Recenzje

AMERICAN GANGSTER. Ridley Scott w wyśmienitej formie

Autor: Filip Jalowski
opublikowano

Zdawać by się mogło, iż scenariusze filmowe opowiadające o amerykańskim światku mafijnym nie mają już racji bytu. W znacznej mierze dlatego, że świat „przyzwoitych” gangsterów, którzy ponad pieniądze stawiają sobie honor, jest reliktem przeszłości. Z drugiej strony, czy taki świat kiedykolwiek istniał? Może był wymysłem filmowców zafascynowanych gangsterskimi legendami drugiej połowy ubiegłego wieku? Owa fascynacja zrodziła kilka filmów, które w pewien sposób odmieniły obraz dzisiejszej kinematografii, a już na pewno zawiesiły na wysokim poziomie poprzeczkę tym, którzy odważyliby się mafijny temat kontynuować.

Zwolennicy tego typu klimatów są ludźmi bezlitosnymi, każdy nowo powstały obraz próbują zestawiać z gatunkowymi ikonami, a przede wszystkim z nieśmiertelnym Ojcem chrzestnym F.F. Coppoli. W konfrontacji z filmowym gigantem, obrazem przez wielu uważanym za szczytowe osiągnięcie kina, upada na kolana niemal każdy. Nieliczni są w stanie złożyć mu jedynie ukłon – mowa tu o Chłopcach z ferajny i Kasynie Martina Scorsese, czy też o Człowieku z blizną Briana De Palmy. Niemniej jednak, każdy z wymienionych wyżej tytułów tworzy własną markę, staje się bytem autonomicznym, oryginalnym i niepowtarzalnym. I nieuczciwym byłoby porównywać nowy obraz Ridleya Scotta, wyśmienity American Gangster, z mafijnymi tytanami ubiegłego stulecia. Stwierdźmy więc na wstępie – tak, czerpie z nich (i nie tylko z nich) wiele, ale czy czerpanie z dobrego źródła w sposób z całą pewnością nie będący jedynie ordynarnym przepisywaniem filmowego skryptu jest czymś złym, czy raczej mądrym i godnym szacunku?

Głównym atutem American Gangster jest znakomicie rozpisany scenariusz (...).

Ameryka lat siedemdziesiątych – Harlem. Umiera jedyny człowiek, który przestrzegał reguł, a w dodatku egzekwował ich przestrzeganie u innych. Na swojego następcę niespodziewanie wyznacza kierowcę limuzyny, osobę, której przekazał wszystko, czego zdołał się nauczyć, osobę, której przeszczepił swój kręgosłup moralny. Frank Lucas mimo wszystko zostaje postawiony w niezwykle ciężkiej sytuacji. Młodzi Afroamerykanie dilujący w jego dzielnicy tylko czekali na śmierć jej wodza. Rozpoczynają walkę o hegemonię i, jak łatwo się domyśleć, nie biorą w niej pod uwagę kierowcy limuzyny. Frank, nie poddając się terrorowi, postanawia postawić wszystko na jedną kartę. W trakcie jednej ze sławetnych przemów prezydenta Nixona – o narkotykach jako głównym wrogu Ameryki i o problemie narkotykowym wśród amerykańskich żołnierzy w Wietnamie – doznaje olśnienia. Podnosi słuchawkę telefonu i dzwoni do Bangkoku – i wkrótce dobija targu z jednym z największych tajlandzkich donów narkotykowych. Zabiera ze sobą sto kilogramów stuprocentowo czystej heroiny i rozpoczyna handel „błękitnym czarem”, narkotykiem najczystszym i najtańszym na rynku. Niedługo po tym na jego trop wpada jeden z ostatnich nieskorumpowanych gliniarzy w Stanach – Richie Roberts.


Głównym atutem American Gangster jest znakomicie rozpisany scenariusz, będący dziełem Stevena Zailliana – laureata Oskara za Listę Schindlera. Scenarzysta nie jest bynajmniej jedyną osobą w ekipie, która może pochwalić się posiadaniem nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej. Denzel Washington (filmowy Frank) posiada dwie statuetki – za Dzień próby i Chwałę, Russell Crowe (Richie) odebrał jak na razie jedną – za pamiętnego Gladiatora. Utytułowana obsada podjudza tłumy widzów, krytyków zresztą też, do budowania ideologii mówiącej, że Scott stworzył film jedynie pod Oskary. Subiektywnie odpowiadam – jeżeli każdy film tworzony w celu zdobycia jak największej liczby pozłacanych figurek ma wyglądać tak, jak American Gangster, będę bardzo kontent, gdy każdemu twórcy będzie przyświecał podobny cel.

Ostatnio dodane