nowości kinowe

CREED II. Uskrzydlające narracje raz jeszcze, poproszę

Chcesz znanej narracji z postaciami, które wydają się (raz lepiej, a raz gorzej) żyć gdzieś tam między ciemnymi plamami dzielącymi kolejne sequele? A może bajeczki, która popchnie cię na salę sportową? To spoko, ten film zrobi, co trzeba.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Matka Rosja i znane bajki motywacyjne, których chcesz dokładkę

Jest w pierwszym Creedzie scena, w której walczący z nowotworem Rocky stoi w cieniu, obserwując spode łba trenującego Adonisa. Ostrość kamery jest ustawiona na czarnoskórego tytułowego bohatera, sprawnego i interesującego, ale paradoksalnie to on stał wtedy w cieniu Stallone’a. W kontynuacji, której nie wyreżyserował tym razem Ryan Coogler, ale namaszczony przez niego na następcę Steve Caple Jr., ukochany Włoski Ogier schodzi jeszcze bardziej na drugi plan, a seria odkleja się od rodzimej. I dobrze, bo to opowieść o Adonisie, a Balboa i tak osiągnął sporo jak na faceta, który chciał przetrwać kiedyś piętnaście rund z mistrzem świata. Wytrzymał bowiem dłużej – aż cztery dekady, w miarę utrzymując popkulturową „świeżość”.

Film nie rozpoczyna się jednak od sceny obligatoryjnego otrzymania przez syna Apolla Creeda pasa mistrza WBC, ale w zimnych rejonach dawnego Związku Radzieckiego. Przypomnijmy: tak samo jak przed laty jego mentorowi, Adonisowi udało się ostatnio „jedynie” wytrzymać do ostatniego gongu w potyczce z mistrzem świata, co i tak było sporym osiągnięciem jak na przygarniętą z poprawczaka sierotę. Sceną otwierającą sequel jest jednak sytuacja rodzinna Dragów. Viktor, syn Ivana, nosi drewniane palety w ukraińskim tartaku oraz wstaje wcześnie rano, aby trenować, marząc o lepszym życiu dla siebie i zgorzkniałego ojca. Jest to swoiste wywrócenie modelu przerysowanego łotra z momentami kuriozalnego akcyjniaka Rocky IV, tutaj bowiem ojciec, emerytowany olimpijczyk, ma wypisany na twarzy ból już od pierwszej sceny. „To było milion lat temu”, wzdycha Rocky, gdy w końcu spotykają się z Ivanem. „Dla mnie to było wczoraj”, odpowiada Rosjanin, który po przegranej stał się persona non grata w swojej ojczyźnie. Nie dziwi też fakt, że Adonis chce podnieść rękawicę rzuconą przez dwóch Rosjan, wszak to Ivan Drago zabił niegdyś na ringu jego ojca.

Dostajemy mnóstwo scen rodzinnych.

Od pierwszych scen domyślamy się, co napędza obie strony konfliktu, a dzięki rozwinięciu postaci Adonisa, jego wybranki serca Bianki oraz Rocky’ego dostajemy mnóstwo perypetii rodzinnych. Wprawdzie opis fabuły brzmi trochę tak, jakby seria zmierzała w stronę familijnego dramatu, ale bywa wręcz odwrotnie. Sequel jest dla bijącego z zaskoczenia poprzednika tym, czym Rocky II i kolejne były dla swoich nieśmiałych początków – czymś większym, głośniejszym, ale też nieco bardziej nieporadnym. Mamy tutaj wyrównanie rachunków, elementy kina zemsty i rozwijanie wątku miłosnego w kierunku bardzo przewidywalnych rejonów. Najwięcej zaskoczeń nie wynika z fabuły, bo umówmy się – jeśli oczekujemy czegoś innego niż upadku protagonisty, powstania i obowiązkowego klipu treningowego przy uduchowionej muzyce, to pomyliliśmy zapewne sale kinowe. Seria Rocky oraz jej mutacja mają w sobie znamiona wszelkich grzechów kina sportowego, ale o ile inni jej spadkobiercy powielają schematy, tutaj robi się to przynajmniej za pomocą mord, które znamy i kochamy.

Przykładem niech będzie wspomniany Ivan Drago, w którego ponownie wciela się Dolph Lundgren. Na jałowym gruncie i szczątkach postaci z Rocky’ego IV zasiano tym razem historię złamanego człowieka, którego motywację każdy potrafi zrozumieć, od scenarzystów aż po aktora. Rumuński bokser Florian Munteanu z lekkością (mimo gabarytów i szerokiego karczycha) odgrywa rolę jego syna, zahukanego, ale żądnego uznania. Michael B. Jordan natomiast rozwinął się aktorsko od ostatniego spotkania i wraz z Adonisem całkowicie wyszli z cienia tej góry mięsistego serca, którą zwą Balboa. Stallone wciela się w Rocky’ego jakby z marszu i wiadomo, że te dwie osobowości przenikają się zbyt długo, aby popełniono tu jakąkolwiek aktorską skuchę. Tym razem jest go mniej, ale wydaje się, że to świadomy wybór, pozwalający wybiegać się młodszym, reprezentowanym chociażby przez pewną siebie i zniuansowaną Biancę graną przez Tessę Thompson. I chociaż seria Rocky stała silnymi kobietami, pierwszy raz rozumiemy, czemu żona boksera musi być pewna swojego miejsca w jego życiu oraz, no cóż… mieć też własne.

Steven Caple Jr. całkiem pewnie usiadł na stołku reżyserskim, chociaż widać, że nawet nie zbliżył się do zuchwałości Ryana Cooglera. Bardzo niesprawiedliwe byłoby nie dostrzec starań realizacyjnych, takich jak chociażby świetna scena ukazująca gradobicie ciosów widziane z perspektywy pierwszej osoby. Na scenariuszu, choć wyraźnie słabszym niż w pierwszej odsłonie, zbudował wiarygodny świat. Szczególnie cieszą sceny rozgrywające się w Rosji, Meksyku i na Ukrainie. Chociaż bieda tam aż piszczy, nie są to karykaturalne wizje jak przykładowo w ostatniej Szklanej pułapce lub żenujących czarnobylskich sekwencjach w Lidze Sprawiedliwości. Caple Jr. jest artystowsko powściągliwy, bo wie, że pracuje nad produkcją, której bliżej do widowiska niż kameralnego dramatu, choć stara się pamiętać, że najbardziej lubi filmować chodniki czy zmęczone twarze. Momentami zdaje się dryfować w ciemno, jak chociażby realizując obraz porzucającej swoje dzieci Matki Rosji (która znajduje swoją manifestację w jednej z antypatycznych postaci), przez co elementy krytyki politycznej bardziej śmieszą niż skłaniają ku refleksji, ale są to bardziej grzechy scenariusza niż reżyserii. I chociaż sceny treningowe wyglądają trochę jak z filmów dokumentalnych magazynu „Vice”, i tym razem znajdziemy kilka ujęć godnych uwagi. Może to zasługa świetnej ścieżki dźwiękowej Ludwiga Göranssona (która płynnie przenika się z muzyką rapową wyprodukowaną przez artystę znanego jako Mike Will Make It), bo po wyjściu z kina wszystko to wciąż gra i buczy w duszy.

Creed II może i jest krokiem wstecz względem poprzednika, tak jak życie jest nieustanną sekwencją kroczków w kierunku trumienki, ale to dobrze, bo wciąż nie ma lepszej serii o starzeniu się i godzeniu z samym sobą. Kino sportowe zawsze opowiada o tym samym, a mieszanie w formule może tylko rozcieńczyć funkcję terapeutyczną. Chcesz znanej narracji z postaciami, które wydają się (raz lepiej, a raz gorzej) żyć gdzieś tam między ciemnymi plamami dzielącymi kolejne sequele? A może bajeczek motywacyjnych, które popchną cię w kierunku sali sportowej? Spoko, ten film zrobi dokładnie to, co trzeba.

Ostatnio dodane