search
REKLAMA
Recenzje

RESIDENT EVIL: WITAJCIE W RACOON CITY. Zaskakująco udany REBOOT słynnej horrorowej serii

Recenzja nowej odsłony słynnej serii horrorów akcji, adaptujących gry wideo o tym samym tytule.

Jakub Piwoński

7 stycznia 2022

REKLAMA

Okazuje się, że zaczynanie od zera i cofanie się do początków wychodzi marce Resident Evil na dobre. Jakiś czas temu postanowiono zresetować gry wideo spod tego znaku, co okazało się marketingowym strzałem w dziesiątkę. Jedną z zauważalnych zmian jest tu powrót do stylistyki mroku i grozy – cech wyraźnie spowalniających akcję, ale nawiązujących do oryginalnego klimatu. Zastanawiało mnie, jakie podejście zaproponują twórcy filmowego rebootu, i wychodzi na to, że bardzo podobne.

Oglądając Resident Evil: Witajcie w Racoon City, zdałem sobie sprawę, że tworzenie horroru jest tak naprawdę banalnie proste. Wystarczy wymyślić kilka lub kilkanaście postaci i zastanowić się, w jaki sposób mają umrzeć. Chciałem w ten sposób dać do zrozumienia, że scenarzyści filmowego rebootu serii bardzo postarali się, by ich produkcja opierała się na nieskomplikowanej fabule, będącej po prostu zlepkiem kolejnych scenek grozy i wyskakujących z szafy strachów. Witajcie w Racoon City należy traktować jako nowe otwarcie zapoznające ze światem Resident Evil i jego zagrożeniami, zawierające ponadto szereg ekspozycji dobrze znanych bohaterów. Schemat jest taki: poznajemy miasto, poznajemy jego tajemnice, poznajemy postacie, by następnie przejść do części właściwej tej historii – rozpierduchy.

Bardzo podobało mi się to, w jaki sposób twórcy wysyłają do widza świadome sygnały, iż nie biorą tego, o czym opowiadają, nazbyt poważnie. Najwyraźniej chcieli się dobrze przy tym bawić i nastrój ten zaszczepić w swym filmie, stąd też nieustanne mruganie okiem do widza a to odniesieniami do serii, a to odniesieniami do technologii i kultury lat 90. Swoją drogą, chyba powoli wchodzimy w czas, gdy już nie nawiązania do lat 80., a właśnie lat 90. będą obecne w filmach, ponieważ do głosu dochodzą twórcy, którzy właśnie w tej dekadzie dorastali lub kształtowali swoją estetykę. W 1996 roku, kiedy rozgrywa się akcja Witajcie w Racoon City, reżyser filmu Johannes Roberts wchodził w dorosłość, czym można tłumaczyć bijącą z filmu nostalgię.

Te kilka akapitów przychylności z mojej strony niech nie ukrywa prawdy. Oczywistym jest, że w przypadku nowego Resident Evil nie mamy do czynienia z czymś wybitnym. Nikt nawet tego przez moment nie oczekiwał ani nie zapowiadał. Tak fani serii, jak i sympatycy filmowej grozy liczyli jednak na to, że uda się odbić od dna, którego sięgnęła ta seria w ostatnich odsłonach. Tak jak lubię i szanuję Paula W.S. Andersona, tak nie da się odeprzeć wrażenia, że po rewelacyjnej pierwszej części już nigdy nie sprzedał w temacie niczego jakościowego. Dobrze się więc stało, że postanowiono markę odświeżyć, pytanie tylko, czy zrobiono to umiejętnie.

Rekomenduję nabranie dużego dystansu do tego filmu. Resident Evil: Witajcie w Racoon City to kino klasy B w najczystszej postaci. Da się to odczuć nie tylko w sposobie realizacji, nie tylko w taniej charakteryzacji, ale także w narracji. To kino, które niejednokrotnie jawnie drwi sobie z inteligencji widza. Jest tak choćby w momencie, w którym ni z gruchy, ni z pietruchy pojawia się w mieście główna bohaterka, która wydaje się wiedzieć, co się wokół święci, ale nikt nie kwapi się do wyjaśnienia nam, co takiego wpłynęło na motywację jej działań. Wiele kwestii jest tu przedstawianych w sposób wyraźnie skrótowy, na zasadzie „domyśl się”, po to tylko, by oddać w ręce widzowi same meritum. Zła korporacja Umbrella jest zła, bo tak mówią bohaterowie, a nie dlatego, że wynika to z wydarzeń oglądanych na ekranie.

Nie wiem, na ile Resident Evil: Witajcie w Racoon City miało stanowić analogię do współczesnej sytuacji na świecie, ale tak się składa, że wielu widzów może widzieć w korporacji Umbrella metaforę naszych kochanych koncernów farmaceutycznych. Mówi się, że im także niespecjalnie zależy na naszym dobru, tylko na naszych portfelach. Pierun wie, ile w tym prawdy. Ale Resident Evil ponownie bawi się tymi teoriami spiskowymi, w odpowiednio groźny sposób ostrzegając, że wszelkie eksperymenty medyczne mogą czasem wyjść nam bokiem. Dosłownie.

Jeśli więc Resident Evil: Witajcie w Racoon City stanowi tylko przygrywkę do nowej filmowej serii, to przyznaję się bez bicia – ciekawi mnie, w jakim kierunku to pójdzie.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA