Recenzje

GOLD. Złoto dla mało zuchwałych

Ni to komedia, ni dramat. Niby żyła złota, a nic odkrywczego nie zawiera. Do tego Matthew wyraźnie odleciał - niestety.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Matthew McConaughey ma najwyraźniej słabość do złota. Najpierw poszukiwał go wraz z Penélope Cruz w filmie Sahara z 2005. W 2008 roku z kolei wystąpił w komedii przygodowej pt. Fool’s Gold (tytuł polski – Nie wszystko złoto, co się świeci), gdzie wraz z partnerującą mu Kate Hudson także szukał ukrytego skarbu. W 2017 roku wraca do roli pazernego poszukiwacza, łasego na złoto. W filmie o równie zwięzłym (i złocistym) tytule, bo brzmiącym po prostu Gold, aktor nie jest już taki piękny i młody, ale jego postać także posiada tylko jeden priorytet w życiu – nieustanne i ślepe dążenie do bogactwa.

Da się zauważyć, że chciwość to grzech, który znajduje swoje stałe odzwierciedlenie w kinematografii. Twórcy od zawsze i na przeróżne sposoby potrafią wykorzystywać kino do opowiadania historii wielkich wzlotów i równie wielkich upadków ludzi owładniętych żądzą pieniądza. Bierze się to z dwóch powodów.

Całe rozwinięcie fabuły, łącznie z finałem i główną konkluzją, jest typowe. Film nie wychodzi poza schemat.

Po pierwsze, każdy z nas marzy o bogactwie, bez względu na to, jak bardzo by się tego wypierał. Powiedzenie „pieniądze szczęście nie dają” brzmi co prawda dobrze, wręcz szlachetnie, ale nie ma przełożenia w rzeczywistych pragnieniach. Dlatego kino tak często lubi wykorzystywać to powszechne marzenie, by dać widowni możliwość polizania lizaka fortuny chociażby przez szybę.

Przeciwwagę stanowi drugi powód – filmy, w których wszystko kręci wokół pieniądza, często potrafią także ukazać bezsens takiego kierunku, a co za tym idzie, nauczyć porządkowania priorytetów. Zazwyczaj bowiem przepych i majętność są głównym wyznacznikiem doświadczanej przez protagonisty pustki. Morał wyciągamy sami – nie warto wszystkich sił kierować na bogactwo, gdyż po drodze utracimy to, co liczy się najbardziej.

Najwyraźniej z tego samego założenia wyszedł reżyser filmu Gold. Należy dodać, że dla Stephena Gaghana jest to powrót do kinowej reżyserii po jedenastu latach przerwy – jego ostatni film to bowiem Syriana z 2005.

Historia w filmie Gold jest oparta na faktach. Jej bohaterem jest Kenny Wells (postać prawdziwa, choć ze zmienionym nazwiskiem), biznesmen i poszukiwacz, który marzy o wielkim bogactwie. Wraz z cenionym podróżnikiem Michaelem Acostą wyruszają do Indonezji, by w sercu dżungli szukać najcenniejszego metalu szlachetnego. Podjęte przez Wellsa ryzyko wkrótce przynosi korzyści – poszukiwacze odnajdują prawdziwą żyłę złota, co całkowicie odmienia ich życie. Bohater z dnia na dzień staje się milionerem i skupia na sobie oczy zarówno wilków z Wall Street, jak i całego świata. Ale jak to w takich sytuacjach bywa, tam, gdzie są pieniądze, tam są też ludzkie sępy, zainteresowane tylko jednym – wykorzystaniem naiwności i nieuwagi pławiącego się w bogactwie osobnika.

Problemem Gold jest banał, który z niego bije. Całe rozwinięcie fabuły, łącznie z finałem i główną konkluzją, jest tak typowe, że już praktycznie od pierwszych minut wyjątkowo łatwo domyśleć się, jaki będzie przebieg wydarzeń, w których udział bierze główny bohater. Gold ani na centymetr nie wychodzi poza znany schemat, który nakreśliłem na początku recenzji. Dodatkowym utrudnieniem dla odbiorcy jest to, że film nie ma jasno sprecyzowanej tonacji. Tak często, jak próbuje być bezceremonialny i zabawny i wchodzić w buty komedii, tak często też formułuje podniosłe przemowy, mające uwypuklić główne przesłanie filmu. Tak powstały drink ani nie smakuje dobrze, ani się dobrze nie trawi.

Najmniej przyjemności sprawia jednak oglądanie Matthew McConaugheya. I jest to tym bardziej przykre, gdy weźmie się pod uwagę, że aktor tej rangi zwykł seans umilać, a nie go psuć. Wiele kilogramów McConaughey wsadził do tej roli. Wiele włosów zdecydował się poświęcić. Oszpecił się, by wyglądać wiarygodniej, ale rezultat jego starań jest co najwyżej groteskowy. Aktor szarżuje na wszelkie możliwe sposoby. Tak bardzo zależy mu na tym, by ukazać ekscentryczność, że popada w śmieszność. Kenny Wells to nieprzyjemny, obleśny typ, któremu w żaden sposób nie da się kibicować, a już tym bardziej współczuć. Z kolei w momentach, gdy postać kieruje do widza umizgi mające na celu odwrócenie złego wrażenia, wyglądają one po prostu żałośnie.

W Gold przyjemne są za to indonezyjskie widoki. Na Bryce Dallas Howard także dobrze się patrzy. No i ścieżka dźwiękowa też jest niczego sobie (jedną z piosenek nagrał sam Iggy Pop). Cała reszta filmu z kolei wpisuje się w definicję przeciętniactwa. Gold jest bowiem za mało odkrywczy jak na film o odkrywaniu traktujący.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane