Recenzje

ZWIERZĘTA NA WOLNOŚCI. TY KONTRA DZICZ. Jak skutecznie zabić Beara Gryllsa?

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Namiętnie kiedyś oglądałem Szkołę przetrwania Beara Gryllsa. W pamięci zapadła mi szczególnie jedna scena. Minęło już dość dużo czasu, dlatego nie potrafię wskazać, który to był sezon, ale ten fragment został sfilmowany tak poruszająco i dowcipnie zarazem, że na zawsze stał się częścią mojego medialnego ukulturalnienia. Wyobraźcie sobie nędzną tratwę dryfującą gdzieś po morzu. Na niej Bear z opuszczonymi spodniami robi sobie lewatywę. Kiedy wsadza koniec rurki do odbytu, rozlega się jego krzyk ni to rozpaczy, ni to bólu, a promienie zachodzącego słońca delikatnie oświetlają całą sytuację. Kiedy więc zobaczyłem na Netflixie, że Bear Grylls wziął udział w interaktywnym programie, od razu przypomniała mi się tamta lewatywa i nowe możliwości. Gdyby tak widz mógł pilotem od telewizora wybrać, czy Grylls ją sobie zrobi, czy może spróbuje innego sposobu… Rewelacja.

Bear Grylls ma do wykonania kilka zadań w postaci m.in. uratowania zwierząt, które uciekły z rezerwatu. To, czy mu się uda, zależy od naszego pilota.

Nic tak nie odbiera apetytu jak pijawka przyssana do gardła – jedna z mądrości Beara Gryllsa. Sporo ich wymyślił. Warto zapamiętać, mimo że niekiedy wydają się nam one nieco kuriozalne. Mało tego, w programie mamy wpływ na to, czy Bear połknie pijawkę, czy ją rozgryzie. Ja wybrałem połknięcie, co okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Bear prawie się udławił. Pijawka próbowała przyssać mu się do śluzówki. Musiał ją wyjmować patykiem, co zaowocowało owym ciekawym stwierdzeniem na miarę Czasu apokalipsy. Pijawka przyssana do gardła może stać się tak pamiętnym wydarzeniem, jak zapach napalmu o poranku. Zwierzęta na wolności. Ty kontra dzicz zawiera w sobie mnóstwo osobliwych wyborów dokonywanych pilotem od telewizora. A wszystko to w klimacie całkiem dowcipnym, bo na samym początku Bear ucieka przed lwem i ma okazję wdepnąć w olbrzymią kupę.

Grylls zbudował całą swoją popularność na stawianiu siebie w sytuacjach granicznych, śmiertelnie niebezpiecznych dla normalnego człowieka albo tak obrzydliwych, że nikt inny by tego nie zrobił. Jest jeszcze trzecia możliwość – niebezpieczne i obrzydliwe w jednym. A teraz poszedł dalej. Dał widzowi szansę zdecydowania, w jaki sposób powinien się zachować. Za pomocą pilota można więc Beara doprowadzić nawet do poddania się. Raz mi się to udało – nasz specjalista od sztuki przetrwania musiał zapalić pomarańczową świecę dymną, co oznaczało ewidentną porażkę, a w sytuacji, gdyby nie miał pomocy z zewnątrz, nawet śmierć. Kilka razy zmusiłem Gryllsa również do pomniejszych błędów, które jednak przeżył, chociaż dane zachowania go nieco osłabiły.

Możemy więc ranić go, zmuszać do topienia się, ucieczki przed lwem na drzewo, a także jedzenia przeróżnych świństw, jak rzeczona pijawka – nie zjadłby jej, gdybyśmy wybrali drzewa. Zawsze mamy wybór. Bear z naszą pomocą ma do wykonania kilka zadań w postaci uratowania zwierząt, które uciekły z rezerwatu. To, czy mu się uda, zależy od naszego pilota. Twórcy interaktywnego programu Zwierzęta na wolności dali nam również ograniczony czas na podjęcie decyzji oraz możliwość powrotu do nieudanie zrealizowanych misji. Zaręczam, że zabawy jest przy tym mnóstwo i w ogóle w człowieku uaktywniają się dość niskie instynkty łaknące taniej rozrywki. Wyobrażam sobie, że futurystyczne igrzyska mogłyby wyglądać tak, że siedząc sobie wygodnie przed telewizorami, będziemy za pomocą specjalnie zaprojektowanych interfejsów, zewnętrznych bądź wgranych w nasze neurochipy, decydować, co się ma stać z danym osobnikiem. Kiedyś przecież Rzymianie robili zupełnie to samo, tyle że w dość ograniczonym zakresie – życie lub śmierć (infesto pollice). My mamy możliwość wyboru – zjesz obrzydliwą larwę lub słodką jagódkę. Ale czy od takiego wyboru nie dzieli nas już tylko krok od decydowania, czy ktoś powinien skoczyć ze skały? W pewnym sensie Bear Grylls już teraz daje nam taką możliwość, a świadomość wpływu na akcję programu sprawia realną przyjemność.

Bardzo dobrym pomysłem było zaimplementowanie do programu czegoś w rodzaju menu z wyborem misji oraz graficzną prezentację obszaru, na którym znajdują się zadania. Nie jest ono szczytem osiągnieć grafiki komputerowej, ale pomaga widzowi odnaleźć się w sytuacji. Problemem jest natomiast realizm. A w takim programie jak interaktywne przygody Beara Gryllsa powinien on być szczególnie kunsztownie dopracowany.

To chyba jedyny zarzut wobec produkcji. Ilekroć Grylls staje przed sytuacją, w której ma się bezpośrednio skonfrontować z dzikim zwierzęciem, kamera właściwie tego nie pokazuje. Ujęcia np. biegnącego lwa i uciekającego Gryllsa są niezależne. Podkreślam, że odnosi się wrażenie symulacji niebezpieczeństwa. Zapewne to jedynie kwestia techniczna. Pewnie ze względów bezpieczeństwa kamerzysta musiał być bardziej chroniony niż Grylls, dlatego pewne ujęcia robił wcześniej, a potem były one wmontowywane w akcję, żeby zwiększyć jej napięcie. To zresztą widać, gdy np. Grylls zamyka lwa w boma, zagrodzie zrobionej z kolczastych roślin. Niemniej, patrząc na przebieg zadań z punktu widzenia biorącego w nich interaktywnie udział widza, odczuwa się niekiedy brak realizmu w czasie dynamicznych ujęć.

Interaktywnych programów wciąż jest niestety mało, a jak pokazuje przykład Zwierząt na wolności, jest to świetna rozrywka. Czy faktycznie konieczny jest w niej udział znanej z ekstremalnych wyczynów postaci? Absolutnie nie, chociaż doprowadzanie Beara Gryllsa na kraniec jego możliwości, ze świadomością że sobie jednak poradzi, jest całkiem przyjemne. A gdyby tak bohaterem programu był zwykły człowiek, a interaktywność posunąć nieco dalej i realizować w trybie „na żywo”?

Ostatnio dodane