search
REKLAMA
Recenzje

MAKSYMIUK. KONCERT NA DWOJE. Chaos kontrolowany

Jan Brzozowski

18 kwietnia 2019

REKLAMA

Mad Maks” – takim, jakże filmowym, przydomkiem określają Jerzego Maksymiuka jego brytyjscy koledzy po fachu. Trudno o bardziej zwięzłą, a zarazem trafną charakterystykę tego wybitnego polskiego dyrygenta i kompozytora. Na scenie staje się on bowiem istnym wulkanem energii, momentalnie zarażającym swą nadzwyczajną żywiołowością członków orkiestry. A jaki jest Jerzy Maksymiuk, kiedy akurat nie koncertuje? Jaki jest w, szeroko pojętym, życiu prywatnym, codziennym?

Przede wszystkim na to właśnie pytanie odpowiada dokument Tomasza Drozdowicza. Szalenie istotny w tym kontekście wydaje się podtytuł, jaki nadał swojemu filmowi reżyser – Koncert na dwoje. Odnosi się on rzecz jasna do żony Jerzego Maksymiuka – Ewy. Kobiety, która organizuje dyrygentowi praktycznie całe życie codzienne. Towarzyszki życia, która troszczy się o niego nie tylko jako żona, ale również menadżerka. Ewa z zaangażowaniem zajmuje się bowiem karierą męża. To właśnie ona wozi Maksymiuka na próby i koncerty, których terminy wcześniej ustala z odpowiednimi osobami. Dba również o jego wygląd, w tym o schludny ubiór. Jedną z bez wątpienia najzabawniejszych scen z dokumentu Drozdowicza jest wizyta u krawca, podczas której wielki mistrz, na co dzień dyrygujący kilkudziesięcioosobową orkiestrą, staje się potulny niczym baranek. Jak się jednak wkrótce okazuje, jedynie do czasu – na płaszcz z kapturem zgody nie będzie bowiem nigdy, choćby nie wiem co.

Co ważne, Drozdowiczowi nie chodzi bynajmniej w Koncercie na dwoje o prześwietlenie, niebywale przecież interesującej, historii związku Jerzego i Ewy Maksymiuków. Nie pada w filmie ani jedno słowo o tym, że para zaczęła się spotykać de facto w czasie, w którym zarówno on jak, i ona byli w innych związkach małżeńskich. Jeżeli w Koncercie na dwoje powraca się do przeszłości, a robi się to raczej rzadko, to niemalże jedynie w kontekście zawodowych sukcesów Jerzego. Prawda jest taka, że Drozdowicz miał na swój dokument zupełnie inny pomysł.

Reżyser postanowił zrealizować go na zasadzie swoistych scenek rodzajowych. Złożyły się one na dość osobliwy twór, który najłatwiej byłoby określić za pomocą prostego i poręcznego słowa: chaos. Chaos, który jednak w przedziwny, aczkolwiek niezwykle trafny sposób koresponduje z postacią Maksymiuka – bohatera niemalże idealnie wpisującego się w stereotyp szalonego geniusza, co rusz gubiącego wątki i zaplątującego się w kolejne, zdające się nigdy nie mieć końca, dygresje. Można by więc powiedzieć, że jest to chaos kontrolowany, a przynajmniej zamierzony. Paradoksalnie działający na korzyść, a nie na szkodę dokumentu.

Największym atutem dzieła Drozdowicza nie jest jednak jego oryginalna konstrukcja, ale bohater – sam Jerzy Maksymiuk. Dowcipny, pełen charyzmy i energii, istny dokumentalny samograj. Ogromną przyjemność czerpie się już ze zwyczajnego podglądania maestra przy jakiejkolwiek tak naprawdę czynności. Tutaj Maksymiuk przechadza się po parku, tutaj pożera winogrona, a tutaj wygłasza płomienną tyradę na temat wyższości Chopina nad Mozartem. Zawsze pełen pasji i wigoru, nucący sobie pod nosem któryś z klasycznych utworów – sympatyczny starszy pan. Na scenie zaś prawdziwa bestia, demon, „Mad Maks”. Człowiek stanowiący oryginalne połączenie cech dwóch kontrastujących ze sobą bohaterów Dyrygenta Andrzeja Wajdy – reputacji i, do pewnego stopnia oczywiście, aparycji wielkiego Johna Laseckiego oraz żywiołowości i niespożytej energii młodego Adama Pietryka.

Dokument Drozdowicza powstawał cztery lata. Kamera towarzyszyła Jerzemu Maksymiukowi zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W końcu podążyła za nim nawet do Wielkiej Brytanii, gdzie bohater, trochę jak Bergmanowski Isak Borg, został pięknie przyjęty i należycie uhonorowany. Oprócz kamery oraz Drozdowicza towarzyszyła mu w tej dalekiej wyprawie, rzecz jasna, również czujna i opiekuńcza żona, bez której Maksymiuk, jak sam zresztą podkreśla, nie dałby sobie w życiu rady. Na całe szczęście ostatnie lata nie są dla niego solowym popisem, lecz tytułowym koncertem na dwoje.

Janek Brzozowski

Jan Brzozowski

Student trzeciego roku na poznańskim filmoznawstwie. Permanentnie niewyspany, bo nocami chłonie na zmianę westerny i kino nowej przygody. Wielki fan umiejętności aktorskich Jamesa Deana i Jimmy'ego Stewarta oraz urody Ryana Goslinga i Elle Fanning. Poza dziesiątą muzą interesuje go również literatura amerykańska (w szczególności proza Huntera S. Thompsona i Philipa Rotha) oraz francuska (zwłaszcza dzieła Marcela Prousta i Alberta Camus), a także piłka nożna (od 2006 roku jest oddanym kibicem FC Barcelony). Ostatnimi czasy odkrywa w sobie ogromne pokłady miłości względem kina dokumentalnego. Żałuje w życiu tylko jednego: że nie jest kimś innym.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA