search
REKLAMA
Recenzje

MOONFALL. Czarodzieje z Księżyca

Emmerich doskonale wie, że nie przyszliśmy do kina, by śledzić dramatyczne losy postaci, ale by napawać się widokiem przemienianej w gruzy ludzkiej cywilizacji.

Maciej Niedźwiedzki

5 lutego 2022

moonfall
REKLAMA

Dryń, dryń, dryń. Środek nocy. Na wyświetlaczu drukowanymi literami: NASA. Jocinda Fowler (Halle Berry) już wie, że nadciąga jakaś katastrofa. Kilka godzin wcześniej anomalię w trajektorii Księżyca odkrył K.C. Houseman (John Bradley), samouk lubiący tytułować się doktorem i zwolennik teorii spiskowych. W mediach społecznościowych popularyzuje opinię, że ziemski naturalny satelita jest stworzoną przez sztuczną inteligencję Megastrukturą. Księżyc, pochodzenie i istota tego ciała niebieskiego, to jego życiowa pasja, zażarcie studiowana po godzinach. Dzień wypełniają mu natomiast dwa etaty: rankiem sprząta uniwersyteckie korytarze, wieczorami sprzedaje burgery w fast foodzie.

Jest jeszcze astronauta Brian Harper (Patrick Wilson), który dziesięć lat wcześniej na statku kosmicznym razem z Jocindą doświadczył ataku dziwnej pozaziemskiej siły, obdarzonej inteligencją nieznanej technologii. W trakcie późniejszych przesłuchań Brian nieco się wygadał, za co w konsekwencji został przymusowo wysłany na emeryturę z przylepioną do czoła łatką szaleńca. Prawda za wiele kosztuje. W Moonfall reżyser zabiega o zainteresowanie widza kolejnymi obrazami globalnej zagłady i odkrywaniem tajemnicy, jaką owiany jest Księżyc.

Każdy fan kina katastroficznego będzie czuł się przy Moonfall zaopiekowany. Roland Emmerich (wydaje mi się, że należy przypomnieć wszystkie pozycje tego gatunku w jego portfolio: Dzień Niepodległości, Godzilla, Dzień Niepodległości: Odrodzenie, 2012, Pojutrze) to niewątpliwie patron filmowej destrukcji, zalewania miast falami wysokości Mount Everestu i zamieniania w pył sięgających chmur wieżowców. W Moonfall wszystkiego jest pod dostatkiem. W skali mikro, gdy kubek z herbatą przewraca się, zaprzeczając prawom fizyki. W skali makro, gdy odłamki ze zbliżającego się do Ziemi Księżyca ścinają górskie szczyty. Czy to kalki i kopie? Tak. Skuteczne i efektowne? Ciągle tak.

moonfall

Emmerich doskonale wie, że nie przyszliśmy do kina, by śledzić dramatyczne losy postaci, ale by napawać się widokiem przemienianej w gruzy ludzkiej cywilizacji. To zawsze cieszy. Moonfall to kolejne dziecko niemieckiego reżysera, zrodzone z bezgranicznego oddania i miłości do katastrofy. Za dużo już w tym gatunku widzieliśmy, więc trudno odnieść wrażenie, że tym razem mamy do czynienia z czymś zupełnie nowym. Wyczuwalne jest jednak, że Emmerich i przy tym projekcie włożył tyle pary i zapału, ile w sobie jeszcze ma, że po prostu ciągle lubi dalej bawić się w takie kino.

Moonfall ma jednak swój specyficzny ton, różny od kanonicznych dla gatunku Dnia Niepodległości, Dnia zagłady czy Armageddonu. Tam ratowanie ludzkości było wyraźnie skoncentrowane wokół, rzecz jasna, amerykańskiego prezydenta i amerykańskiego wojska. Podniosłym przemowom towarzyszyła flaga Stanów Zjednoczonych, a patos wynikał nie z cierpienia, ale z heroicznych poświęceń i wiekopomnych czynów. Przy Moonfall Emmerich schodzi nieco niżej na ziemię. Głowa państwa zostaje wspomniana jedynie raz (a na ekranie jest w ogóle nieobecna), mobilizacja wszystkich środków i służb zastąpiona zostaje masowym wycofaniem i rezygnacją. Przegrana sprawa. Ostateczna, straceńcza misja ma raczej charakter prywatnej inicjatywy, pozbawiona jest międzynarodowego wsparcia. Emmerich jakby przestał wierzyć w możliwość zjednoczenia i szerokiej współpracy. Tym razem losy świata zależą od pomysłowości, odwagi i determinacji kilku jednostek.

Nie rażą mnie w Moonfall liczne natchnione sentencje o Prawdzie, Poświęceniu, Miłości i Honorze. To ukształtowana filmowa konwencja, w której ciągle powracamy do tych samych charakterów, tego samego języka, tej samej ikonografii, tych samych konfliktów postaw i powtarzanych dramaturgicznych rozwiązań. Emmerich tym razem nieco inaczej rozkłada akcenty (raczej zaskakujący ostatni akt), ale to ciągle zabawa w tej samej piaskownicy. Nie chciałbym jednak, by to brzmiało pejoratywnie. Nie wskażę lepszego od Emmericha partnera do wznoszenia i burzenia zamków.

Maciej Niedźwiedzki

Maciej Niedźwiedzki

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydzieło, czyli Tajemnicę Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą serię Toy Story. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA