Recenzje
DZIECKO NOCY. W tym roku lepszego HORRORU już nie będzie
Hanna Bergholm w filmie Dziecko nocy stawia pytania o cenę rodzicielskiej miłości, posługując się oprzyrządowaniem folk horroru. Rezultat? Najlepszy film grozy roku.
Hanna Bergholm w filmie Dziecko nocy stawia pytania o cenę rodzicielskiej miłości, posługując się oprzyrządowaniem ludowego horroru. Rezultat? Najlepszy film grozy mijającego roku.
Anglik Jon i jego żona, Finka Saga, przeprowadzają się z Londynu do Finlandii, zajmując położony w lesie dom, który kiedyś należał do babci Sagi. Kobieta wkrótce zachodzi w ciążę i rodzi chłopca, który otrzymuje imię Kuura. Jon i krewni Sagi są zachwyceni potomkiem, jednak jego matka rychło zauważa niepokojące zachowania niemowlęcia: Kuura jest pokryty gęstym czarnym owłosieniem, wzdryga się przed światłem słonecznym, wykazuje agresję, a podczas karmienia gryzie pierś aż do krwi. Dziecko coraz bardziej przypomina groźne istoty mieszkające rzekomo w lesie, przed którymi dawno temu ostrzegała Sagę jej babcia.

Fińska reżyserka i scenarzystka Hanna Bergholm dorastała w rodzinie o tradycjach filmowych, nic zatem dziwnego, że podjęła studia na wydziale filmowym Aalto University School of Arts, Design and Architecture w Helsinkach. Po nakręceniu kilku utworów krótkometrażowych, takich jak Varjot i Gorilla (oba z 2009 roku), dostała się do fińskiej telewizji, dla której reżyserowała serial Reetta ja Ronja (2009-2010). Przełomem w karierze Bergholm był jej pełnometrażowy debiut – satyryczny horror Pisklę (2022), którym artystka objawiła się jako nowa nadzieja kina grozy. Dziecko nocy dowodzi, że nie roztrwoniła talentu.
Ostatnimi czasy przez kinowe ekrany przewinęło się sporo filmów o znojach rodzicielstwa, by wymienić choćby Kopnęłabym cię, gdybym mogła (2025) Mary Bronstein i Zgiń, kochanie (2025) Lynne Ramsay. Bergholm przebija jednak obydwa te tytuły – i to pod każdym względem: realizacji, przekazu i bezkompromisowości. Dziecko nocy jest filmem tak trudnym do oglądania i zarazem tak fascynującym, że kojarzy się z innymi mistrzowskimi przykładami wywołania poczucia głębokiego dyskomfortu u widza, z genialnym Opętaniem (1981) Andrzeja Żuławskiego i nie mniej wspaniałą Taxidermią (2006) Györgyego Pálfiego.

Film dręczy i uwiera tak samo, jak Kuura gnębi Sagę. Dziecko osłabia matkę w całkiem literalnym sensie – i to już od krwawego porodu, podczas którego dochodzi do rozerwania kanału rodnego. Saga porusza się o kulach, krwawi z sutków, źle sypia, ma zmiany skórne i przede wszystkim cierpi psychiczne katusze. Bergholm nie romantyzuje macierzyństwa i niczego nie upiększa, przeciwnie: bez ogródek ukazuje mentalny, fizyczny oraz emocjonalny ciężar posiadania dziecka. To krew, pot i łzy, to nieustanny płacz i przeszywający wrzask (growling zapewnił Max Cavalera, brazylijski muzyk znany z Sepultury i Soulfly).
Opieka nad Kuuru wymaga od Sagi coraz więcej i więcej, lecz czegokolwiek by kobieta nie zrobiła, to nigdy nie wystarczy, aby okiełznać małego potwora. Jednocześnie matka jest zależna od swojego dziecka tak samo, jak dziecko od matki, co Bergholm symbolicznie ujawnia w prostej, lecz bardzo skutecznej scenie: za namową męża Saga wyrywa się z domu na wieczorny wypad do miasta z przyjaciółkami, ale nie dość, że w restauracji wydziera się jakieś inne dziecko, które przypomina jej o własnym synu, to jeszcze na dobitkę pojawia się u niej paskudna wysypka, która znika dopiero po rychłym powrocie do potomka.

Być może metaforyka jest nachalna, groteska zbyt przerysowana, a fabuła – przewidywalna, bo każdy, kto zna nurt horroru ludowego, przewidzi kolejne wydarzenia w filmie posiłkującym się fińską mitologią o trollach i legendach o odmieńcu, dziecku podrzuconym przez demony. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo nie o zaskoczenia tutaj chodzi. Groza w Dziecku nocy wynika nie z jump scare’ów czy brutalnych mordów (tylko jedna ofiara śmiertelna), lecz z głęboko niepokojącej sytuacji psychicznej oraz emocjonalnej, tylko trochę równoważonej wyjątkowo czarnym humorem (przezabawna sekwencja karmienia, czyli Leci samolocik!).
Ta sytuacja jest ekstremalnie przytłaczająca i wyczerpująca, od ryku Kuury bolą uszy i głowa – ale zapewne dokładnie o to chodziło Bergholm. Reżyserka wykorzystała konwencję folk horroru do poruszenia niewygodnych tematów, z których na czoło wysuwa się depresja poporodowa. Jednak sprowadzanie Dziecka nocy tylko do tego wątku byłoby krzywdzące, bo Saga to przecież nie jedyna bohaterka filmu. Jest jeszcze Jon, kompletnie ślepy na wszystko i zarazem zapatrzony w dziecko mąż, który jest tyleż poczciwy, co po prostu głupi. I w tym miejscu film staje się czymś więcej niż refleksją na temat postpartum depression.

Robert Smith z The Cure powiedział kiedyś, że nie prosił się na ten świat i nie zamierza narzucać życia komuś innemu, bo nie czuje się wystarczająco odpowiedzialny, by wychowywać dziecko. Nie wiem, czy Bergholm ma dzieci, ale jej drugi film jest równie antynatalistyczny, Thomas Ligotti na pewno byłby dumny (patrz: Spisek przeciwko ludzkiej rasie). Antynatalizm to postawa rozsądna, lecz rzadka, bo większość populacji wykazuje bezmyślny pęd ku rozrodowi, podlewany przymusem biologicznym, presją rodzinną, społecznym konwenansem i pychą (Jestem tak wspaniałą jednostką, że wprost muszę się zmultiplikować!).
Tymczasem mnóstwo ludzi zdaje się być zupełnie nieprzygotowana na bycie rodzicem, wystarczy przyjrzeć się ich zachowaniom w miejscach publicznych: dzieci drą się wniebogłosy, do obłędu doprowadzając otoczenie, podczas gdy całkiem głusi na ten ryk mamusia i tatuś wertują wędliny na lodówkowym regale. Bergholm przedstawia ten stan rzeczy nad wyraz sugestywnie. Sara i Jon nie są złymi osobami, są po prostu niedojrzali, lekkomyślni i skrajnie egoistyczni – żyją w myśl zasady jakoś to będzie, jednak role matki i ojca natychmiast ich przerastają, zaś cena za brak zdolności przewidywania okazuje się straszliwa.

Nie każde dziecko wyrasta na porządnego człowieka, ale też nie każdy rodzic kocha swoje dziecko (patrz: Musimy porozmawiać o Kevinie Lynne Ramsay). Być może to właśnie przypadek Sagi, która nie potrafiąc nawiązać więzi z synem, odrzuca go. Dziecko nocy stawia bardzo niewygodne pytanie nie tylko o cenę, ale także o granice poświęcenia i miłości, w tym wypadku rodzicielskiej, a więc rzekomo bezwarunkowej. Nic bardziej mylnego, zdaje się mówić Bergholm – nawet miłość matki nie jest za darmo. W ten sposób marzenie o macierzyństwie szybko przemienia się w koszmar na jawie, od którego nie ma już ucieczki.
To wszystko składa się na złowieszczy, skłaniający do refleksji film, który nierealistyczny jest tylko w formie, bo pod względem treści psychologicznej tchnie prawdą, w czym zasługa scenariusza, ale i obsady. Rupert Grint jest przekonywający jako protekcjonalny naiwniak Jon, najbardziej błyszczy jednak Seidi Haarla wcielająca się w Sagę. To kreacja bezbłędna i godna wszelkich nagród: aktorka z równą mocą portretuje wstręt, bezradność, gniew, apatię, opiekuńczość, kruchość i siłę. Jakiż to kontrast do przeszarżowanej, operującej trzema minami Inde Navarrette w przecenianej, lichej i banalnej Obsesji Curry’ego Barkera!

Dziecko nocy to najlepszy horror tego roku, lepszy nawet od Hokum Damiana McCarthy’ego. Na koniec wiersz Oto wers Philipa Larkina, który mógłby służyć za motto filmu Bergholm: Mamusia z tatą zjebali ci w głowie / Może nie chcieli, lecz jakoś tak wyszło / Oddali ci wady swe po połowie / I dorzucili co nieco na przyszłość / Im w głowach również kiedyś jebali / Durnie w cylindrach oraz płaszczykach / Którzy szacunkiem szantażowali / Nie mogąc przerwać wzajemnych szykan / Z ręki do ręki przechodzi smutek / I bruzdy żłobi, jak w brzegu fala / Wymknij się poza przyczynę i skutek / I nie rób dzieci, tylko spierdalaj.

