Sztuczne światy

Sztuczne światy – 101 DALMATYŃCZYKÓW

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Nie wszystkie animacje Disneya budzą bezwzględną sympatię. Nie wszystkie są spełnionym kinem familijnym. Z dzisiejszej perspektywy można wręcz uznać, że legenda Disneya – monopolisty dziecięcej wyobraźni – rodziła się w bólach. Kolejne animacje sięgały po kontrowersyjne stereotypy (ach, te księżniczki biernie czekające na pocałunek księcia), romansowały z formułą poważnego dreszczowca (handel dziećmi w Pinokiu) bądź horroru (koszmar, przypominający narkotyczne majaki, upojonego alkoholem słonika w Dumbo czy hipnotyzujący, zdradziecki kot w Alicji w Krainie Czarów). Wypracowanie perfekcyjnego, uniwersalnego kodu do komunikacji z widzami wymagało czasu. Wymienione filmy, choć niepozbawione wad, są niewątpliwymi świadectwami epoki i ponadczasowym kinem.

Twórcy kreatywnie obracają wektor w relacji pies-człowiek

Nie będę się specjalnie z tym krył. Bardzo uważnie oglądam animacje Disneya. Szukam i wypatruję, może czasami na siłę, momentów, gdy te filmy – tworzone przecież z myślą o dzieciach – popadają w zastanawiające dygresje, zaskakują formalną odwagą, sugerują nieoczywiste odczytania i wywołują niepożądane emocje. Lubię, gdy trzymana w ryzach narracja rozpada się, z premedytacją twórców bądź bez, i kieruje uwagę gdzie indziej.

101 Dalmatyńczyków

101 dalmatyńczyków jest filmem uszytym nieco inaczej. Jego szwy nie prują się tak łatwo, nie dają szansy na rewizjonistyczne interpretacje. To lżejsza i łatwiejsza w odbiorze produkcja. Disney znalazł wyjątkowo przystępną formułę: w zdyscyplinowanym prowadzeniu opowieści i jednoznaczności kreacji postaci. Niebudzącym wątpliwości podziale na dobrych i złych. Te same reguły zastosowane zostały w budowaniu świata przedstawionego, opartego na czytelnej symbolice. Gotycki, mroczny dwór Cruelli De Mon sąsiaduje z ciepłą i bezpieczną stodołą, zamieszkałą przez opiekuńcze krowy-matki. To jaskrawe punkty na mapie filmu. Nawet najmłodszy widz bez problemu się wśród nich odnajdzie.

W animacji z 1961 roku na pierwszym planie mamy ubogiego i przeżywającego twórczy kryzys pianistę Roberta oraz jego psa Pongo. Dalmatyńczyk wyczuwa unoszący się w powietrzu marazm, ale od razu wie, jak mu zaradzić. Jedynym słusznym rozwiązaniem jest znalezienie partnerki. Pongo za oknem zauważa idealne kandydatki: dla swojego opiekuna i dla siebie. Anita spaceruje bowiem z Cziką, podobnie jak Pongo rasowym dalmatyńczykiem. Zaraz więc dojdzie do spotkania w parku. Tam w wyniku zabawnego wypadku sympatia przerodzi się w uczucie. Niedługo na świat przyjdzie piętnaście szczeniąt. Z kolei na nie czaić się będzie złowroga i zdesperowana miłośniczka futer, Cruella De Mon. Gdy nie uda się ich kupić, jedynym rozwiązaniem będzie kradzież (wynajęte w tym celu złodziejaszki – Nochal i Baryła – są postaciami wyjętymi wprost ze slapstickowej komedii).

101 Dalmatyńczyków

Twórcy kreatywnie obracają wektor w relacji pies-człowiek. W filmie Disneya to ten pierwszy jest opiekunem, istotą bardziej zdeterminowaną, rozsądniejszą i odpowiedzialniejszą, mającą intelektualną przewagę i pierwszeństwo głosu. Wystarczy spojrzeć na spacerujące pary, które Pongo obserwuje przez okno. To człowiek dostosowuje i upodabnia się do czworonoga. Wyglądem, tempem kroku i zachowaniem. W kolejnych portretach nie chodzi tylko o wizualny humor, ale także o zaznaczenie hierarchii. Twórcy 101 dalmatyńczyków konsekwentnie trzymają się tej odwróconej zależności. Dlatego też misja ratunkowa zorganizowana jest przez zwierzęta. Jedynie one mają na tyle umiejętności, by odnaleźć zaginione szczeniaki.

Z postacią Cruelli De Mon łączy się jednak pewien paradoks

101 dalmatyńczyków to budująca i podnosząca na duchu opowieść. Odnajduję w niej tylko jeden zastanawiający paradoks. Związany z najbardziej charakterystyczną postacią animacji – Cruellą De Mon. Dla Anity i jej partnera jest ona źródłem serii nieszczęść i katastrof. Równocześnie jednak Cruella jest inspiracją dla Roberta do napisania piosenki. Radiowego przeboju sezonu, który finansowo umożliwi parze głównych bohaterów przygarnąć wszystkie sto jeden psów, niedoszłych ofiar Cruelli.

Z brutalnego planu antagonistki wychodzą więc nici, a sama Cruella na przekór sobie przyczynia się do cudownego uratowania skazanych na śmierć psów. Ta przewrotność zastanawia i cieszy. Jest też elegancką puentą. Bywa bowiem i tak, że złe są miłego początki.

Ostatnio dodane