nowości kinowe

ONI. Paolo Sorrentino kontra Silvio Berlusconi

Brutalnie pocięte widowisko, które jednak nadal jest autorskim głosem świetnego reżysera.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Niby gruba impreza, ale trzeba się zbierać, bo jadą rodzice

Paolo Sorrentino kocha Włochy miłością wpijającą się głęboko w tkankę rodzinnego kraju i nic dziwnego, że od dawna uznawany jest za nowego Felliniego. Lubuje się też w przeprowadzaniu wiwisekcji na cały czas żywej historii Italii, dlatego też po opowieści o Giulio Andreottim w Boskim, wycieczce po Rzymie w Wielkim pięknie i spojrzeniu na Watykan w Młodym papieżu reżyser skierował swoją uwagę na najbarwniejszą, a jednocześnie najbardziej kontrowersyjną postać świata włoskiej polityki, Silvia Berlusconiego. Czy rozbuchane dwuczęściowe widowisko, sprowadzone na nasz rynek pod postacią sklejonego do kupy pojedynczego filmu przetrwało intensywność bunga bunga?

Jest w tym filmie multum pomysłów na ugryzienie (pseudo)biografii Berlusconiego i pokazanie jego różnych twarzy, zlepienie z plotek i wycinków życia kompletnej postaci – zmanierowanego i starzejącego się playboya, zuchwałego kombinatora, kukiełkowego polityka, na którym żerują zastępy sępów, lwa salonowego, charyzmatycznego wesołka czy w końcu męża, patologicznie walczącego o uratowanie swojego małżeństwa. Berlusconi w wersji Sorrentina to prawdziwy ekranowy potwór o wielu twarzach i wyraźnie niestety widać, że próba zamknięcia tego w dwóch godzinach sprawia, że widz biegnie razem z obrazem na złamanie karku i te naprawdę nęcące psychologiczne gry z postacią są często tylko zarysowane.

I zakładam, że wersja oryginalna (czterogodzinny moloch rozbity na dwa filmy) jest dużo spójniejszą wizją autorską i może pozwolić sobie na lepsze rozegranie wątków, podczas gdy w wersji przygotowanej na inne rynki, która trafiła do nas, panuje momentami po prostu potworny rozgardiasz. Wyraźnie widać, że niektóre wątki zostały zarżnięte, jakby trafiły pod nóż rzeźnicki, przejścia pomiędzy niektórymi sekwencjami są niesamowicie wymuszone, a całe zastępy wprowadzanych postaci stają się marginalne, chociaż powinny dostać więcej miejsca. Na przykład przez pierwsze pół godziny reżyser usilnie odwleka spotkanie widza z Berlusconim, budując powoli w tle jego legendę – w tym czasie śledzimy poczynania Sergia Morry, faceta zajmującego się organizowaniem imprez i spraszaniem wyselekcjonowanych dziewczyn na imprezy nadzianych oraz wpływowych ludzi. Mężczyzna szybko zadurza się w wizji większego niż życie Silvia i stawia wszystko na jedną kartę, żeby tylko go spotkać. Jednak gdy już pojawia się sam polityk, nagle Morra znika i jego późniejszy wątek zostaje praktycznie zbyty w kilku scenach. Niby można to zrzucić na karb tego, jak pożerająca jest charyzma głównego bohatera, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że montażowe nożyce po prostu zaciachały ten element (jak i kilka innych).

Naprawdę trudno docenić tę wersję, gdy rozpada się w oczach, jednak nawet ta składanka potrafi znakomicie obronić się elementami bliskimi Sorrentinowi. Gra obrazem, jeśli działa na wysokich obrotach, jest nieskazitelna i stanowi totalne przeżycie filmowe, gdy wizualna narracja z potężnym teledyskowym zacięciem bierze w obroty rozbuchany żywot tytułowych ich. Dostajemy na przykład muzyczny trans nad basenem, gdzie potok ludzkich ciał oddaje się empatycznemu działaniu MDMA – w takich sekwencjach Sorrentino potrafi udowodnić, że jest tym nowym wcieleniem Felliniego, które ma dostęp do współczesnej technologii i dzisiejszej muzyki, pulsującej w rytmie bezeceństwa.

I tę wersję ratuje też fantastyczny Toni Servillo w roli Berlusconiego. Przerysowany wieczny grymas uśmiechu na jego twarzy przerażająco sprawdza się w scenach wyciszonych, gdy odsłaniane są kolejne maski za maskami. W tym potoku obrazów i ludzi Silvio jest stałą, wokół niego kręci się świat, a Servillo naturalnie przechodzi od wesołego trickstera, przez złamanego starca, podłego kombinatora, do walczącego o uwagę męża. Jego mentalne stany łączą ten cały bałagan w koherentną narrację i pozwalają okiełznać latający wokół maraton różnorakich postaci – szczególnie dobrze to wygląda, gdy reżyser pozwala aktorowi na chwilę się zatrzymać przy którejś z nich (np. znakomita konfrontacja z Eleną Sofią Ricci).

Piękne imprezy i obrazy, co znamienne dla kina Sorrentina, szybko zamieniają się w mechaniczny przemarsz coraz bardziej zdehumanizowanych robotów. Bogactwo zmienia się w tandetę, a emocje są tylko na pokaz, bo czuć trzeba. Prawdziwe kryją się poza blichtrem, poza złoconymi paterami. Status Silvia i jego rola na włoskiej scenie politycznej to trochę taka zasłona dymna dla reżysera, bo i wyraźnie tego nawet nie gryzie. Bardziej interesuje go (co zresztą jest tematem przewodnim wszystkich jego filmów) zderzenie młodości ze starością, proces przemijania – i to się tutaj sprawdza, trzyma przy ekranie, jest intrygujące.

Ale niestety ta wersja jest paskudnie rozpaprana – widać tutaj znakomity film zjedzony przez wymagania metrażu. To fantastyczny materiał na serial, bo natłok rozgrzebanych wątków aż się prosi o większą uwagę. Szczególnie gdy całość jest zamykana w pośpiechu i na pół gwizdka, a sztuczne rozbuchanie na szczytach władzy zaczyna przypominać leniwą sielankę podczas wakacji w Juracie. W oryginalnej wersji dwuczęściowej pewnie też jest to dużo lepiej dopracowane. Jednak mimo tego zduszenia materiału to nadal naprawdę niezły film znakomitego reżysera, niepowtarzalnego, posługującego się smacznym dla oka stylem. Jest to trochę powtórka z rozrywki, ale przyznam, że co krok wpadałem w specyficzny trans, gdy tylko scena rozgrywała się w odpowiednim tempie – na przykład jedna z rozmów telefonicznych to absolutna popisówka Servilla, godna Oscara. I dlatego szkoda, że cały ten wizualnie pyszny obraz nie jest koherentną opowieścią, a bardziej teledyskową składanką 30 ton – lista, lista przebojów Sorrentina.

Ostatnio dodane