Publicystyka filmowa
Wichry namiętności. Emocje w filmie
WICHRY NAMIĘTNOŚCI to pełen emocji film, który odkrywa pierwotne instynkty, pasje i konsekwencje szaleńczej walki o kontrolę.
Tekst zawiera spoilery.
Każdy z nas chociaż raz w życiu słyszał w duszy ryk niedźwiedzia. To część naszego pierwotnego instynktu, który wyparliśmy. Pragnienie, by niszczyć, tłamsić, rozrywać pazurami, by polować i zdusić, by zapanować i przejąć kontrolę. Rzucić wyzwanie życiu, innym, Bogom i śmierci.
Często w rozpaczy i w zapamiętaniu, kiedy puszczają hamulce. Czasami w chwilach wielkiej wagi, kiedy ważą się nasze losy – a przynajmniej pojmujemy to w ten sposób. Zazwyczaj jednak niedźwiedź szybko cichnie i drzemie w swojej gawrze, a my radzimy sobie dalej tak, jak umiemy – w sposób ułożony, cywilizowany, przemyślany i wedle wszelkich możliwych reguł.
Są jednak ludzie, którzy ten ryk słyszą nieustannie. Stale buzują w nich skrajne uczucia, wciąż testują swoje granice. Posuwają się najdalej, jak to tylko możliwe, spalają do cna, czerpią bez opamiętania z pokładów, z których czerpać należy ostrożnie. Przeżywają wszystko dwa razy intensywniej, ale płacą za to dwa razy większą cenę. Są niespokojni, nie mogą usiedzieć na miejscu. Trudno do nich dotrzeć, trudno ich zrozumieć, a z całą pewnością trudno ich zatrzymać, o ile sami nie zechcą zostać. Napędzani przez niepojęte dla innych poczucie wewnętrznej misji grają wedle własnych reguł. Wejście w orbitę ich oddziaływania zazwyczaj prędzej czy później kończy się nieszczęściem.
Nie mają marzeń, mają zadania i mają cele, i to wyznaczone wedle niemożliwie wysokich standardów. Kiedy ponoszą porażkę, tracą wszystko, co położyli na szali. I to jest dla nich trudne, bo kiedy gra jest w ich rozumieniu warta świeczki, kładą na szali wszystko. Klęska ich zabija, jest dla nich winą nie do odkupienia. Płacą za to całkowitym wyjałowieniem, wewnętrznym obumarciem. Rodzą się i umierają wielokrotnie w ciągu życia i za każdym razem jest to dla nich tak samo bolesne. Dla nich i dla ludzi, którzy ich kochają.
Pułkownik
Pułkownik miał trzech synów. Wychował ich jak potrafił, chociaż żona opuściła go, gdy najmłodszy, Samuel, był jeszcze małym dzieckiem. Opuściła rzecz jasna formalnie – jego listy biegły do niej, jej listy biegły do niego. Pułkownik, jeśli już raz się za czymś opowiedział, pozostawał temu wierny. Przyjaźń, lojalność, odpowiedzialność, siła, niezależne sądy, wyczulenie na kłamstwo i oszustwo – wedle tych wartości żył i wpajał je swoim synom. W jej świecie wyznacznikiem była opinia towarzystwa, w jego świecie – surowe reguły przetrwania. Pośród tego wszystkiego najstarszy, Alfred, przepełniony tęsknotą i szukający zrozumienia u matki, do której był charakterologicznie podobny, i młodszy Tristan, nieodrodny syn swego ojca, który nigdy nie skreślił do niej choćby słówka.
Pułkownik najbardziej kochał Tristana. Czy dlatego, że Tristan był do niego najbardziej podobny, czy dlatego, że czuł podskórnie, iż ten właśnie syn – choćby wszyscy, łącznie z nim samym, twierdzili inaczej – najbardziej tego potrzebuje?
Alfred? Alfred poradzi sobie, gdziekolwiek się znajdzie. Samuel? Jest dobry we wszystkim, czego się podejmie. Tymczasem Tristan… nigdy nie ma dość. Jego życiem rządzą wyzwania, poczucie winy i autodestrukcja. Tristana można wyłącznie akceptować, kochać bez uprzedzeń i czekać na niego, nie stawiając mu wymogów. Jeśli zechce, wróci. Ojciec, starszy syn, młodszy syn. Różni, ale spojeni dzięki niepodważalnej rodzinnej lojalności. Trwający w szacunku, bliscy sobie. Przynajmniej dopóki był wśród nich…
Samuel
Najcenniejszy najmłodszy i jak to często z najmłodszymi bywa – najbardziej chętny, by coś udowodnić, by pokazać, że potrafi być mężczyzną, stanowić o sobie, mieć własne zdanie, dać swój wkład. Najbardziej zaangażowany i otwarcie emocjonalny, szczery w sądach, poszukujący, pragnący wiedzieć więcej, przeżyć więcej, zbudować własne imię i być samoistnym. Najbardziej z nich wszystkich wrósł w miejski pejzaż, w lekko dandysowski styl, wymogi towarzystwa. Oczko w głowie matki, jej nadzieja na uporządkowaną przyszłość.
Chciałaby widzieć w nim więcej rozwagi i pochwalić go za chłodną głowę, ale te słowne deklaracje to jedno, a duma to drugie. A ona jest z niego dumna, ponieważ stanowi pomost między tym, co niegdyś zafascynowało ją w Pułkowniku, a tym, do czego później wróciła i przy czym została. Samuel wynagradza błędy, Samuel jest rodzinnym spoiwem, Samuel jest wspólnym mianownikiem. Samuel musi przeżyć.
Bo wojna – młode byczki nigdy nie wiedzą, czym jest wojna. Pchają się do chwały i honoru, do obowiązku i powołania, do misji i celu. Nigdy nie słuchają starszych, którzy wojnę widzieli i wiedzą, że to zawsze jest to samo, smród rzygowin i kału, głód, rozerwane ciała przyjaciół, szeroko rozwarte w przerażeniu oczy wroga, którego trzeba zabić, brud, niepewność jutra, tęsknota, błoto i rozpacz, bolesna śmierć, kiedy próbujesz utrzymać rękoma własne bebechy przez wypadnięciem na ziemię i ostatnie, o czym myślisz, to honor i chwała.
Starsi zawsze to wiedzą i nigdy nie udaje im się powstrzymać tych młodszych, którzy wyrywają się do przodu, więc w końcu kapitulują i udzielają błogosławieństwa, bo tylko tyle mogą zrobić, czasami polecić najmłodszego opiece mniej gorącogłowych braci i modlić się, by Bogowie jeszcze tym razem okazali się łaskawi.
Czuwa Alfred, czuwa Tristan, ale to za mało wobec uporu młodego rycerzyka, który mierzy się na szabelki z własnym przeznaczeniem i oczywiście przegrywa w tym starciu, jak tysiące przed nim i tysiące po nim. Przerażony, cierpiący, bez szans na choćby słówko pożegnania, ale przynajmniej w ramionach brata, w którym budzi się ryk niedźwiedz
