Od szeptu w krzyk

SIŁA WITALNA. Kosmiczne wampiry chodzą nago

Guilty pleasure epickich rozmiarów - niepokorna "Siła witalna" Tobe'a Hoopera zadziwia nawet dziś.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Oglądając Siłę witalną, horror science fiction Tobe’a Hoopera z 1985 roku, zawsze nachodzi mnie pytanie, na ile końcowy efekt, jaki przyszło nam oglądać, był zamierzony. Czy twórca, który debiutował Teksańską masakrą piłą mechaniczną, faktycznie zamarzył sobie tak niewydarzoną fantazję, czy też zwyczajnie nie zapanował nad swoim dziełem? Jest to bowiem kino z jednej strony wystawne, tonacyjnie poważne i skierowane do dorosłego widza, z drugiej od samego początku charakteryzujące się pewną umownością, a w swej zaskakującej niechęci do uznania go za żart niemal kampowe. Być może na tym polega siła filmu Hoopera – tyle tu sprzeczności, że trudno nie ulec fascynacji.

Już napisy początkowe dają nam przedsmak tego, co za chwilę obejrzymy. Symfoniczna muzyka Henry’ego Manciniego uderza epickością charakterystyczną dla kina przygodowego, nie zaś horroru, który reklamowany był jako „film reżysera Ducha i scenarzysty Obcego”. Ale za chwilę czytamy, że scenariusz oparto na książce Colina Wilsona Space Vampires – chwytliwy tytuł, jednak zbyt kiczowaty dla produkcji kosztującej, bagatela, 25 milionów dolarów. Nic dziwnego, że studio Cannon Films specjalizujące się do tej pory głównie w filmach z Chuckiem Norrisem i Charlesem Bronsonem zmieniło go na Lifeforce, licząc na przebój i wyjście z producenckiej drugiej ligi.

W pierwszych scenach oglądamy, jak prom kosmiczny Churchill, z brytyjsko-amerykańską załogą, dostrzega ukryty w smudze komety Halleya obiekt przypominający iglicę (a później parasol), długi na 250 kilometrów. Zapada decyzja, aby przyjrzeć mu się z bliska. Kiedy astronauci przechodzą przez organicznie wyglądający wlot, znajdują wewnątrz zmumifikowane szczątki przypominające olbrzymie nietoperze. W następnej komorze natrafiają zaś na, wydawać by się mogło, ludzkie ciała dwójki mężczyzn i kobiety, wiszące w kryształowych trumnach. Nierozważnie postanawiają zabrać je ze sobą.

Jak tylko akcja filmu przenosi się na Ziemię, a kosmiczna scenografia znika, Hooper dużo lepiej poczyna sobie z materiałem, koncentrując się na groźbie, którą stają się znalezione w obcym statku ciała. A zwłaszcza jedno z nich.

I bez „kosmicznych wampirów” z tytułu literackiego oryginału, scenariusz Dana O’Bannona i Dona Jakoby’ego ma wystarczająco dużo śladów wampirzej ornamentyki, aby fantastyczny punkt wyjścia zamienić w coś bliższego horrorowi. Jeśli jednak ktoś oczekuje wizji na poziomie pierwszego Obcego, tego czeka rozczarowanie – dekoracje oraz efekty specjalne wyglądają tu okazale, ale równocześnie rażą sztucznością; daleko im do realizmu arcydzieła Scotta, u którego kosmos był niemal namacalną przestrzenią. Ten z Siły witalnej ma więcej wspólnego z fantazyjnością Flasha Gordona, choć atmosfera jest tu odpowiednio tajemnicza i złowieszcza. Jak tylko akcja filmu przenosi się na Ziemię, a kosmiczna scenografia znika, Hooper dużo lepiej poczyna sobie z materiałem, koncentrując się na groźbie, którą stają się znalezione w obcym statku ciała. A zwłaszcza jedno z nich.

Ostatnio dodane