Recenzje

DO WSZYSTKICH CHŁOPCÓW, KTÓRYCH KOCHAŁAM. Nie dla mamy, nie dla taty

Film nie grzeje, ale też nie ziębi. A to gorzej, niżby denerwował

Autor: Berenika Kochan
opublikowano

Pamiętacie tę serię? Jako 13-latka nie wyobrażałam sobie weekendowego wieczoru bez czytadła oznaczonego sloganem „Nie dla mamy, nie dla taty, a dla każdej małolaty”. Historia Do wszystkich chłopców, których kochałam w reżyserii Susan Johnson (Carrie Pilby) idealnie pasowałaby do klimatu romansów, które nastolatki pochłaniają z przyspieszonym biciem serca.

Do wszystkich chłopców, których kochałam nakręcono na podstawie lekkiej, słodkiej, miłej książki autorstwa Jenny Han. Szanuję konwencję opowieści dla nastolatek i może 15 lat temu napisałabym w recenzji filmu, że był bardzo zabawny, interesujący, a Peter Kavinsky to już w ogóle grzeszył urodą, jednak świadomy widz ma większe wymagania.

Przejdźmy do opowieści. Lara Jean Covey (Lana Condor, której poszczęściło się być debiutantką w X-Men: Apocalypse) to poukładana 16-latka. Młodsza siostra Kitty (Anna Cathcart) nazywa ją wręcz „nudną”. Starsza siostra Margot (Janel Parrish, znana z roli Mony Vanderwaal w Słodkich kłamstewkach) z kolei wyjeżdża na studia do Szkocji i prosi Larę o przejęcie obowiązków najstarszej kobiety w domu – mama dziewczyn zmarła jakiś czas temu. Nastolatka stroni od romansów, nieobce jej są jednak uczucia. Od lat przelewa je na papier, pisząc listy do chłopaków, w których „zabujała się tak mocno, że nie może sobie poradzić”. W tym gronie znajdują się m.in. kolega gej, klasowy przystojniak i Josh, chłopak Margot. Okazuje się, że listy w tajemniczy sposób trafiły do adresatów…

Świeżość zwrotu akcji wyczerpuje się w ciągu pierwszych dziesięciu minut filmu.

Chłopcy otrzymali listy, zareagowali na nie, po czym w miarę rozwoju wydarzeń ledwo napomknęli o aferze. Motyw był jedynie wabikiem na widza, któremu zaserwowano porcję klasycznego hollywoodzkiego romansu dla nastolatków; pełnego intryg, które 13-latkowie mogą przewidzieć. Do wszystkich chłopców, których kochałam stara się być zabawne – jak osoba powtarzająca te same żarty co przed dekadą. Wątki z potencjałem (uczucie do chłopaka siostry, relacja z najlepszą, nonkonformistyczną przyjaciółką) są ledwie zarysowane, sceny rodzinne natomiast przegadane. Tylko chemia między głównymi bohaterami broni się przed powtarzalnością, choć ich umiejętności aktorskie już nie. Wydaje się, jakby Lana Condor i Noah Centineo kurczowo trzymali się zapisanych w scenariuszu dialogów. Brak im swobody, dodającej realizmu improwizacji.

In plus można zaliczyć krok uczyniony w kierunku obsadzania amerykańskich Azjatów w rolach pierwszoplanowych w filmach kierowanych do masowego odbiorcy. To decyzja wynikająca z założeń książki, jednak twórcy dzieła równie dobrze mogliby dokonać whitewashingu, angażując do roli dziewczynę przypominającą pół-Koreankę. Co prawda Lana Condor korzenie ma wietnamskie, ale skończę ten akapit, zanim zacznę brzmieć jak internauci, którzy chcieliby, by Batwoman była bardziej lesbijska.

Film dla nastolatków, nawet ten z pierwszoplanowym wątkiem romantycznym, można zrealizować tak, by widz nie poczuł się oszukany. Tegoroczny Twój Simon był przyjemny, zabawny i świeży niczym wiosenny wiatr, Gorzka siedemnastka sprzed dwóch lat doceniała inteligencję młodszego (i starszego) odbiorcy. To filmy nieniszowe, zrealizowane z udziałem młodego pokolenia aktorów z fabryki snów. Do wszystkich chłopców, których kochałam wypada przy nich blado.

Na szczęście akcja jest dynamiczna, a godzina i trzydzieści dziewięć minut mijają szybko. Trudno mi krytykować, wiedząc, że dla wielu nastolatków to film sztos albo ewentualnie najlepszy ever. Powiem wam jedno: zobaczycie dziesiątki bardziej zabawnych, wartościowych, innowacyjnych. Obraz Susan Johnson można włączyć do poduszki po ciężkim dniu, by pomóc umysłowi w osiągnięciu stanu ukojenia… Zzz.

Ostatnio dodane