search
REKLAMA
American Film Festival 2022

MOONAGE DAYDREAM. David Bowie wciąż żyje

Brettowi Morgenowi udaje się uniknąć pułapek i mielizn, w które wpada większość dokumentów muzycznych.

Tomasz Raczkowski

16 listopada 2022

15moonage1 videoSixteenByNine3000
REKLAMA

Można bez przesady powiedzieć, że David Bowie był jedną z największych gwiazd popkultury XX wieku i prawdopodobnie jedną z najbardziej wpływowych postaci w światowej muzyce. Znaczenie Anglika w panteonie gwiazd estrady wyznaczają nie tylko wciąż pamiętane i chętnie słuchane przeboje, ale może przede wszystkim jego sceniczny wizerunek – Bowie sam siebie traktował jak performans, na równi z pisaniem muzyki, skupiając się na tworzeniu swojego artystycznego image’u, dzięki któremu jest rozpoznawalny nawet w gronie osób, którym obcy jest jego dorobek jako piosenkarza. Nawet jeśli nie znacie żadnej piosenki Bowiego, prawdopodobnie kojarzycie przynajmniej jedną z jego kreacji. To właśnie ten aspekt spuścizny Davida Bowiego eksploruje Brett Morgen w najnowszym dokumencie poświęconym zmarłemu w 2016 roku muzykowi, Moonage Daydream.

Bowie i jego persony

Fani bez trudu rozpoznają tytuł filmu – jest to tytuł piosenki z wydanego w 1972 roku kultowego albumu The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders From Mars. W tekście trzeciego utworu z płyty Bowie przedstawia swoje tytułowe alter ego – androgyniczną gwiazdę rocka, przybyłą na Ziemię z kosmosu. Nieprzypadkowo właśnie ta piosenka dała tytuł dokumentowi Morgena. Twórcę interesuje nie tyle szczegółowy życiorys samego muzyka urodzonego jako David Robert Jones, ile żywot jego artystycznej persony. W tym kontekście Ziggy Stardust pełni poniekąd rolę centralną – sam album traktuje o niezwykłej osobowości zatracającej się w sobie samej w trakcie zawrotnej kariery scenicznej, był to także pierwszy moment, w którym Bowie – u progu lat 70. już dużych rozmiarów gwiazda – otwarcie wcielił się w wykreowaną przez siebie postać sceniczną, cementując tym samym fundament swojej kariery kulturowej ikony. Idąc tropem nieustannej kreacji i wynajdywania siebie na nowo, które wyznaczyło trajektorię kariery Bowiego, Morgen zabiera więc widzów w podróż przez tytułowy sen na jawie, jakim była eklektyczna, pełna zakrętów i zwrotów kariera muzyka.

Biograficzny kolaż

W tej opowieści nie znajdziemy typowych dla biografii elementów – wspomnień z dzieciństwa, opowieści bliskich i przyjaciół o spotkaniu z bohaterem historii, dokonywanych z czasowego dystansu analiz charakteru i zachowania. Brett Morgen, mający na koncie oparty na montażu uzyskanych do produkcji materiałów Kurt Cobain: Życie bez cenzury, konstruuje narrację filmową wyłącznie z archiwalnych fragmentów dotyczących Bowiego – teledysków, nagrań koncertów, talk-shows i wywiadów telewizyjnych, audycji radiowych, fragmentów filmów fabularnych z jego udziałem, reportaży telewizyjnych. W takiej konwencji nie dowiemy się niemal nic o prywatnym życiu Bowiego – dostajemy jedynie fragmenty, które wedle uznania możemy następnie dopasować do układanki. Reżyser podąża za tematem, a elementy, które są dla niego po drodze nieważne, pomija. Odrzucając klasyczną ramę narracji biograficznej, Morgen pozwala w pewnym sensie mówić za siebie samemu bohaterowi, również przez teksty piosenek.

W ten sposób Morgenowi udaje się uniknąć pułapek i mielizn, w które wpada większość dokumentów muzycznych, które zawsze naginają biografię artystów, dokonują irytujących cięć czy ominięć, często również popadając w banał dywagowania o cudzym życiu. W Moonage Daydream tego nie ma – stosunek do chronologii kariery jest na tyle luźny, że z definicji chodzi tu o wybrane fragmenty znaczące, nie zaś dokładną rekonstrukcję; padające na ekranie wypowiedzi mają z gruntu charakter dywagacji ograniczonej perspektywą i momentem wygłoszenia, a z całości ciężar dosłowności zdejmuje specyficzny dialog, w jakim Morgen ustawia fakty z kariery Bowiego i jego nierzadko bardzo alegoryczne teksty. Twórca wybiera przy tym te rzeczywiście przydatne dla niego utwory, nie robiąc z filmu składanki największych przebojów – niektóre z tychże pomija, zamiast tego wydobywając mniej oczywiste rzeczy czy wersje z katalogu Bowiego. W efekcie powstaje bardzo interesująca podróż przez świat tysiąca i jednej twarzy gwiazdy, w której możemy zastanowić się nad jej istotą – relacją twórcy z kreacją, a także znaczeniem społecznym osoby, którą stał się David Bowie.

Personifikacja popkultury

Przy nieustannych dźwiękach muzyki Bowiego w Moonage Daydream udaje się uchwycić chyba najważniejszy element dorobku artysty, czyli jego nierozerwalne sprzężenie z duchem czasów. Za pomocą kariery Bowiego możemy prześledzić też trajektorię popkultury. Widzimy eksplozję sławy skrajnej indywidualności wymykającej się społecznym konwencjom w przesyconych kontrkulturowym buntem latach 70. i podszyty rozczarowaniem kontestacyjnymi ideałami odwrót od przepychu estrady u schyłku dekady, komercjalizację i poddanie regułom rynku w latach 80. i rodzaj eklektycznej równowagi w ostatniej dekadzie XX wieku i początkach XXI. U Morgena Bowie staje się uosobieniem popkultury, a jego przemiany są paralelne z szerszymi przeobrażeniami branży kulturalnej. Oczywiście dokumentalista tej myśli nie wynajduje, ale robi z niej nader dobry użytek, zachowując zdrową równowagę między opowieścią o jednostce a dyskretnym portretem kontekstu, w którym ona zaistniała.

Moonage Daydream to naturalnie pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którym w jakiś sposób bliska jest muzyka Davida Bowiego. Ale nie tylko – to w dużej mierze uniwersalna i świetnie zrobiona na poziomie filmowego kolażu historia o jedynej w swoim rodzaju gwieździe. Nie trzeba studiować przed seansem Wikipedii, nie trzeba też z zapałem notować w trakcie oglądania, by dowiedzieć się wszystkiego, co można, o postaci. Moonage Daydream to film, w którym ze świadomością, że powiedzieć da się jedynie część prawdy o osobie i wydobyć zaledwie wspomnienie na jej temat, twórca zaprasza nas na spotkanie z artystą i jego sztuką, w tym wypadku będącą zarówno muzyką, jak i performerskim projektem samego siebie. W trakcie tego spotkania można przekonać się, że ponad sześć lat po śmierci Bowiego, jego artystyczna dusza jest wciąż jak najbardziej żywa.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA