Zestawienie
6 (+ bonus) „zaginionych klasyków” SCI-FI Stevena Spielberga
Co by było, gdyby Steven Spielberg przez ostatnie czterdzieści lat nadal kręcił filmy w duchu E.T. i Bliskich spotkań trzeciego stopnia?
Co by było, gdyby Steven Spielberg przez ostatnie czterdzieści lat nadal kręcił filmy w duchu E.T. i Bliskich spotkań trzeciego stopnia? Prawdopodobnie niektóre z nich wyglądałyby właśnie tak jak filmy z tej listy. Nie są to produkcje Spielberga, ale chyba żadna nie ukrywa inspiracji jego kinem. Łączy je jednak unikalnie spielbergowska metoda: dziecięca perspektywa, niezwykłe odkrycie, tajemnica, kontakt z czymś nieznanym i ten charakterystyczny dla kina Spielberga zachwyt nad tym, że gdzieś tam może istnieć coś więcej.
Lot nawigatora (Flight of the Navigator, 1986)
David Freeman znika w lesie, a kiedy po kilku godzinach wraca do domu, okazuje się, że minęło osiem lat. Chłopiec niczego nie pamięta, ale wkrótce odkrywa, że jego zaginięcie ma związek z tajemniczym statkiem kosmicznym.

Disneyowski Lot nawigatora jest niemal czystą esencją familijnego sci-fi lat 80. – mamy dziecko, UFO, podróż w czasie, niezwykłą technologię i dorosłych, którzy nie do końca rozumieją, co właściwie się wydarzyło. To właśnie ten rodzaj filmu, w którym wielka tajemnica spotyka się z dziecięcą wyobraźnią. Gdyby Steven Spielberg nakręcił jeszcze jeden film pomiędzy E.T. a Hookiem, mógłby wyglądać właśnie tak.
Super 8 (Super 8, 2011)
J.J. Abrams nawet nie próbuje ukrywać swojej fascynacji kinem Spielberga. Grupa dzieciaków z małego miasteczka kręci film na taśmie Super 8, kiedy przypadkiem staje się świadkiem katastrofy kolejowej. Wkrótce okazuje się, że z wraku wydostało się coś, czego wojsko desperacko próbuje odnaleźć.

Super 8 jest jednocześnie hołdem dla kina lat 70. i 80. oraz samodzielnym filmem o przyjaźni, dorastaniu i niezwykłym odkryciu. Dzieci, małe miasteczko, tajemniczy przybysz i wojsko próbujące ukryć prawdę – trudno o bardziej oczywiste skojarzenie z E.T.. Co ciekawe, Steven Spielberg był producentem filmu.
Bumblebee (Bumblebee, 2018)
Travis Knight dostał zadanie stworzenia kolejnego filmu z serii Transformers, ale zamiast kopiować widowiskowy styl Michaela Baya, zrobił coś znacznie bardziej kameralnego. Nastolatka Charlie znajduje na złomowisku starego Volkswagena Garbusa i odkrywa, że samochód jest w rzeczywistości robotem z kosmosu. Dalej mamy wojsko, pościgi i walkę Autobotów z Decepticonami, ale najważniejsza pozostaje relacja dziewczyny z niezwykłym przybyszem.

Bumblebee jest mocno zanurzone w estetyce lat 80., a jego konstrukcja przypomina współczesną wersję E.T.. To jeden z tych rzadkich blockbusterów, które bardziej interesują się bohaterami niż skalą zniszczeń.
Nocny uciekinier (Midnight Special, 2016)
Jeff Nichols bierze klasyczny motyw dziecka posiadającego niezwykłe zdolności i pozbawia go niemal całej hollywoodzkiej otoczki. Ojciec ucieka z synem, którego ścigają zarówno służby rządowe, jak i religijna społeczność przekonana, że chłopiec ma szczególne przeznaczenie. W miarę rozwoju historii coraz wyraźniej okazuje się, że jego zdolności mają związek z czymś znacznie większym.

Midnight Special jest mroczniejszym, bardziej melancholijnym kuzynem E.T.. Nichols nie spieszy się z wyjaśnieniami i zamiast efektownego widowiska buduje atmosferę tajemnicy. To właśnie dzięki temu filmowi prosty motyw dziecko i coś niezwykłego otrzymuje znacznie bardziej dojrzałą formę.
Bezmiar nocy (The Vast of Night, 2019)
Małe miasteczko w Nowym Meksyku, końcówka lat 50. i noc, podczas której radiooperator odbiera tajemniczy sygnał. Młoda pracownica lokalnej stacji radiowej i prezenter próbują ustalić jego źródło, a ich poszukiwania prowadzą do coraz bardziej niepokojących odkryć.

The Vast of Night praktycznie rezygnuje z widowiskowych efektów i buduje napięcie za pomocą dialogów, dźwięku i wyobraźni widza. Film wygląda jak zagubiony odcinek Z Archiwum X, ale ma własny styl i świetnie wykorzystuje atmosferę epoki. Jeśli Bliskie spotkania trzeciego stopnia były opowieścią o fascynacji tajemniczym sygnałem, tutaj dostajemy jego znacznie skromniejszą, ale niezwykle pomysłową wersję.
Ziemia wzywa Echo (Earth to Echo, 2014)
Trójka przyjaciół odkrywa tajemnicze urządzenie, które prowadzi ich do niezwykłego odkrycia. Wkrótce okazuje się, że mają do czynienia z przybyszem z kosmosu, którego obecność próbują ukryć przed dorosłymi. Brzmi znajomo? Ziemia wzywa Echo jest właściwie E.T. dla pokolenia smartfonów.

Klasyczny motyw dzieci odkrywających coś, czego nie rozumieją dorośli, zostaje tutaj połączony z estetyką found footage. Kamera w rękach młodych bohaterów sprawia, że cała przygoda nabiera bardziej osobistego charakteru. Film nie dorównuje Spielbergowi, ale doskonale rozumie, dlaczego jego kino działało tak dobrze: wielkie science fiction najlepiej smakuje wtedy, gdy oglądamy je z perspektywy kogoś, kto po raz pierwszy odkrywa, że świat jest znacznie dziwniejszy, niż mu się wydawało.
Bonus: Światła nad Phoenix (Phoenix Forgotten, 2017)
Jeśli sześć głównych filmów można uznać za spadkobierców bardziej przygodowego i familijnego Spielberga, Światła nad Phoenix reprezentuje znacznie mroczniejszą stronę tej samej fascynacji UFO. Trójka młodych ludzi próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczych świateł obserwowanych nad Phoenix w 1997 roku.

Film wykorzystuje formułę found footage i stopniowo przechodzi od młodzieżowej wyprawy w stronę horroru. To zdecydowanie mniej typowy zaginiony Steven Spielberg, ale właśnie dlatego warto potraktować go jako bonus – pokazuje, co mogłoby się wydarzyć, gdyby fascynacja tajemniczymi przybyszami z Bliskich spotkań została przepuszczona przez współczesne kino grozy.

