Recenzje

PERSONA (1966)

Ingmara Bergmana pasjonujący portret fałszywych osobowości.

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Kiedy płynie krew, człowiek czuje się paskudnie i wtedy nie gra

Zamilknąć. Pewnego razu, w chwili największego szczęścia, w poczuciu, że wszystko ma swoje znaczenie, swój czytelny sens, nagle zamilknąć, nie wypowiedzieć już żadnego słowa. Wszystko, co otoczone było jakimkolwiek uczuciem, odrzucić, pozostawić samym sobie na wieczność, w imię kilku chwil, które od dzisiaj naznaczone zostaną niepewnością. Pani Vogler stojąca na teatralnej scenie nagle milknie i już nie wypowie żadnego słowa. Wpatrzona w nią publiczność, zachwycona spektaklem, wielbiąca słynną aktorkę, popada w konsternację. Ona, w ciszy, wpatrzona jest jedynie w siebie, już nieobecna, już nie grająca dla uradowanej publiki. Zgubiła wszystko – sens, uczucia i Prawdę, której poszukiwała uparcie przez całe życie. Pomyślcie sobie, że posiadacie już cośœ trwałego, stałego, ale nagle tracicie grunt pod nogami, wszystko staje się płynne, nieistotne.

Udręka i okrucieństwo. Buddyjski mnich, Thich Quang Duc, 11 czerwca 1963 roku podpalił się w centrum Sajgonu za swoją wiarę. Ingmar Bergman nie potrafi zapomnieć o tym człowieku. Nie potrafi traktować sztuki jako zabawy, której zadaniem jest zapewnienie odpowiedniej frekwencji w kinach czy w teatrze. Nie w tym momencie, gdy własna naiwność, udawanie dorosłości, musi być skonfrontowane z życiem, które nie potrafi zapomnieć, roztopić, przekształcić katastrof nawiedzających człowieka. To może wprawić w osłupienie, to zaskakuje, ilekroć telewizja ukazuje wygłodniałe dzieci umierające powoli z wycieńczenia. Czymże jest sztuka, jeśœli nie wyłącznie nadętym rodzajem zabawy, banalnym spędzaniem wolnego czasu, samozadowoleniem na niby sensownym wybiegu artystycznym?

Nigdy nie pomijam tych obrazów, zamieniają one moją sztukę w sztuczki, w coś obojętnego, w byle co – mówił Bergman w swojej autobiografii. Czym na przykład jest Bóg, wyuczona pobożność, miłość, pokora? Czy okrucieństwo ma się wpisywać w sens, a ten ma być drogowskazem życia? Bzdura. To wszystko bzdura w obliczu bezsensownego losu, obok którego większość przechodzi obojętnie. Pani Vogler nagle milknie, bo ma dosyć kłamstw starających się opisywać pięknie pustkę i odrazę czającą się wszędzie. W jej dzienniku widnieją takie oto słowa:

Uratować się od rozpaczy i zakłamania można jedynie w ten sposób. Milczeć. Za zasłona milczenia osiągnąć jasność lub w każdym razie spróbować zebrać te możliwości, które jeszcze mogą pozostawać do dyspozycji.

Czyżby więc sztuka była pozbawiona wszelkiego znaczenia? Byłaby, gdyby nie ciekawość. Jestem opanowany nieokiełznaną ciekawością. Notuję, obserwuję z szeroko otwartymi oczyma, a wszystko jest nierzeczywiste, fantastyczne, przerażające lub śmieszne. Chwytam fruwającą odrobinę kurzu, być może jest w tym jakiś film – cóż on może mieć za znaczenie. W ciekawość wpisany jest egoizm, który pozwala na tworzenie autorskich manifestów z pełną świadomością, pozwalających na kilka sekund ukojenia i namysłu.

Persona jest niesamowita, bo zasadza ziarno niepewności, zaczynające kiełkować coraz szybciej wraz z rozwojem akcji.

Taka jest Persona Ingmara Bergmana. Przyznam, że to pierwszy film tego twórcy, jaki miałem okazję obejrzeć. Trudno tu mówić o zachwycie, na pewno to fascynujący wykład filozoficzny o życiu i śmierci, sensie i nonsensie, naiwności przeradzającej się w dojrzałość. Demony dręczące artystę zostały zaprzęgnięte w filmowy rydwan nie do zatrzymania: powstał film wielopoziomowy, alegoryczny, bardzo enigmatyczny. Od pierwszej do ostatniej sceny bardzo konsekwentnie przyglądamy się Milczeniu, pewnej Bergmanowskiej myśli, a może raczej stanowieniu duszy człowieka, który zwątpił nagle w mądrość, rozsądek i słowa. Poczuł egzystencjalny ból rozpalający od wewnątrz, przewartościowujący dotychczasowe przekonania.

Persona jest niesamowita, bo zasadza ziarno niepewności, zaczynające kiełkować coraz szybciej wraz z rozwojem akcji. Bergman mówi, że jesteśmy cholernie naiwni, jak siostra Alma, której zadaniem będzie opieka nad milczącą Vogler. Grzeczna, usłużna, dziecięco wylewna młoda pielęgniarka uczy się przy pani Vogler odczuwać samą siebie. W ramach terapii (lekarze orzekli, że milczenie to choroba, choć żadnych symptomów skrzywienia psychicznego bądź fizycznego nie zauważono) dwie kobiety wyjeżdżają do domku letniskowego nad morzem. Izolacja sprawia, że rodzi się pomiędzy nimi pewna zażyłość, intymność. Alma opowiada długą i banalną miłosną historię, w którą wplątała się jakiś czas temu, o wielkiej miłości do żonatego mężczyzny, o przerwanej ciąży, o nieudanym życiu seksualnym z partnerem, którego właściwie nie kocha… Upija się winem, rozpacza nad swym losem, wypłakuje się w ramionach pani Vogler, gdy ta, w ciszy, żartobliwie uśmiecha się współczując Almie.

Liv Ulmann jest rewelacyjna. Jej gra polega wyłącznie na wyrażaniu uczuć w sposób ekspresyjny: sugestywne spojrzenie, odwrócenie wzroku bądź bezczelne wpatrywanie się w irytującą naiwność Almy. Wyrazić uczucia bez pomocy słów potrafią tylko najlepsi aktorzy. Równie znakomita Bibi Andersson odnajduje samą siebie powoli. Pani Vogler wysyła list do doktor Lindquist, w którym żartobliwie, acz trafnie charakteryzuje siostrę Almę, opisując ją jako dziecko udające osobę dorosłą i nie zdające sobie sprawy z fałszu, w którym tkwi. List wpada całkiem przypadkowo w ręce pielęgniarki i wywołuje oczywistą wściekłość. Któż z nas lubi druzgoczącą krytykę własnej osoby? Kto lubi nikczemne, przenikliwe podkopywanie gruntu pod nogami, tym bardziej, gdy słyszy się prawdę o sobie samym?

Ziarnko niepewności zaczyna kiełkować. Sven Nykvist, etatowy operator filmów Bergmana, to napięcie psychologiczne demaskujące pewność pokazuje poprzez ciągłe zbliżenia twarzy bohaterek. Szczególnie strach, jaki towarzyszy Almie, spostrzegającej wreszcie ułudę tego świata. Kiedy narzeczony pielęgniarki odwiedza ją, nagle ona słyszy, w jaki sposób on mówi, jak ją dotyka, całuje. On gra jakąś rolę, myśli sobie. Udaje dojrzałość, popada w sztuczność. Alma zaczyna uczyć się odczuwania samej siebie, rozumienia milczenia Elisabeth Vogler. Dotychczasowa prawda znikła, pojawiła się na jej miejsce pustka, bo czyż jest inna możliwość, skoro wszystko okazuje się grą, ułudą, kłamstwem? Następuje rozstrzygająca zmiana.

To jedna z najsłynniejszych scen, nazwana przez samego Bergmana „sceną zwierciadlaną”. Monolog, który powtarzany jest dwa razy, z dwóch stron, najpierw od pani Vogler, potem od siostry Almy. Pewnej nocy Alma budzi się i odkrywa, że drzwi do sypialni milczącej aktorki są uchylone. Wchodzi i odkrywa, że pani Vogler leży nieprzytomna, jakby martwa. Ogarnia ją lęk, lecz spogląda dalej na kobietę i nagle wymieniają się one osobowościami. Jedna przeżywa stan ducha drugiej, ustami siostry Almy przemawia pani Vogler. Siedząc naprzeciw siebie rozmawiają o pustce, śmierci, kłamstwie i naiwności. Po chwili ich twarze stapiają się w jedną twarz. Milczenie nadało sens wszystkiemu.

Persona Ingmara Bergmana to pasjonujący portret fałszywych osobowości skrytych za fasadą śmiechu, radości, niedojrzałości. Obrazy śmierci to koszmar, którego nikt nie chce być świadomy, nikt nie pragnie z nim obcować. Unika się więc istniejącego przecież okrucieństwa, nieświadomie przywdziewając maski zbudowane z kłamstw, fałszywych ról. Może milczenie będzie receptą? Może warto pobyć kilka chwil w ciszy, wyłącznie z sobą samym?

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane