Recenzje
ZAKOCHANY GŁUPIEC
W ZAKOCHANYM GŁUPCIE Joe Scott stawia czoła własnym demonom w świecie przemijającej sławy, błądząc między narkotykami a melancholią.
[UWAGA! TEKST ZDRADZA ELEMENTY FABUŁY FILMU!]
Joe Scott (Daniel Craig) to aktor, którego gwiazda gaśnie w zastraszającym tempie. On sam zdaje się tego nie zauważać. Albo inaczej – zauważać nie chce. Pławiący się w narcystycznym samouwielbieniu, winę za swoje niepowodzenia z łatwością zrzuca na innych. Środek na czające się niemal wszędzie poczucie samotności znajduje w narkotykach i dzikich imprezach. Nie ma pomysłu na przyszłość, nie ma pomysłu na teraźniejszość. Nie ma pomysłu na życie jako takie.
Odrzucenie go jako niemal stuprocentowego kandydata do pierwszoplanowej roli w filmie wywołuje napad paniki, a dodatkowo daje mu kolejną okazję do użalania się nad sobą i nad niesprawiedliwością losu. Nawet wiadomość o śmierci Bootsa – najlepszego przyjaciela z młodości – nie robi na nim takiego wrażenia, jak owo odrzucenie i zanegowanie jego wspaniałości. Joe, kierowany autowspółczuciem, wsiada więc w swoje niewyobrażalnie drogie auto, jedzie na przepiękną plażę i prawdopodobnie zamierza się zabić. Zamiast tego jednak oddaje się wspomnieniom.
Retrospekcja rzuca nas w lata młodzieńcze bohatera. Przed nami pojawia się zwykły nastolatek, żyjący zwykłymi „nastoletnimi” problemami i wszechobecną muzyką lat siedemdziesiątych. Poznajemy jego pierwszą niewinną miłość, poznajemy również tragiczne okoliczności, w jakich utracił nie tylko ją, ale i całe to beztroskie, nastoletnie życie. Widzimy, jak ucieka przed konsekwencjami tego, co zrobił. Zostawia wszystko za sobą. Kompletnie zdezorientowaną, młodą dziewczynę, która zaczynała darzyć go uczuciem. Przyjaciela, którego nigdy potem nie widział, a który bezustannie trwał w podziwie i uznaniu dla swojego towarzysza.
I wreszcie rodzinę, która nie potrafi sobie w racjonalny sposób wytłumaczyć, co skłoniło go do spakowania kilku rzeczy i opuszczenia jej chyłkiem, bez słowa pożegnania. To wszystko młody Joe zostawia za sobą. Wszystkie konsekwencje. Ale czy rzeczywiście?
Ucieczka sprzed lat nie skończyła się, przeniosła się tylko w czasie. Nakładając makijaż, maskując zmarszczki, Joe próbuje uciec przed czasem. Przed samotnością chronią go pieniądze, które zapewniają mu narkotykowe orgie i złudną wiarę w to, że dzięki nim zawsze ktoś przy nim będzie (próba przekupstwa asystentki). Pomagają mu również w ucieczce przed wyrzutami sumienia – kupiony dla matki dom, w jego mniemaniu, rekompensuje porzucenie rodziny.
Jak w takim kontekście odczytać gest, który staje się jego udziałem po krótkim pobycie w rodzinnych stronach? Po pogrzebie Bootsa, Joe, dowiedziawszy się, że wdowa (jego dawna miłość, którą przed laty porzucił) ma problemy finansowe, wystawia czek pokrywający dług. Czy jest to znak zwiastujący początek przemiany moralnej bohatera? No cóż, sam fakt wystawienia czeku raczej nie. Niemniej jednak okoliczności, w jakich się to dzieje, powody – po raz pierwszy nie do końca samolubne – mogą takim znakiem być. Joe pochyla się wreszcie nad losem kogoś innego, po raz pierwszy stawiając siebie na dalszym miejscu.
Zapewne egoizmu zakorzenionego tak głęboko, jak w przypadku Joego, wyplenić się szybko nie da, jednak mimo wszystko podobny gest niesie powiew optymizmu. Wreszcie skończony egoista pozwolił dojść do głosu swojej prawdziwie ludzkiej naturze – do tej pory postrzeganej przez niego jako słabość. Może ten prosty odruch – chęć niesienia pomocy – zdeterminuje jego dalsze życie i wreszcie nada mu sens. Stanie się pierwszym, wartościowym elementem, wypełniającym pustą do tej pory egzystencję i pozwoli stawić życiu czoła, zamiast wiecznie przed nim uciekać. Maleńki krok w tym kierunku już został zrobiony.
Film nie jest obrazem wybitnym. Nie wyrasta ponad przeciętność. Nie uświadczymy tu aktorskich fajerwerków (poza solidną rolą Craiga, którego kreacja wprawia w ruch cały film), nie zobaczymy historii niesamowitej, niezwykłej, zaskakującej. Wręcz przeciwnie – w tym wypadku mamy do czynienia z przyziemnością graniczącą z przeciętnością. I chyba właśnie ten aspekt powoduje, że film ogląda się dobrze. Że trafia do widza, który wpatruje się w – tak naprawdę – samego siebie. I który znajduje wreszcie optymistyczne przesłanie, że jednak można i że nigdy nie jest za późno.
Tekst z archiwum film.org.pl (12.05.2008).
