Recenzje
CZACHA DYMI. Zapomniana komedia, która gwarantuje salwy śmiechu
„Czacha dymi” gwarantuje regularne salwy śmiechu, a wieńczący dzieło spektakl baletowy jest absolutnym apogeum humoru.
Autorem tekstu jest Piotr Żymełka.
U progu lat osiemdziesiątych trzech panów – Jerry Zucker, Jim Abrahams, David Zucker, (później wspomagani przez Pata Profta) – postanowili odmienić oblicze komedii i stworzyli „Czy leci z nami pilot?”, wspaniałą parodię, wykpiwającą ówczesne hity filmowe. Szybko ugruntowali swój talent serialem „Police Squad!” (który kilka lat później wyewoluował w filmową trylogię) oraz nieco zapomnianym (niesłusznie) „Ściśle tajne”. Po przedstawieniu widzom przygód Franka Drebina („Naga broń”), usiedli na fotelach producenckich i zapragnęli nakręcić coś innego. Padł pomysł, by kolejny film nawiązywał do twórczości braci Marx.
Bracia Marx święcili tryumfy w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Ich filmy wpisywały się zazwyczaj w ten sam schemat: bohaterowie pomagali jakiejś młodej parze pokonać przeciwności losu, grając na nosie czarnym charakterom, próbującym pomieszać im szyki. Prym zawsze wiodła trójka z rodzeństwa – Groucho, wcielający się w wygadanego cwaniaczka, Harpo, kreujący uzdolnionego muzycznie niemowę oraz Chico, który grał najbardziej racjonalnego z braci. „Dzień na wyścigach”, „Kacza zupa”, „Dom towarowy”, czy „Noc w operze” zapisały się złotymi zgłoskami w historii komedii. Dzisiaj, choć niektóre fragmenty, szczególnie te okraszone śpiewem, mocno się zestarzały, filmy te wciąż potrafią rozbawić.
I właśnie po „Noc w operze” sięgnęło w 1992 roku trio ZAZ. Reżyserię powierzyli Dennisowi Duganowi (częstemu współpracownikowi Adama Sandlera), scenariusz wyszedł spod ręki Pata Profta („Akademia policyjna”), a film zyskał tytuł „Lame Ducks”, przemianowany później na „Brain Donors”, u nas znany jako „Czacha dymi”.
Trudno jednoznacznie scharakteryzować ten wspaniały festiwal żartów. Fabuła, jak to zazwyczaj w produkcjach ZAZ, pełniła rolę drugorzędną, a wszystko jest podporządkowane gagom. Lilian (znana z „Rodziny Soprano” Nancy Marchand), wdowa po bogatym businessmanie Oskarze Oglethorpe, pragnąc spełnić jego ostatnią wolę, tworzy grupę baletową. Wieloletni prawnik Oskara Edmund Lazlo (John Savident) zobowiązuje się nakłonić do współpracy gwiazdę w osobie „Wielkiego” Roberto Volare (George De La Pena). Dyrektor baletu ma zarabiać całkiem okrągłą sumkę, więc stanowisko przyciąga drobnego cwaniaczka Rolanda T. Flakfizera (John Turturro), adwokata, który ongiś wybawił Lilian z kłopotów po wypadku samochodowym.
W filmie znalazło się miejsce dla slapsticku, humoru absurdalnego, wystrzeliwanych jak z karabinu maszynowego, pełnych błyskotliwych ripost dialogów oraz mnóstwa komediowych sytuacji. Od razu należy zaznaczyć, że nie jest to wysublimowany żart rodem z Kabaretu Starszych Panów, jednak (na szczęście!) próżno również szukać w „Czacha dymi” dowcipów fekalnych, którymi, nomen omen, ociekają bardziej współczesne parodie.
Trzej główni bohaterowie to jakby reinkarnacja braci Marx. Wyśmienity John Turturro (stały współpracownik braci Coen) wciela się w cwaniaczka szukającego okazji do łatwego zarobku. Amerykański komik Bob Nelson odtwarza rolę zarezerwowaną w latach trzydziestych dla Harpo (choć nie jest niemową), a brytyjski, niestety już nieżyjący aktor Mel Smith to współczesna wersja Chico.
Co ciekawe, zastosowano tu pewne odwrócenie konwencji. Kibicujemy głównym bohaterom, choć tak naprawdę są to oszuści i krętacze, pragnący wykorzystać naiwność Lilian. Oczywiście wszystko przedstawione jest w lekkim tonie i tak naprawdę trójki protagonistów nie sposób nie lubić. Trudno za to sympatyzować z zadufanymi w sobie Volare i sekundującym mu Edmundem.
Warto dać szansę tej zapomnianej komedii, bo gwarantuje ona regularne salwy śmiechu, a wieńczący dzieło spektakl baletowy jest absolutnym apogeum humoru. Czołówka została zrealizowana w formie plastelinowej animacji, a całość podkreśla przyjemna dla ucha muzyka Iry Newborna („Blues Brothers”) z wpadającym w ucho motywem przewodnim.
