Recenzje
THE VAST OF NIGHT. Z głębi nocy przychodzi mały, wielki film science fiction
THE VAST OF NIGHT to nostalgiczny powrót do lat 50., w którym kosmiczne tajemnice splatają się z młodzieńczymi marzeniami i odkryciami.
Już w trakcie seansu The Vast of Night zapragnąłem cofnąć się do czasów, kiedy będąc nastolatkiem, zaczytywałem się w opowiadaniach fantastycznych napisanych w połowie zeszłego wieku. Gdzie fabularna i narracyjna prostota wcale nie przeszkadzały, a jeszcze mocniej podkreślały nowatorskie, być może z dzisiejszej perspektywy naiwne pomysły na światy przyszłości, na ukazanie bliskich spotkań z kosmitami, sztuczną inteligencją bądź dużo bardziej zaawansowaną ludzkością. W debiucie Andrew Pattersona jest zresztą scena, w której główni bohaterowie rozmawiają o wynalazkach mających zmienić codzienne funkcjonowanie człowieka – superszybka kolej osiągająca prędkość do ponad 2000 km/h, kontrolowane radiem samochody, a nawet telefony z małymi ekranami.
W to ostatnie Everett, małomiasteczkowy radiowiec, nie jest w stanie uwierzyć. W całym filmie jest to jeden z dwóch momentów, kiedy twórcy wydają się puszczać oko do widza. Wszystko inne jest tu tak bardzo wiarygodne, szczere i przepełnione niesamowitą czułością do tego konkretnego momentu w fantastyce, że ma się wrażenie obcowania z zaginionym klasykiem z lat pięćdziesiątych.
Akcja filmu rozgrywa się właśnie w tamtym okresie, w miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych. Mała społeczność zbiera się, aby obejrzeć mecz koszykarski lokalnej drużyny, ale nastoletnia Fay i wspomniany Everett muszą tego wieczora pracować, ona w centrali telefonicznej, on w miejscowej rozgłośni. Wkrótce oboje zaczynają słyszeć tajemniczy sygnał, podczas gdy ludzie po drugiej stronie słuchawki opowiadają, że widzą coś na niebie. Szybko mówiący i myślący chłopak oraz odważna, rezolutna dziewczyna – rewelacyjnie zagrani przez niezwykle naturalnych Jake’a Horowitza i Sierrę McCormick – starają się dociec, co naprawdę dzieje się w ich mieście.
O The Vast of Night zrobiło się głośno w festiwalowym obiegu, ale poza wysokimi ocenami od krytyków niewiele wiedziałem o obrazie Andrew Pattersona, celowo również omijając zwiastun. Jest to produkcja bez dużych nazwisk ani kampanii reklamowej, ale właśnie takie filmy potrafią najbardziej zaskoczyć. Po obejrzeniu go na platformie Amazon Prime (wcześniej Amazon wpuścił go w Stanach Zjednoczonych do kin samochodowych, co wydaje mi się natchnionym pomysłem, pasującym do charakteru filmu) mogę śmiało powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych debiutów w amerykańskim kinie fantastycznym od lat, dzieło wielkiej elegancji, świadome tego, czym jest, odwołujące się do najlepszych tradycji, nie tylko w swym gatunku.
Kluczowy wydaje się tu ton, jaki Patterson nadaje tej pozornie ogranej opowieści science fiction, jakby żywcem wyjętej z ówczesnej literatury fantastycznej lub telewizyjnej Strefy mroku. Nieprzypadkowo cała historia jest zamknięta w ramach podobnej antologii, Teatru Paradoksu, co jest drugim elementem, który zakłóca wrażenia perfekcyjnej imitacji, choć jednocześnie umacnia relację filmu z tym konkretnym momentem w dziejach gatunku.
Język, jakim operują bohaterowie, ich zachowanie, wygląd miasteczka i mieszkańców, a nawet sposób, w jaki twórcy podchodzą do tematu UFO, koncentrując się na sile oddziaływania samej możliwości pierwszego kontaktu – to wszystko składa się na dzieło, które wydaje się doskonale rozumieć stylistykę charakterystyczną dla fantastyki tamtego okresu. Ujęcia są tu długie, montaż pozbawiony agresji współczesnego kina (jedynie w momentach przy konsolecie dochodzi do szybszych cięć), a oparta w dużej mierze na smyczkach muzyka dodaje całości elegancji i potrzebnego nerwu.
Talent Pattersona polega na tym, że tę skostniałą konstrukcję ożywia reżyserską maestrią, świetnie panując nad obrazem i dźwiękiem. Z jednej strony jest pełen pokory wobec znakomicie napisanego scenariusza autorstwa Jamesa Montague’a i Craiga W. Sangera (również debiutantów!), z drugiej potrafi przełożyć ekscytację, która towarzyszyła lekturze opowieści fantastycznych z tzw. złotego wieku, na język kina. Cudownym tego przykładem jest czterominutowa jazda kamerą po miasteczku, od centrali telefonicznej Fay do rozgłośni radiowej Everetta, ukazująca uśpione miasteczko i jedyny żywy punkt tego wieczora, czyli halę sportową, w której zebrali się prawie wszyscy mieszkańcy.
Jest to imponujący realizacyjnie moment, przywodzący również na myśl słynny punkt widzenia demonicznej siły w Martwym złu (innym nawiązaniem do horroru Sama Raimiego jest odtworzenie nagranej na magnetofonie inkantacji i nieoczekiwane tego konsekwencje). Równocześnie reżyser pozwala sobie na coś zgoła odmiennego, rezygnację z obrazu na rzecz samego dźwięku. Radiowe monologi są tak fascynujące i świetnie podane, że Patterson w paru momentach zaciemnia ekran, zdając sobie sprawę ze zbyteczności wizualnego medium.
Być może największa wartość tego debiutu tkwi wcale nie w sprawności, z jaką sięga do klasycznej fantastyki, jej idei oraz estetyki. Reżyser zabiera nas w podróż do tylko pozornie idyllicznych lat pięćdziesiątych, gdzie wszyscy wydają się sobie ufać, nikt nie zamyka domu na klucz, nawet w nocy, a kłamstwa i przekleństwa są czymś nagannym, wymagającym natychmiastowej krytyki. Urzeka ta kultura, z dzisiejszej perspektywy nie mniej niezwykła niż tajemnicze obiekty na niebie, ale nie tak niepokojąca. Jawi się ona jako coś utraconego, a tęsknota za nią idzie w parze z typową dla science fiction ciekawością jutra.
Spotkanie z nieznanym wydaje się tu zatem pretekstem do opowiedzenia o świecie równie nierzeczywistym, co ten fantastyczny, a zarazem bardzo wiarygodnym. Być może dlatego, że główni bohaterowie są postaciami z krwi i kości, a nie tylko pretekstowymi figurami. Scenariusz każe im zderzyć się z problemem rasowym, strachem przed radziecką inwazją, wspomnieniem posądzenia o dzieciobójstwo – to wszystko pojawia się tylko na chwilę, ale nie daje się przykryć pełnym werwy pościgiem za rzekomym UFO. Łatwo dać porwać się nostalgii, jaka wyziera z ekranu, ale śledząc każde padające z ust lub w kierunku Everetta i Fay słowo, ujawnia się ukryta pod kostiumem fantastyki prawda tamtych czasów i żyjących wtedy ludzi.
The Vast of Night jest czymś więcej niż tylko próbą zręcznego nawiązania do kina i literatury fantastycznej sprzed ponad pół wieku, jednak nie mniej efektywną niż dużo bardziej nakładowe, ale nieodległe tematycznie Bliskie spotkania trzeciego stopnia Stevena Spielberga. Debiut Pattersona sprawdza się zarówno jako hołd dla tradycji amerykańskiej fantastyki, jak i obraz tamtejszej kultury, pięknej, czystej, a dziś już niedostępnej. Niewinne czasy w rzeczywistości nigdy takie nie były, o czym tekst Montague’a i Sangera nie zapomina, czyniąc z głównych bohaterów osoby o trzeźwym, racjonalnym spojrzeniu – ich nocna odyseja może się nam jawić jako pełna nostalgii przygoda, ale oni sami wiedzą najlepiej, w jakim świecie żyją.
Przyznam, że pełen poetyckiej siły finał zaskoczył mnie. Na tyle, aby jeszcze tego samego dnia obejrzeć film Andrew Pattersona ponownie. Drugi seans tylko utwierdził mnie w przekonaniu o niezwykłości tego dzieła, wykraczającego poza realizowany gatunek, uderzającego w tęsknotę za dawną Ameryką, równocześnie krytykującego ją w mniej lub bardziej jawny sposób. Tym zaskakującym rysem The Vast of Night jest bliski innym wspaniałym amerykańskim debiutom: Badlands Terrence’a Malicka i Donniemu Darko Richarda Kelly’ego.
