Recenzje

16. Millennium Docs Against Gravity. I MŁODZI POZOSTANĄ (reż. Peter Jackson)

Nowozelandczyk stworzył coś absolutnie unikatowego - nie kolejny martwy dokument historyczny, ale tętniącą życiem, uniwersalną opowieść o ciężkim, naznaczonym piętnem śmierci losie żołnierza.

Autor: Janek Brzozowski
opublikowano

O tych, którzy nie dożyli sędziwego wieku

„Nie dożyją sędziwego wieku jak my; nie zestarzeją się, nie umęczą życiem. Ale zawsze będziemy o nich pamiętać”. Fragment utworu Dla poległych pióra angielskiego poety Roberta Laurence’a Binyona stał się mottem tzw. Remembrance Day, czyli obchodzonego przez Brytyjczyków co roku dnia pamięci ofiar I wojny światowej. Pierwsze słowa oryginalnego cytatu („They shall not grow old”) posłużyły Peterowi Jacksonowi za tytuł jego najnowszego filmu – wyjątkowego z bardzo wielu względów.

I młodzi pozostaną to na razie jedyny dokument w długoletniej karierze reżysera Władcy Pierścieni i Hobbita. Przygotowania do jego powstania zabrały Jacksonowi mnóstwo czasu. Ekipa pod wodzą Nowozelandczyka przesłuchała w brytyjskich archiwach ponad 600 godzin wywiadów i obejrzała ponad 100 godzin materiałów filmowych z okresu pierwszej wojny światowej. Z tego wszystkiego ulepiony został trwający 99 minut dokument, w którym usłyszeć można głosy aż 120 brytyjskich weteranów wojennych. Co warte odnotowania, ekipa Jacksona odrestaurowała (wyostrzyła obraz oraz go pokolorowała) nie tylko półtorej godziny materiału, które ostatecznie znalazło się w filmie, ale całe 100 godzin przesłane im przez Imperial War Museum kompletnie za darmo.

Dokument rozpoczyna się jednak czarno-białymi ujęciami w formacie 4:3. Oglądamy żołnierzy maszerujących na front, najprawdopodobniej nieświadomych jeszcze tego, co już niedługo ich czeka. Spora część z nich z uśmiechem spogląda w kierunku kamery – chłopcy cieszą się, że zostaną uwiecznieni na filmie. Chwilę później Jackson cofa nas w czasie jeszcze dalej, aż do dnia wybuchu wojny. W tle od samego początku słyszymy opowieści anonimowych (aż do napisów końcowych) weteranów, którzy opisują swoje nastroje w przededniu wyruszenia na niemalże pewną śmierć. Po seansie w pamięci pozostają oczywiście jedynie niektóre z nich. We mnie najgłębiej zakorzeniła się historia gracza rugby, którego drużyna w dniu wybuchu wojny mierzyła się z niemieckim rywalem. Wieczorem, podczas wspólnej kolacji, zawodnicy obu zespołów dowiedzieli się o konflikcie zbrojnym. „I co ja miałem teraz niby zrobić? Podbiec do Niemca i wbić mu nóż w plecy?” – wspomina Brytyjczyk. Ostatecznie, po krótkiej naradzie, panowie zdecydowali się wrócić do przerwanego posiłku, a później rozejść się w pokoju. Dla nich wojna rozpoczęła się dopiero następnego dnia.

Obraz nabiera kolorów i zmienia format wraz z dotarciem młodych rekrutów (duża część z nich nie miała wówczas nawet osiemnastu lat) na front. Ewoluuje również warstwa audio, teraz nie słyszymy już tylko głosu weteranów zza kadru oraz miarowego turkotu kamery – do naszych uszu zaczynają docierać również, fantastycznie dopasowane przez ekipę Jacksona w postsynchronie, odgłosy otoczenia. Początkowo są to głównie dźwięki kroków oraz niewinne pogaduszki znudzonych żołnierzy (nad którymi, swoją drogą, pracował cały zespół osób czytających z ruchu warg – ich zadaniem było jak najdokładniejsze odtworzenie tego, o czym mogli rozmawiać bohaterowie zachowanych kronik). Z czasem w warstwie audio pojawiają się znacznie mniej przyjemne dla ucha odgłosy: wybuchy pocisków artyleryjskich, strzały z broni palnej, niespokojne rżenie przerażonych koni…

Mężczyzna stojący akurat obok ciebie błyskawicznie stawał się twoim najlepszym przyjacielem.

Życie na froncie nie należało do najłatwiejszych. Zza kadru weterani informują nas o jego kulisach, których ze świecą szukać we współczesnych filmach wojennych. Absolutny brak prywatności podczas załatwiania potrzeb fizjologicznych („toaleta” ograniczała się do długiej deski, na której jednocześnie siadało około 5 żołnierzy), notoryczne spanie na ziemi w okopach, woda dostarczona w niedoczyszczonych kanistrach po benzynie – to był ich chleb powszedni. Mimo tych wszystkich niedogodności żołnierzom udawało się nie tracić pogody ducha. Zawiązywały się nowe znajomości, odczuwalne było poczucie wspólnoty, „mężczyzna stojący akurat obok ciebie błyskawicznie stawał się twoim najlepszym przyjacielem” – wspomina jeden z weteranów. Po kilku dniach spędzonych na pierwszej linii frontu, gdzie w każdej chwili zbłąkany pocisk snajperski mógł zakończyć czyjeś życie, rekruci wracali do bazy oddalonej od „ziemi niczyjej” o kilka kilometrów. Tam mieli solidnie odpocząć przed powrotem do walki. Niestety, często te teoretyczne dni laby zamieniały się w ciężką fizyczną pracę przy rozładowywaniu zaopatrzenia. Zdarzało się więc, że żołnierze wracali na front nie wypoczęci, lecz jeszcze bardziej zmęczeni.

Prawdziwe piekło rozpoczynało się jednak dopiero wtedy, gdy nadchodziła tzw. godzina zero. Poprzedzało ją długie, niezwykle nerwowe oczekiwanie. „Godzina przed atakiem była jednocześnie najdłuższą i najkrótszą w moim życiu” – tłumaczy jeden z głosów. W końcu jednak dało się słyszeć ogłuszający świst kilkudziesięciu gwizdków – sygnał do rozpoczęcia ofensywy. To, co działo się później, trudno opisać w szerszej skali. Weterani skupiają się więc na drobnych, indywidualnych historiach. Jeden z nich zmuszony był zastrzelić dogorywającego kolegę, który, podczas gdy jego oko bezwładnie zwisało na policzku, wykrzykiwał w kółko imię ukochanej osoby. Drugi oglądał towarzysza dosłownie topiącego się w morzu błota – „takim już nie dało się pomóc”. Trzeciemu udało się jakimś cudem dotrzeć pod niemieckie zasieki. Tam jednak czekała na garstkę jemu podobnych szczęśliwców niemiła niespodzianka – brytyjska artyleria nie przerwała ostrzału, dziesiątkując teraz własne oddziały znajdujące się niebezpiecznie blisko okopów wroga.

Rzecz jasna, żadnego z opisywanych, drastycznych obrazów nie widzimy na ekranie. Jackson daje pole do popisu naszej wyobraźni, prezentując w tym czasie dynamicznie zmontowane zdjęcia wykonane już po walce lub rysunki przedstawiające żołnierzy w boju. Służą one jednak tylko jako niezbędne tło, gdyż w głowie widza rozgrywają się wówczas sceny rodem z Szeregowca Ryana. Niesamowite, jak ogromny efekt udało się uzyskać przy wykorzystaniu tak niewielkiej ilości środków filmowych. Jackson mógł się w tym momencie uciec chociażby do, niezwykle modnej ostatnimi czasy w dokumentach, animacji, która pozwoliłaby mu ze szczegółami odtworzyć na ekranie wszystkie opowieści weteranów. Całe szczęście nie zrobił tego, zaufał możliwościom percepcyjnym widza. W ten sposób Nowozelandczyk stworzył coś absolutnie unikatowego – nie kolejny martwy dokument historyczny, ale tętniącą życiem, uniwersalną opowieść o ciężkim, naznaczonym piętnem śmierci losie żołnierza.

11 listopada 1918 roku podpisano porozumienie pokojowe, a brytyjscy żołnierze zaczęli wsiadać na francuskie statki w celu powrotu do kraju. Wraz z zakończeniem konfliktu zbrojnego znikają w filmie Jacksona kolory, a format obrazu ponownie wynosi 4:3 . Wojna się skończyła, jednak życie napisało do niej wkrótce przykry epilog. Żołnierze wspominają, że po powrocie do Wielkiej Brytanii znalezienie pracy graniczyło z cudem. Na niektórych sklepach pojawiły się nawet sugestywne tabliczki: „Weteranów nie zatrudniamy”. Żaden cywil nie chciał rozmawiać o wojnie. Ludzie wymazali ją z pamięci razem z powracającymi z niej bohaterami oraz ofiarami, które nie dożyły sędziwego wieku – pozostały młode już na zawsze.

Ostatnio dodane