search
REKLAMA
Recenzje

WĘDROWCY NA KRAWĘDZI. Choreografia suspensu

Trzymająca w napięciu intryga, znakomita choreografia i piękne zdjęcia. Tak najkrócej opisać można Wędrowców na krawędzi Zhanga Yimou.

Tomasz Raczkowski

13 grudnia 2021

REKLAMA

W latach 30. XX wieku walkę o władzę i duszę Chin toczyli (upraszczając) komuniści i nacjonaliści, nad obiema stronami wisiało zaś czerwone słońce japońskiego imperializmu. Po inwazji w 1932 roku Cesarstwo utworzyło na terenach Mandżurii marionetkowe państwo Mandżukuo, będące de facto formą sprawowania przez Japończyków kontroli nad Chinami, wrogą zarówno Kuomintangowi, jak i Komunistycznej Partii Chin. Takie tło historyczne posiada najnowszy film Zhanga Yimou, będący pierwszym w jego karierze thrillerem szpiegowskim opowiadającym o starciu japońsko-mandżurskiego wywiadu z agentami wspieranych przez ZSRR komunistów.

Wędrowcy na krawędzi opowiadają historię operacji „Utryenna”, mającej na celu przerzucenie przez granicę zbiega z japońskiego obozu internowania, który ma na arenie międzynarodowej zaświadczyć o dokonywanych tam zbrodniach. Bardzo szybko okazuje się jednak, że to zaledwie pretekst do budowania zupełnie innej intrygi – scenariusz Wędrowców oparty jest na rozgrywce prowadzonej przez czworo agentów wysłanych z Rosji w celu wykonania misji a wywiadem Mandżukuo, dysponującym zeznaniami zdrajcy i rozpracowującym akcję oraz lokalną siatkę komunistycznych szpiegów. Zhang nie czeka długo, by wrzucić widza w sam środek akcji. Po spektakularnej sekwencji lądowania czwórki komunistycznych agentów w zaśnieżonym mandżurskim lesie napięcie już tylko rośnie. Losy podzielonych na dwie podgrupy protagonistów przeplatają się, coraz bardziej gmatwając opowieść i podbudowując kolejne zwroty akcji. O fabule napisać zbyt wiele nie wypada, bo jej odkrywanie i przyjmowanie kolejnych serwowanych przez twórców zwrotów akcji jest tu jedną z kluczowych przyjemności. Dość powiedzieć, że mimo momentami mocnego zagmatwania nie gubimy z oczu personalnych stawek i przez cały film trzymamy się emocjonalnie naszych – wymieniających się co jakiś czas ważnością – protagonistów i protagonistek. Choć opowieść dzieli się na sugestywnie tytułowane rozdziały, Zhang Yimou wprowadza je raczej jako element płynnego komentarza niż realnej segregacji. Spirala nakręca się swoim niezmiennym rytmem, a my nie mamy czasu zastanawiać się nad ewentualnymi potknięciami scenariusza, bo już zaraz za gardło złapie nas kolejna fabularna przewrotka.

Intryga to jedna – może główna – z atrakcji oferowanych przez Wędrowców na krawędzi, ale nie jedyna. Równie wielką przyjemność sprawiają precyzyjnie skomponowane i zrealizowane sekwencje akcji – przy czym akcja oznacza tu zarówno uderzające fizycznym charakterem (a miejscami brutalnością) starcia między agentami dwóch stron, jak i pełne suspensu „skradanki”, w których napięcie rodzi się z bezruchu i paranoicznego wyczulenia na potencjalne zagrożenia i zdrady, jakie odczuwają postacie. W zasadzie można powiedzieć, że Zhang na swój sposób godzi fanów szpiegowskiej zadymy spod znaku choćby Jamesa Bonda, jak i koneserów piętrowych intryg w stylu Siedemnastu mgnień wiosny czy Szpiega Tomasa Alfredsona. To świetnie zbalansowane połączenie intelektualnej układanki i wizualnego spektaklu nieczęsto udaje się zrealizować.

Oddaje to zresztą na swój sposób wszechstronność samego Zhanga Yimou, który zasłynął przecież jako twórca społecznych dramatów, by w dalszym etapie swojej kariery stać się twórcą kultowych produkcji z gatunku wuxia. Ten ostatni jest zresztą podskórnie wyczuwalny w Wędrowcach na krawędzi – choć oczywiście nie pasują tu czasy i konwencja na wskroś realistycznej opowieści o bliskiej historii, to w dynamicznie montowanych scenach walki, opartych na krótkich cięciach i zmianach perspektywy oraz żonglowaniu dalekimi i bliskimi planami, momentami ma się wrażenie, że bohaterowie za moment wzbiją się w zaginającym prawa fizyki wyskoku lub zaczną przecinać lecące kule. Tym bardziej, że genderowy rozkład jest tu bardzo podobny do klasycznej dynamiki wuxia (najczęściej konfrontują się kobieta z mężczyzną). Oczywiście nic przełamującego realizm nie ma miejsca, ale oddać należy Zhangowi nadanie filmowi tego unikalnie lokalnego nerwu, mimo zachowywania żelaznej gatunkowej dyscypliny.

Trzymająca w napięciu intryga, znakomita choreografia i piękne zdjęcia. Tak najkrócej opisać można Wędrowców na krawędzi Zhanga Yimou. Realizacyjna maestria pozwala przymknąć oko na pewne niedociągnięcia czy zbyt mocno pociągnięte melodramatyczną kreską elementy fabuły. Szkoda, że widzowie zostają pozostawieni z cokolwiek kiczowatym, sztampowym zakończeniem, pasującym do zwartej i skoncentrowanej na suspensie intrygi jak pięść do nosa. Może to jednak element gry pod lokalny przemysł filmowy, podobnie jak dedykacja dla Bohaterów Rewolucji – trudno połapać się w perypetiach i bieżących układach Zhanga z KPCh i nie chcę wyrokować, jak mogły się przełożyć na sięgnięcie przez twórcę Bohatera po szpiegowską opowieść osadzoną w czasach chińskiej walki o wolność i kształtowanie się aktualnego układu sił politycznych w kraju. Pozwolę sobie jednak wybaczyć twórcy niedociągnięcia, bo spektakl stworzył znów wyborny.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA