Ivan Drago w piwnicy i mleko w proszku | FILM.ORG.PL

Ivan Drago w piwnicy i mleko w proszku








Jakub Koisz
07.01.2016


W jednej ze scen treningowych w dramacie bokserskim Creed przygotowujący tytułowego bohatera do walki życia Rocky Balboa słabnie i zaczyna wymiotować. Twarz i czołowy twardziel znanej i kochanej również w Polsce serii filmowej ledwo trzyma się na nogach, a Adonis podtrzymuje go, przerażony. Balboa może powiedzieć w takiej sytuacji tylko jedno – „przepraszam”. Robi to z głosem drżącym od wstydu, nie reagując na zapewnienia czarnoskórego protegowanego, że przecież nic się nie stało. „Przepraszam” – powtarza Rocky, a czterdziestoletnia historia serii ocieka łzami i – przepraszam za wyrażenie – zajebistością. Żaden bohater kultury popularnej nie jest tak świadomy swojej wielkości i miałkości jednocześnie jak Włoski Ogier. Mieć coś do powiedzenia po tylu latach to wielka sztuka.

To dla mnie osobista sprawa. Znowu. Myślę, że  Rocky mógł uratować życie kilku moim kolegom.

Zamojskie sale treningowe sekcji bokserskiej, jeszcze przed remontem, to były mordownie może nie tego kalibru, co te filadelfijskie w filmach Sylwestra Stallone’a, ale niewątpliwie trenerzy wyznawali podobną zasadę co Mickey, świętej pamięci trener Balboy – „nie każdy może boksować i pamiętaj, że na razie jesteś nikim”. Oczywiście tkwi w tym pewna pułapka, bo buractwem jest mówić, że pięściarstwo to sport zarezerwowany tylko dla ulicznych zabijaków, wszak schludne i dobrze prowadzone kluby sportowe mają się nieźle. Sportowy Zamość jednak był skąpany w kulcie zamkniętego kręgu bokserskich młodzików, a potem seniorów i choć uczęszczać na zajęcia mógł każdy, rzeczywisty sprawdzian czekał niektórych adeptów poza murami OSiR-u. Nie kończyło się tylko na ulicznych solówkach („takiś cwany, boks trenujesz, to chodź, zobaczymy”, „fajne masz pumy, sportowcu, ściągaj je albo w łeb”), ale i na naiwnej wierze, że każdego trenującego chłopaka czeka lepsza przyszłość niż obijanie mord na okolicznych imprezach i zarabianie pięć dych za stanie na bramce w klubie. Wykolejeńców zresztą byłoby o wiele więcej, gdyby nie filmy ze Stallonem. Z tego, co zauważyłem, każdy z moich trenujących przyjaciół zapisywał się do klubu, inspirując się historią Rocky’ego i  tak jak on czekali na odkrycie, pijąc surowe jajka, biegając po podwórku za kurami i godząc się na dostawanie w skórę, a przy tym wszystkim – wierząc, że przyjdą lepsze dni.

maxresdefault (2)

Pamiętam, gdy w weekendowe wieczory zbierały się grupki bandujących się kumpli, choć w co drugą sobotę trzeba było czekać na nich dłużej, bo jedynka emitowała wtedy kolejną część sagi. To Włoski Ogier uczył nas, że jeśli mamy szansę na zaistnienie,  musimy zapieprzać za trzech;  niczym dzielny heros przed pierwszą walką z Apollem. To on pokazywał nam, że gdy osiadamy na laurach, może przyjść wróg i zrobić nam kuku, jak Cluber Lang w pamiętnej „trójeczce”. Wieszane na ścianach piwnicznej siłowni zdjęcia Ivana Drago pozwalały nam identyfikować się z Balboą raz jeszcze; przecież w tym mroźnym ZSRR trenował on, używając tylko i wyłącznie darów natury oraz ciężaru własnego ciała. Jak my, z tymi drążkami, do których przymarzały czasem rękawiczki, z tym mniej lub bardziej słomianym zapałem, budzonym przez kino akcji i prenumeratę wydawanych magazynów kulturystycznych typu „Muscle” czy „Flex”. Gdy przychodziły zimy, machaliśmy niefabrycznie toczonym żelazem w szopach i piwnicach, jedliśmy jogurty krasnystawskie, popijając to serwatką z mlekiem w proszku i surowymi jajkami, niektórzy nawet próbowali zapuścić kilka kiełków zarostu, żeby wyglądać jak Stallone, kończyło się jednak na wstydliwym podkradaniu maszynki do golenia od ojców i przywracaniu twarzy gładkości.

I Ivan Drago, ten zwierz radziecki, który reprezentował wielkich, mających wspaniałą separację mięśni oraz żyły niczym węże ogrodowe sterydziarzy. Tych wybrańców ćwiczących na najlepszych atlasach, wpieprzających białko kilogramami, a nie jak my – jedzący, co mama na obiad podała, a podawała raczej zestawy typu „mięso zjedz, a ziemniaki zostaw”. Byliśmy naturą, a nie technokratyczną sztucznością, byliśmy czystą wolą, nie weekendowymi byczkami na witaminach, a gniewne spojrzenie Drago przypominało trzy do czterech razy w tygodniu (aby nie „przepalić mięśni”), że zawsze będzie istniał ktoś dwa razy większy niż my i dwa razy potężniejszy. Trzeba więc się uzbroić.

wpid-Creed_review

Nawet i kolejne przygody Rocky’ego były dla nas nauczką – kobieta to skarb w życiu wojownika, nie wstydź się swoich intelektualnych ułomności, bowiem wiedzę i mądrość zdobywa się również na ulicy, a przede wszystkim – że kiedyś to wszystko musi się skończyć. Niesławna „piątka” (zupełnie nie rozumiem, czemu uważana jest za najgorszą część serii) kiwała nam palcem ku przestrodze, że bolesne czasem są następstwa zgrywania kozaczyny, bo można dostać w dynię o jeden raz za dużo. Kontuzje, jąkanie i godzenie się, że żadnymi maszynami do zabijania nie jesteśmy – docierały do nas te prawdy, więc od dojrzałego już Rocky’ego słuchaliśmy opowieści o ugłaskanej bestii, uspokajaniu wewnętrznego krzykacza i o tym, że mężczyzna wie, kiedy ma zejść z ringu zanim będzie za późno. A potem ta bolesna lekcja o starości i znikającej rodzinie, którą Stallone niby na koniec zaserwował nam poprzez szóstą odsłonę. Coś pięknego i bolesnego, jak życie.

Ryan Coogler, reżyser wchodzącej na ekrany kontynuacji, zrozumiał moim zdaniem postać Włoskiego dzięki tym samym filtrom odbiorczym co my, zamojskie i podzamojskie dzieciaki z sal treningowych lub piwnic. Mówił, że gdy pisał scenariusz, miał przed oczami seanse poprzednich odsłon wraz z ojcem. Tak rodzi się miłość do opowieści i choć nie jest to kontynuacja przygód pięściarza w ścisłym tego słowa znaczeniu, dzięki przeniesieniu wagi opowieści na Adonisa Creeda, zagubionego i wkurzonego (jak niegdyś my) młodego człowieka, obraz ten osiąga to, czego oczekiwaliśmy zawsze po Rockym. Mentorstwo. Wskazówki, jak żyć oraz jak zejść ze sceny z godnością.

Wielkie kino i naprawdę zapraszam państwa na seans.  Powitajmy starego przyjaciela godnie. On nam nie wciska kitu, zawsze był na to za szczery i prostoduszny.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz

Latest posts by Jakub Koisz (see all)







  • Siri

    Cholera, ale świetny tekst. Tak, jest w tej serii coś niesamowicie prawdziwego, Rocky to niemal przyjaciel, który jest z nami od lat i widzimy własciwie połowę jego życia, począwszy od narodzin legendy po wszystkie wzloty i upadki. Creed fenomenalnie kończy tę serię, oddaje ostatnie pożegnanie. A to jak seria oddziaływała na młodych chłopaków jest bezcenne.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

CREED. Narodziny legendy

Następny tekst

Upiorna panna młoda. Współczesny Sherlock w wiktoriańskim Londynie



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE