystania zapisków ze strumienia świadomości malarza, ale komentarz z offu brzmi sztucznie. Oglądamy prawdziwego Beksińskiego i drażni recytacja Tomasza Fogiela, jakoby przemawiał do nas sam artysta.

Nie podobało mi się także umieszczenie przed napisami końcowymi informacji o tym, co się stało ze Zdzisławem. Dotąd wszelkie wnioski wyciągaliśmy z oglądanych nagrań. Na ich podstawie widz poznaje poszczególnych członków rodziny. Nie ma żadnego problemu z przekazem informacji o tym, co się dzieje w życiu: czy doszło do przeprowadzki; czy ktoś dostał pracę, czy ktoś umarł itp. Uważam, że również za pomocą jakiegoś materiału audiowizualnego (niech to będzie nawet fragment serwisu informacyjnego) należało dopełnić losy najstarszego z tercetu Beksińskich. Takie stricte fabularne zakończenie dla opowieści biograficznej zaburzyło świetną konwencję, w której od pierwszej do (niemalże) ostatniej minuty całość została zbudowana z prywatnych nagrań bohaterów.

Advertisement

Jako mankament mógłbym również uznać fakt, że Beksińscy. Album wideofoniczny nie są dziełem przełomowym. To po prostu logicznie ułożona kompilacja zachowanych materiałów, ale jak już wspomniałem, nie dowiemy się z nich wiele więcej niż tego, co jest już nam znane. Naturalnie mam na myśli osoby, które doświadczyły słuchania audycji Tomka, zaznajomiły się z twórczością Zdzisława czy czytały o codziennych trudach Zofii. To raczej (niewynikające z intencji Borchardta) ciekawa forma uzupełnienia Ostatniej rodziny niż przełomowe dzieło i nowa jakość dla stanu badań nad rodziną Beksińskich.

Pomimo kilku mankamentów film dokumentalny jest naturalnie godny polecenia. Nie odczuwam zachwytu i nie zostałem rzucony na kolana, ale przecież tak być nie musi, aby pochwalić pracę Borchardta i stwierdzić, że nakręcił solidny, przede wszystkim znakomicie zmontowany dokument.

Advertisement

PS. Można zaczekać, aż napisy końcowe dobiegną końca i nie opuszczać przedwcześnie sali.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *