search
REKLAMA
Książka

GILLIAMESQUE. PRZEDPOŚMIERTNA AUTOBIOGRAFIA. Recenzja książki

Jan Dąbrowski

13 sierpnia 2018

REKLAMA

Terry Gilliam to twórca, którego nazwisko stało się symbolem determinacji. Jego filmy powstają latami, jakby na przekór zdrowemu rozsądkowi i na złość całemu światu. Przygody barona Munchausena były finansową klapą jeszcze przed zakończeniem zdjęć. Podczas kręcenia Parnassusa zmarł aktor grający jedną z głównych ról. A Człowiek, który zabił Don Kichota był tak pechowym projektem, że łatwiej było nakręcić film dokumentalny o nierobieniu go niż faktycznie go skończyć (tak powstał Zagubiony w La Manczy). Ostatecznie przygody błędnego rycerza trafiły na kinowy ekran po ponad dwudziestu latach starań. Mniej więcej w tym samym czasie ukazała się polska edycja książki Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia, która też była przekładana i ostatecznie trafiła do księgarni trzy lata po światowej premierze nakładem Wydawnictwa Planeta.

Na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest zwykła autobiografia. To książka pełna ciekawostek, a obraz i słowo – podobnie jak w dorobku artystycznym Gilliama – wzajemnie się w niej uzupełniają. Prawie każda strona zawiera dodatki graficzne. Raz jest to satyryczny rysunek, raz archiwalne zdjęcie, raz plakat. Często są też kolaże, tak charakterystyczne dla tego twórcy, zwłaszcza z czasów jego pracy w grupie Monty Pythona. Ale to nie są zwykłe ilustracje, raczej formalne dopowiedzenie tego, czym zajmował się Terry Gilliam na danym etapie swojej kariery – lub przedtem, jeszcze jako nastolatek. Wszystko jest podane w przystępny sposób, nawet dla kogoś, kto jeszcze nie jest miłośnikiem twórczości Gilliama. Każda ilustracja jest opisana nieco drobniejszym drukiem na marginesie, jakby autor w ostatniej chwili chciał dodać jeszcze kilka zdań. Czytanie tych przypisów na uboczu treści książki kojarzy się trochę z przeglądaniem uzupełnianego po latach dziennika. Dzięki temu lektura Gilliamesque. Przedpośmiertnej autobiografii przypomina trochę czytanie listów od znajomego lub wspólne przeglądanie pamiątek.

Książka jest podzielona na piętnaście rozdziałów, z czego mniej więcej połowa streszcza wspomnienia z dzieciństwa, okres dorastania i pierwsze etapy kariery. Zarówno opisy, jak i dołączone zdjęcia i rysunki jasno pokazują, w jakim kierunku podążały myśli młodego Gilliama. Jego niewypaczona przez telewizję fantazja znajdowała ujście w rysowaniu (zazwyczaj kosmitów), robieniu magicznych sztuczek (często nieudanych), co z czasem skumulowało się w studiowaniu wzdłuż i wszerz książki o animacji poklatkowej. Potem przyszła fascynacja Disneyem, dorywcza praca w cyrku objazdowym i samodzielne próby z charakteryzacją. Następnie rysunki ewoluowały w słynne dziś kolaże, które udoskonalał na łamach mniej lub bardziej prestiżowych magazynów satyrycznych, projektując czołówki programów telewizyjnych, a od czasu do czasu także plakatów. Widać wyraźnie, że wszystkie te zainteresowania i zdolności plastyczne, kształtujące pierwszą połowę książki, w pełni wybrzmiewają w kolejnych rozdziałach, gdzie Gilliam pisze o swojej karierze po obu stronach kamery.

Wtedy świat na większą skalę poznał jego specyficzne poczucie humoru. Dobrym przykładem jest tu wspomniana przez samego Gilliama anegdota związana z premierą Żywotu Briana:

„Kiedy wszedł do kin i wywołał tyle zamieszania, byłem w siódmym niebie. To, że katolicy, protestanci i żydzi maszerowali ramię w ramię, protestując przeciwko świętokradczemu traktowaniu ważnych motywów religijnych, było wisienką na torcie. Wiele potrzeba, żeby zbliżyć do siebie tych ludzi, a my dokonaliśmy tego w bardzo prosty sposób – obrażając ich wszystkich za jednym zamachem”. Podobnych wspomnień w książce jest mnóstwo, a dzięki fantastycznemu tłumaczeniu Adama Czarnieckiego w tekście zachował się specyficzny humor autora, który po latach w boju wciąż jest ostry jak brzytwa. Czuć to zwłaszcza w tych fragmentach, gdzie opisuje walkę o swoje kolejne filmy i stopniowe wycinanie sobie drogi do samodzielnej kariery.

Gilliam był jedynym Amerykaninem w brytyjskiej do szpiku kości grupie Monty Pythonów, gdzie długo musiał zadowalać się robieniem w studiu wycinankowych animacji, czołówki etc, ewentualnie epizodami – jak rola rycerza z gumowym kurczakiem. Wtedy był najmniej eksponowanym członkiem ekipy. Jednak z perspektywy czasu Monty Python okazał się zaledwie przygrywką do samodzielnej kariery Gilliama, który jako jedyny z grupy stał się rozpoznawalny jako autor z wizją i obsesjami, które od kilkudziesięciu lat przenosi na ekran. Od pierwszego samodzielnego debiutu – Jabberwocky’ego – zmagał się z producentami i wytwórniami, czego najlepszym przykładem była trwająca ponad dwie dekady produkcja najnowszego filmu Gilliama: Człowieka, który zabił Don Kichota.

Dzięki staraniom wydawnictwa Planeta i przekładowi Adama Czarnieckiego Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia trafiła pod polskie strzechy. Eleganckie wydanie książki w środku przypomina gabinet osobliwości, gdzie na każdej stronie można spotkać jakąś niespodziankę, groteskowego potwora, karykaturę lub rzadkie zdjęcie. To esencja błyskotliwego humoru, heroicznego uporu i wszechstronnego talentu Terry’ego Gilliama.

REKLAMA