Connect with us

Publicystyka filmowa

Filmowe klasyki, których NADAL NIE ROZUMIEMY

Filmowe klasyki, jak NADAL NIE ROZUMIEMY, wciąż prowokują pytania, a ich tajemnice przyciągają kolejne pokolenia widzów.

Published

on

Filmowe klasyki, których NADAL NIE ROZUMIEMY

Słowo: klasyka kojarzy nam się z ładem, porządkiem i harmonią. Być może także z czymś nobliwym i nieco nudnym. Istnieją jednak pewne dzieła, które mimo statusu absolutnych klasyków nie tylko nic nie straciły ze swojej drapieżności, ale nawet po wielu latach od premiery stanowią wyzwanie dla widza. Czas nie uczynił ich łatwiejszymi i przyjemniejszymi w odbiorze, a filmoznawcy – mimo setek debat i analiz – wciąż wydają się dalecy od wyczerpania tematu.

Advertisement

2001: Odyseja kosmiczna (1968, reż. S. Kubrick)

Oczywiście, że musiała znaleźć się w tym zestawieniu, a jakże. Odyseja kosmiczna to królowa i caryca filmowych klasyków, które nadal pozostają niezrozumiane. Podczas premierowego seansu kino opuściło prawie 300 oburzonych krytyków, sam film spotkał się też z wyjątkowo nieprzychylnym przyjęciem. A jednak z upływem lat Odyseja kosmiczna dorobiła się statusu arcydzieła, z każdym rokiem rosło także grono widzów zafascynowanych tym filozoficzno-audiowizualnym odjazdem.

Podobno do popularyzacji filmu przyczynili się hippisi, zachęcający do oglądania go pod wpływem psychodelików. Autor literackiego pierwowzoru – Arthur C. Clarke – również nie stronił od narkotyków, co wpłynęło na oniryczny kształt całości. O czym tak naprawdę opowiada Kubrickowski monument? Wydaje się, że to dzieło równie tajemnicze i nieprzystępne, co sam kosmos. Film pozwala odczytywać się na przeróżne sposoby, skłania do refleksji na temat rozwoju ludzkości, przyszłości naszego gatunku, możliwych zagrożeń związanych ze sztuczną inteligencją.

Advertisement

Czy to opowieść o wszechświecie, który na zawsze pozostanie dla nas zimny, nieosiągalny i obcy? A może transcendentalna podróż w głąb człowieka? Odysei… nie trzeba za wszelką cenę rozszyfrowywać. Wystarczy po prostu ją chłonąć: mało jest filmów równie pięknych i formalnie wysmakowanych.

Pies andaluzyjski (1929, reż. L. Buñuel)

Advertisement

Niecałe 16 minut, które odmieniło kino i wstrząsnęło widownią – a i dziś słynna scena przecinania oka brzytwą potrafi wywołać dreszcze. Eksperyment formalny czołowego surrealisty i jednego z najsłynniejszych europejskich reżyserów z założenia jest tworem, który wymyka się rozumieniu i logice.

Salvador Dali i Luis Buñuel swoim filmem chcieli odtworzyć poetykę snu, inspirowali się też swoimi własnymi snami. Chociaż Pies andaluzyjski może się wydawać jedynie irracjonalną sztuką dla sztuki, to należy pamiętać o tym, że u swojego zarania surrealizm był nurtem obficie czerpiącym z dokonań psychoanalizy oraz z myślenia symbolicznego. Nigdy nie chodziło w nim o brak sensu, a o próbę dotarcia do głębszego, ważniejszego sensu, niemożliwego do poznania za pomocą zmysłów. Ciąg niepokojących obrazów, jakie serwuje nam Pies andaluzyjski doczekał się szeregu interpretacji i analiz.

Advertisement

Jedna z ciekawszych hipotez dotyczy wypartego homoseksualizmu bohatera granego przez Pierre’a Batcheffa, na co wskazywać miałyby m.in. androgeniczna postać przechadzająca się po ulicy czy symboliczne obrazy rozkładu i zgnilizny, jakie w mózgu mężczyzny łączą się z osobą jego dziewczyny, do związku z którą czuje się przymuszany. Tak czy inaczej, sztuka surrealistyczna działa jak papierek lakmusowy – powie więcej o osobie interpretatora niż twórcy, dostrzeżemy w niej to, co już jest w nas. Warto zmierzyć się z wczesnymi filmami surrealistów – Psem andaluzyjskim, Antraktem, Krwią poety – by zobaczyć, co wywołają w naszej podświadomości. Cały film można obejrzeć na serwisie YouTube: podlinkowałam go powyżej.

Trzy kobiety (1977, reż. R. Altman)

Pewnie powinnam w tym miejscu napisać o Personie Ingmara Bergmana, bo to ona zainspirowała Roberta Altmana do stworzenia Trzech kobiet.

Advertisement

Jednak dzieło Szweda regularnie pojawia się na listach najbardziej enigmatycznych filmów wszech czasów, dlatego przekornie postanowiłam napisać o mniej znanym tytule z wymienionych: który w niczym nie ustępuje Personie, a jakoś rzadziej się o nim mówi. Altman nie należy do reżyserów powszechnie kojarzonych z hermetycznym stylem, a przecież jego Trzy kobiety to absolutna czołówka filmów wciągających widza w niekończący się labirynt pytań, znaczeń i sensów. Amerykanin doprawił bergmanowski z ducha dramat psychologiczny postmodernistycznym sznytem i zawiesistą atmosferą.

Rozwój nietypowej, patologicznej relacji dwóch głównych bohaterek ogląda się jak thriller, czekając w napięciu na kolejny ruch. Pozbawiona konkluzji końcówka zostawia widza w zawieszeniu i z setką pytań. To film do wielokrotnego oglądania, do wyłapywania i sklejania w całość z pozoru nic nieznaczących szczegółów; dzieło przemawiające do podświadomości, odrealnione, pełne okrucieństwa i podskórnego niepokoju. Trzy kobiety to jeden z moich ulubionych filmów. Spróbowałam zmierzyć się z ich zagadką w swobodnej analizie, do której odsyłam wszystkich zaintrygowanych dziwną historią Pinky (Sissy Spacek) i Millie (nagrodzona Złotą Palmą dla najlepszej aktorki Shelley Duvall).

Advertisement

Kret (1970, reż. A. Jodorowsky)

el topo

Alejandro Jodorowsky to bez wątpienia jeden z najoryginalniejszych twórców w historii kina. W wyreżyserowanym przez siebie Krecie – westernie na psychodelikach – wcielił się w tytułową rolę: tajemniczego rewolwerowca, którego los rzuca po różnych stronach świata. Nie jest to jednak kolejna historia o milczącym twardzielu rodem z filmów Leone. El Topo to pokłosie ery dzieci kwiatów, wielopoziomowa, inspirowana religiami świata opowieść inicjacyjna, zapis duchowego rozwoju głównego bohatera. Całość skłania się w kierunku mistycyzmu i surrealizmu. Kret do dzisiaj pozostaje obrazem silnie polaryzującym widzów; jest także obrazem nieodgadnionym. Gęsty od symboliki, obsceniczności i erudycyjnych nawiązań film Jodorowsky’ego to żelazna klasyka kina ezoterycznego. Jak każde dzieło aspirujące do miana duchowego i mądrościowego nie jest łatwy w odbiorze i wymaga poświęcenia ze strony pragnących dowiedzieć się czegoś adeptów.

Wśród miłośników Kreta był m.in. John Lennon, który przyczynił się do jego popularyzacji. Film ten uważa się także za pierwszy pełnoprawny midnight movie. Nie brakuje jednak sceptyków, którzy twierdzą, że opowieść chilijskiego reżysera to tylko efektowny, pseudointelektualny bełkot skrywający pustkę. Na pewno kontrowersje budzi nie tylko sam film, ale i osoba Jodorowsky’ego – na planie swej produkcji własnoręcznie zabił kilkaset królików, a podobno zgwałcił też aktorkę Marę Lorenzio.

Advertisement

Ptaki (1963, reż. A. Hitchcock)

Na pierwszy rzut oka ten film to „tylko” dreszczowiec, w dodatku o dość prostej jak na filmografię Hitchcocka konstrukcji. Czasem spotykam się też z opinią, że Ptaki niemiłosiernie się zestarzały, ponieważ efekty specjalne budzą dziś raczej śmiech niż grozę. Tylko że w tym filmie chodzi o coś więcej niż o strach, skądinąd genialnie dawkowany (patrz: podlinkowana wyżej scena). Mam wrażenie, że to, co tutaj najbardziej fascynujące, tkwi w naszych skazanych na porażkę próbach rozwikłania głównej tajemnicy – czym są tytułowe ptaki i dlaczego atakują ludzi? Reżyser nie udziela nam odpowiedzi, co daje pole do popisu dla samodzielnej interpretacji.

Advertisement

Można posiłkować się Freudem: czy ptaki to wyraz napięcia między matką i dziewczyną mężczyzny, rywalizującymi o jego uwagę? Czy to symboliczna manifestacja bezwzględnej zbiorowości, usiłującej przywołać niekonwencjonalną, łamiącą zasady bohaterkę do porządku? Albo na odwrót, ptaki to wcielenie podświadomości, mrocznych instynktów i wypartych popędów, które im bardziej spychane w kąt przez narzucaną społecznie „normalność”, tym mocniej kontratakują? A może warto dostrzec w całości ekologiczną refleksję o tym, że natury nie da się do końca okiełznać i skontrolować, a jej bezmyślna eksploatacja prędzej czy później obróci się przeciwko człowiekowi? I pomyśleć, że sam Hitchcock był o krok od zrujnowania tajemnicy – nakręcił scenę, w której okazywało się, że przywódcą ptaków jest… ksiądz, posyłający te zwierzęta jako plagę przeciwko zdegenerowanemu rodowi ludzkiemu. Na szczęście scena kazania została ostatecznie wycięta, co uchroniło arcydzieło Brytyjczyka od wolty fabularnej rodem z kina klasy B.

Szalony Piotruś (1965, J.-L. Godard)

W przypadku Godarda niezrozumienie jego filmów ma dwojaki charakter. Po pierwsze, trudno je zrozumieć i docenić bez znajomości historii kina. Widz bez odpowiedniego przygotowania, który nie wie nic o Nowej Fali, może zwyczajnie odbić się od Do utraty tchu czy Szalonego Piotrusia. Wszystkich tych, którzy chcieliby dowiedzieć się, na czym polegała przełomowość Godarda i w jaki sposób wpłynął na kino, odsyłam do artykułu Szymona Skowrońskiego, który wszystko bardzo klarownie wyjaśnił TU. Po drugie, Szalonego Piotrusia oraz inne filmy Godarda trudno czasem zrozumieć, ponieważ mają ostentacyjnie afabularny charakter.

Advertisement

Francuski reżyser to eksperymentator i prowokator, który celowo idzie w poprzek oczekiwaniom widza. Trzeba trochę się wysilić, żeby odkryć, jaki cel przyświeca jego formalnym akrobacjom. Jak można zatem odczytywać przegadanego, zagmatwanego i z dzisiejszej perspektywy zwyczajnie pretensjonalnego Piotrusia? Ilu widzów, tyle opinii. Dla mnie pewnym kluczem zawsze są pytania wypowiadane w jednej ze scen przez bohaterkę Anny Kariny: Co by tu robić? Nie wiem, co mam robić? Życie bohaterów: nudne, miałkie, bezsensowne i pełne przypadkowości jest dokładnie takie, jak… nasze życie. Nudne, miałkie, bezsensowne i pełne przypadkowości. To także film o tym, że chociaż jesteśmy ukształtowani tak, by wszędzie dopatrywać się logiki i sensu, to powinniśmy przestać to robić, bo w świecie te dwa zjawiska występują niezwykle rzadko.

Stalker (1979, reż. A. Tarkowski)

Niemal trzygodzinna podróż Stalkera, Pisarza i Profesora przez opuszczoną Zonę ku mitycznej komnacie, w której ponoć spełniają się marzenia, to z pewnością nie jest propozycja na lekki, przyjemny seans z nachosami na podołku. Film ten wręcz słynie ze swej wieloznaczności i rozbudowanej metaforyki. Do tego całość podlana jest rosyjską melancholią, religijnymi nawiązaniami i charakterystyczną dla Tarkowskiego poetyckością. Potrzeba odpowiedniego nastawienia – i czasu – by wejść do tego onirycznego świata, gdzie wszystko jest metaforą. Możliwe interpretacje Stalkera wydają się niepoliczalne. Tarkowski zadaje pytania fundamentalne, ale odpowiedzi wydają się należeć do widza.

Advertisement

Zawód: Reporter (1975, reż. M. Antonioni)

Antonioni nigdy nie należał do najłatwiejszych reżyserów: postmodernistyczny twórca wyznawał zasadę, że nastrój filmu jest ważniejszy od fabuły. Obok Powiększenia czy Czerwonej pustyni jednym z wielu trudnych dzieł w jego dorobku jest bez wątpienia Zawód: Reporter. Film, w którym producenci upatrywali szansy „sprzedania” Antonioniego na rynek amerykański (stąd m.

Advertisement

in. angaż Jacka Nicholsona do głównej roli), poniósł sromotną klęskę w USA. Opowieść o spontanicznie przejmującym tożsamość swojego zmarłego przyjaciela Davidzie okazała się niezjadliwa również dla wielu europejskich krytyków, zazwyczaj przychylnych włoskiemu reżyserowi. Także dziś Zawód: Reporter potrafi wyczerpać, to film ostentacyjnie nieatrakcyjny. Antonioni oddaje skołowanie i samotność głównego bohatera za pomocą długich passusów nudy, ciszy i marazmu, co na starcie odsiewa mniej cierpliwych widzów. Kiedy zaś dwie godziny metrażu nie przynoszą oczekiwanej konkluzji, a losy Davida zdają się zmierzać donikąd, także ci cierpliwsi mogą poczuć się nieusatysfakcjonowani… Wydaje się, że przy użyciu środków formalnych reżyser pragnie odmalować stan depresji, zagubienia w świecie, egzystencjalnej pustki, niestabilności ludzkiego położenia i nieuleczalnej samotności. Tak przynajmniej odczuwam to ja. Być może wy dostrzeżecie w tajemniczej historii coś zupełnie innego – Zawód: Reporter to otwarta filmowa księga.

Mulholland Drive (2001, reż. D. Lynch)

Oczywiście, zamiast Mulholland Drive mogłabym napisać o jakimś innym dziele Lyncha: Głowa do wycierania, Zagubiona autostrada czy choćby Twin Peaks (zwłaszcza trzeci sezon) stanowią równie enigmatyczne widowisko, co nagrodzony Złotą Palmą film z Naomi Watts i Laurą Harring. Twórczość amerykańskiego reżysera mogłaby obstawić wszystkie pozycje w tym zestawieniu. Krytycy zgadzają się co do dwóch rzeczy, jeśli chodzi o Mulholland Drive: że to – niezależnie od subiektywnych preferencji – jeden z najważniejszych filmów XXI wieku i że nie da się tego dzieła w pełni wytłumaczyć czy zrozumieć. Lynch utkał swój obraz ze snów, symboli, seksualnego niepokoju, a także cytatów – z twórczości własnej i swoich mistrzów.

Advertisement

Efektem jest niezwykle hipnotyzujący film, wciągający widza w swoisty trans. Wydaje się, że klucza do odczytania Mulholland Drive każdy musi szukać na własną rękę. Czy to historia o rozpadzie osobowości? O rozdwojeniu jaźni? Zaburzonej pamięci? O wzajemnej, patologicznej obsesji dwóch kobiet? A może metaopowieść o Hollywood? I czy należy w ogóle szukać odpowiedzi na te pytania? Film zdecydowanie do wielokrotnego użytku.

Donnie Darko (2001, reż. R. Kelly)

Być może dokonuję tutaj pewnego nadużycia, zaliczając Donnie Darko do grona klasycznych filmów: podobnie jak Mulholland Drive, fantastyczny debiut Kelly’ego dopiero co skończył osiemnastkę. Wydaje mi się jednak, że film z Jakiem Gyllenhaalem w roli głównej zasługuje na miano współczesnego klasyka, a jego status kultowca przetrwa upływ czasu. W końcu ta oniryczna opowieść o dojrzewaniu unurzana w psychodeliczno-fantastycznonaukowym sosie ciągle zyskuje nowych fanów, postać demonicznego królika Franka kojarzą nawet ci, którzy nie oglądali filmu, a o tytułowym bohaterze rapował Słoń.

Advertisement

Przede wszystkim jednak Donnie Darko należy do tych filmów, których seans rodzi więcej pytań niż odpowiedzi. Końcówka wywraca całość do góry nogami i zostawia widza ze szczęką w okolicy podłogi. Razem z głównym bohaterem zostajemy wrzuceni do świata, którego zasad nie pojmujemy i po raz kolejny przypomina się nam, że prawa fizyki są nam znane tylko pozornie, że jesteśmy co najwyżej stosunkowo nowymi mieszkańcami niezwykle złożonego wszechświata, którego zrozumienie nam się wymyka. Chociaż zagorzali fani, interpretujący scenę po scenie i łączący ze sobą poszczególne elementy układanki, twierdzą, że udało im się rozgryźć całość, to jeszcze nie czytałam takiej analizy Donniego Darko, w której któryś z punktów by nie kulał.

Bodaj największą zagadką, stanowiącą źródło największego niepokoju, pozostają tożsamość, cel i charakter sił, które bawią się z głównym bohaterem z iście lovecraftowską złośliwością. A może film jest jedynie zapisem psychicznego stanu szwankującego umysłu?

Advertisement

To tylko dziesięć wybranych filmów, które nadal stanowią zagadkę dla widza – o jakie tytuły rozszerzylibyście tę listę? Piszcie w komentarzach.

Advertisement

Publikuje w "KINIE", Filmwebie, serwisie Film w Szkole i (oczywiście) na film.org.pl. Edukatorka filmowa w Zespole Edukacji Ferment Kolektiv. Lauretka II nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka dla młodych krytyków filmowych oraz zwyciężczyni konkursu Krytyk Pisze Festiwalu Kamera Akcja.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *