Recenzje

LALECZKA. Elektroniczny morderca

"Laleczka" to zjadliwy odgrzewany tost z kilkoma intrygującymi pomysłami – wyższe stany drugiej ligi horroru.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Toy Story

Od ponad trzydziestu lat Don Mancini pieczołowicie tworzy kolejne przygody morderczej laleczki Chucky – jako kochający ojciec przeciągnął ją w roli scenarzysty (i kilka razy w roli reżysera) przez różne konwencje gatunkowe, popkulturowe fascynacje i reanimował cykl w momentach, gdy wydawałoby się, że ten nie ma już żadnej racji bytu. Zresztą dwie ostatnie odsłony to już praktycznie tylko jazda bez trzymanki dla fanów serii. Nie da się jednak ukryć, że Mancini zawsze podchodził z miłością do niewielkiego mordercy.

Nowa inkarnacja Laleczki odcina się jednak po raz pierwszy od Manciniego (który nadal kombinuje nad serialową kontynuacją „swojego” cyklu) – Metro-Goldwyn-Mayer dosyć brutalnie zabrało mu zabawki i postanowiło reaktywować Chucky’ego dla nowej generacji kinomanów. Z tego powodu widzowie dostają zupełnie nowe otwarcie, gdzie zmieniono kilka istotnych rzeczy, przenosząc lalkę-nożownika w epokę cyfrową. Czy kolejna próba reaktywowania klasycznej horrorowej marki nadal ma rację bytu?

Pomysł wyjściowy jest całkiem ciekawy i świeży – z miejsca stawia reboot wyraźnie na własnych nogach i unika zbędnego powtarzania oryginału. W tej wersji nie ma żadnej magii, voodoo i duszy mordercy wciśniętej w zlepek gałganów. Teraz tytułowa laleczka to niezwykle zaawansowana sztuczna inteligencja, która potrafi zarządzać całym dniem rodziny po podłączeniu do Wi-Fi. I taki oto gadżet – o facjacie czterdziestokilkuletniego alkoholika (nie mam pojęcia, jak taka przerażająca zabawka stałą się hitem sprzedażowym) – trafia przez przypadek do małoletniego Andy’ego, którego wychowuje matka, urabiająca sobie ręce ponad stan, żeby jakoś związać koniec z końcem. Wycofany dzieciak znajduje w elektronicznej zabawce prawdziwego przyjaciela. Nie wie jednak, że wskutek pewnych wydarzeń z jego egzemplarza zostały zdjęte wszelkie możliwe zabezpieczenia, a ta sztuczna inteligencja bardzo szybko się uczy…

I tu drzemie najfajniejszy pomysł rebootu, płynący na fali Czarnego lustra, pokazujący, że człowiek jest jednak najgorszy i potrafi sprowadzić na złą drogę nawet najlepszą technologię. Bo nowy Chucky po prostu chłonie otoczenie, słucha dzieciaków, ogląda z nimi horrory, widzi kłócących się dorosłych, potem analizuje to wszystko i podejmuje przerażająco racjonalne decyzje. Przez pierwszą część filmu działa to naprawdę zgrabnie, jest też odpowiednio dziwne, niepokojące i zgrabnie zmienia uwarunkowania oryginału – tam zwyrodnialec był po prostu zwyrodnialcem, tutaj ludzie sami go sobie „wychowują”.

I Chucky kradnie przedstawienie – Mark Hamill znowu zalicza konkretny występ głosowy, chociaż szkoda, że nie ma tutaj okazji naprawdę się wykazać. Jego wersja morderczej maszyny jest odpowiednio robotyczna, ale potrzeba chwili, żeby przyzwyczaić się do braku elektryzującego charakteru Brada Dourifa, który ciągnął serię nawet w najgorszych momentach. Obsesja mechanicznego chłopca, narastająca, potrafi zatrzymać przy ekranie – przynajmniej do czasu. Swoje robi też Aubrey Plaza w roli matki i Gabriel Bateman jako Andy – kolejny przykład ciekawego małoletniego aktora.

Do zapomnienia jest jednak drugi plan, szczególnie, że wpływa on w sporym stopniu na średnio przystającą do siebie żonglerkę konwencjami. W oryginale sarkastyczny Chucky płynnie w kolejnych filmach przechodził z konkretnego slashera do rubasznej czarnej komedii – działo się to jednak na przestrzeni kolejnych epizodów. Tutaj pozszywano ze sobą dosyć niechlujnie wszystko naraz – niepokojący horror, przerysowany slasher, jakieś Piłowe wykwity, władowano do środka komedyjkę nowoprzygodową w stylu Goonies, a do smaku próbowano jeszcze przemycić trochę obyczajówki o zagubionym życiowo chłopcu. I czasami to działa, pojedynczo, ale w ciągu narracyjnym trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z dosyć wyraźnym rozgardiaszem, a Lars Klevberg nie ma jeszcze doświadczenia w reżyserowaniu. Co zresztą podsumowano finałem z demobilu gatunkowego, gdzie niby się dużo dzieje, ale tak sztampowo, że aż szkoda – bo potencjał otwarcia był jednak dużo większy.

Laleczka to zjadliwy odgrzewany tost z kilkoma intrygującymi pomysłami – wyższe stany drugiej ligi horroru. Taki idealny straszak pod streaming, żeby w nudniejszy piątek go odpalić i do rana o nim zapomnieć. Troszkę krwi się poleje, laleczka nóż wyciągnie, dzieciaki znowu będą ratować świat (bo inaczej się dziś nie da, gdy wiatr lat 80. cały czas mocno wieje). I OK, ale nie warto się dla tego bujać przez pół miasta, szczególnie w weekend. Zobaczyłbym zresztą ten koncept z tymi samymi aktorami, ale w lepszej realizacji, bo jest tu sporo pociesznej kombinatoryki, ale równie dużo rozwadniania interesujących wątków. Bo straszy tak na pół gwizdka, a bawi zbyt często na siłę. W sumie trochę szkoda czasu na kolejne miętolenie wymiętolonego.

Ostatnio dodane