search
REKLAMA
Recenzje

JESTEM WSZYSTKIMI DZIEWCZYNAMI. Śmierć i zemsta w Johannesburgu

Rzemieślniczo sprawna i trzymająca w napięciu kryminalna wariacja na temat prawdziwych zbrodni z polityką w tle.

Tomasz Raczkowski

17 maja 2021

REKLAMA

Między 1988 a 1989 rokiem w Republice Południowej Afryki Gert de Rooyen porwał, gwałcił i zabił od kilku do kilkunastu dziewczynek w wieku od 9 do 16 lat. Po ucieczce ostatniej ze swoich ofiar mężczyzna zabił swoją wspólniczkę Joey Harhoff i popełnił samobójstwo, a dowody przypisywanych mu zbrodni nie zostały nigdy odnalezione. Po odkryciu sprawy i śmierci de Rooyena pojawiły się natomiast doniesienia, jakoby był on zamieszany w międzynarodowy proceder handlu dziećmi, w który uwikłani byli wysoko postawieni urzędnicy Partii Narodowej. Mroczna, nigdy do końca niewyjaśniona sprawa, w której jednostkowa zbrodnia wydaje się wiązać z systemowym okrucieństwem i zepsuciem moralnym apartheidu, stała się materiałem wyjściowym do scenariusza Wayne’a Fitzjohna i Marcella Greeffa, Jestem wszystkimi dziewczynami, sfilmowanego przez Donovana Marsha.

Południowoafrykański film otwiera plansza informująca o oparciu historii na faktach i osadzona w 1994 roku retrospekcja, w której niejaki Gert de Jager oddaje się w ręce policji, przyznaje do co najmniej sześciu porwań młodych dziewczynek i sugeruje wiele więcej w ramach zorganizowanej sieci przemytu ludzi na Bliski Wschód. Wyznający swe winy przestępca w dość oczywisty sposób nawiązuje do postaci de Rooyena, a jego fikcyjne nazwisko w afrikaans znaczy nic innego jak „łowca” czy „myśliwy”. Jestem wszystkimi dziewczynami nie opowiada jednak fabularyzowanej historii dokonywanych u schyłku rasistowskiego ustroju RPA porwań, ale z przetworzonej na ekranie sprawy czyni punkt wyjścia dla kryminalnego thrillera rozgrywającego się we współczesnym Johannesburgu. Zgodnie z gatunkowymi wzorcami oddalone w czasie intro rzuca więc długi cień na współczesność, nakręcając intrygę suspensem zagadkowej i nierozwiązanej zbrodni sprzed lat.

Film Marsha niemal podręcznikowo odhacza większość punktów obowiązkowych kryminalnego formatu, począwszy od wyżej opisanego zawiązania akcji. W centrum opowieści mamy Jodi, oddaną pracy i bezkompromisową policjantkę, skonfliktowaną jednak z pilnującym procedur i regulaminu (które funkcjonariuszka nieustannie łamie) przełożonym. Relegowana do pozornie nieinteresującej sprawy stopniowo dostrzega jej powiązanie z większą intrygą, w toku której zarówno jej osobiste sprawy, jak i życie współpracowników będą przeplatać się z dochodzeniem. Proceduralny punkt wyjścia Jestem wszystkimi dziewczynami może nie zachwyca świeżością, ale rzetelnie rozprowadza akcję, której osią jest swoista gra pomiędzy Jodi a tajemniczym, zamaskowanym przestępcą, popełniającym w mieście brutalne morderstwa, aranżacją i lokalizacją zdradzające powiązania ze sprawą de Jagera sprzed ponad dwóch dekad.

Twórcy konstruują narrację, przeplatając główny wątek śledztwa opowiadany z perspektywy Jodi z fragmentami ukazującymi punkt widzenia tajemniczego mordercy, przez co na ekranie szybko wywiązuje się rodzaj korespondencyjnego pojedynku między krnąbrną gliną a okrutnym zbrodniarzem. Dodatkowo wiedza widzów zostaje wzbogacona kilkoma retrospekcjami. Ukazanie wielu kontekstów intrygi – również konsekwentnej niesubordynacji Jodi, chcącej grać w policyjną grę wyłącznie na własnych zasadach – pozwala Marshowi zgrabnie zagmatwać ocenę etyczną sytuacji, a także zbudować wysokie stawki rozgrywki między policją a mordercą. Nawet gdy większość kart zostaje odkryta, dalszy rozwój zdarzeń budzi ciekawość właśnie dzięki temu splotowi perspektyw. Zgodnie z początkową obietnicą dostajemy tu opowieść o zbrodni wplątanej w gęste sieci korupcji i demoralizacji południowoafrykańskich (burskich) elit, w której czeka na nas kilka istotnych zwrotów akcji. W konsekwencji rozwijania niepokojących inklinacji sprawy de Rooyena/de Jagera Jestem wszystkimi dziewczynami bardziej niż klasycznym kryminałem o tropieniu zabójcy i odkrywaniu jego motywów staje się dramatem łączącym elementy dramatu sensacyjnego z thrillerem politycznym, odkrywającym okrutną prawdę, która kryje się za porwaniami.

Choć w swojej istocie Jestem wszystkimi dziewczynami to film raczej bezpieczny w sensie politycznym, a wydarzenia z udziałem południowoafrykańskiego aparatu państwowego brane są w fabularny nawias, można w filmie dostrzec pewne inklinacje bardziej zaangażowanej społecznie narracji. Momentami bardziej niż na suspensie samej intrygi reżyserowi wydaje się zależeć na zarysowaniu realiów współczesnego Johannesburga i stworzeniu skondensowanego portretu RPA żyjącego z traumą apartheidu i z odziedziczonymi po kolonialnej przeszłości problemami. Udaje się to całkiem dobrze – Jestem wszystkimi dziewczynami dość klarownie komunikuje widzowi kontekst społeczny, w jakim osadzone są zdarzenia, nie gubiąc przy tym narracyjnej klarowności. Szorstkie, nieco przygnębiające plenery i surowa formuła zdjęć grają zarówno na wrażenie realizmu, jak i na podsycanie napięcia wytwarzanego przez główny wątek.

Trochę więc szkoda, że sprawnie budowane i utrzymywane napięcie, ciekawy i istotny temat oraz subtelnie społeczno-polityczny profil filmu podcinany jest przez pociągniętą zbyt grubą kreską sylwetkę protagonistki. Jodi jest ulepiona z klisz gliniarza indywidualisty i twardej kobiety w męskim świecie, a jej interakcje z innymi postaciami (często znacznie ciekawszymi, ale tylko pobieżnie przedstawionymi) trącą sztucznością, jakby wynikały tylko z fabularnej konieczności, a nie prawdziwych emocji i napięć w świecie przedstawionym. Uwikłana w mocną intrygę, niezbyt ciekawa postać policjantki osłabia impet całości, do pewnego stopnia marnując potencjał drzemiący w historii. Grającej Jodi Erice Wassels brakuje zaś charyzmy, by wynieść tę postać ponad zlepek ogranych motywów i stać się lokomotywą filmu. Tę funkcję pełnią częściowo Hlubi Mboya i Mothusi Magano w rolach współpracowników protagonistki, ale w scenariuszu Fitzjohna i Greeffa Jodi kanibalizuje poboczne wątki i odtwarza kolejne klisze kosztem ich rozwijania.

W rezultacie Jestem wszystkimi dziewczynami to film naprawdę rzetelny i momentami wciągający, pozostawiający jednak niedosyt i na koniec dnia raczej do włożenia na półkę z B-klasowymi thrillerami i kryminałami, pozbawionymi jakiegoś szczególnie przykuwającego uwagę czynnika. Film z RPA warto zobaczyć, choćby ze względu na swoiste oddanie hołdu ofiarom porwań i handlu ludźmi, którym – co warto przyznać – Marsh nie stara się epatować na zasadzie taniego szantażu emocjonalnego. Zabrakło jednak w jego filmie sensowniejszej postaci w centrum, która potrafiłaby związać ze sobą widzów na poziomie emocjonalnym i dzięki temu przeprowadziła narrację przez co trudniejsze zakręty bez utraty wiarygodności. Takie postaci są w tym filmie, lecz pozostają niewykorzystane. Sam koncept, ciekawy konflikt i realistyczna oprawa wystarczają na mniej więcej połowę seansu.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA