Connect with us

Publicystyka filmowa

POMIĘDZY AZJĄ I AMERYKĄ. Kto i dlaczego robi lepsze KINO AKCJI?

POMIĘDZY AZJĄ I AMERYKĄ to fascynująca analiza, kto rządzi w kinie akcji. Azjaci zaskakują nowatorskimi pomysłami i dynamicznymi sekwencjami!

Published

on

POMIĘDZY AZJĄ I AMERYKĄ. Kto i dlaczego robi lepsze KINO AKCJI?

Kilka lat temu obejrzałem The Raid: Redemption i od tamtej pory czekałem na film akcji, który go przebije. Nie sądzę, żeby zrobił to jego sequel. Z trochę innej strony nadjechał Mad Max: Na drodze gniewu, całkiem nieźle w nurt wstrzelił się John Wick.

Advertisement

Mimo to, oglądając szeroko pojęte kino akcji z różnych stron świata, ma się wrażenie, że to jednak Azjaci wysuwają się na prowadzenie w wyścigu o miano jego najlepszych twórców. Nawet po odseparowaniu tego pierwiastka egzotyki, który na pewno wpływa na wrażenia z seansu, mam wrażenie, że Japończycy, Koreańczycy, Chińczycy, a ostatnio także Indonezyjczycy robią to kino po prostu lepiej.

Ale kiedy w ogóle narodziło się kino akcji… i gdzie? Historycy mogą być zgodni co do pewnego tytułu: Wielki napad na pociąg, który jest jednocześnie pierwszym westernem, pierwszym filmem gatunkowym, pierwszym filmem łamiącym czwartą ścianę i pewnie jeszcze pierwszym w kilku innych kategoriach. Załóżmy więc, że od Wielkiego napadu… wszystko się zaczęło. Do kina akcji zaliczyłbym na przykład większość krótkich metraży z udziałem wielkiej trójki kina niemego – Charliego Chaplina, Bustera Keatona i Harolda Lloyda.

Advertisement

No bo jak inaczej zaklasyfikować mistrzowską wspinaczkę tego ostatniego po wieżowcu w centrum Nowego Jorku w finałowej scenie Jeszcze wyżej albo kaskaderskie popisy Keatona, chociażby w takim Generale, który tętni akcją? Jednak za prototypowy film akcji należałoby uznać japońskich Siedmiu samurajów. Podobnie jak Wielki napad na pociąg, również i obraz Kurosawy jest numerem jeden (chronologicznie) pod wieloma względami.

Z punktu widzenia miłośnika kina akcji przed Siedmioma samurajami nie było czegoś, co w pełni realizowałoby założenia uznawane za podstawowe elementy składowe tego gatunku. Bohaterowie, tytułowych siedmiu samurajów, formują drużynę w celu ochrony ubogich mieszkańców wsi przed bezustannymi atakami rozbójników. Widzimy zawiązanie akcji w postaci przyjęcia zadania, widzimy zbieranie drużyny (przed wyruszeniem w drogę), widzimy pierwsze starcia, przygotowania, próby, treningi… Razem z bohaterami przeżywamy wzloty i upadki, poznajemy ich największego przeciwnika, angażujemy się w historię, która powoli zmierza do krwawego, dramatycznego finału i epickiej (to nadużywane słowo, ale pasujące tu jak ulał) ostatniej bitwy, po dziś dzień będącej wzorowym przykładem choreografii, aranżacji i montażu scen akcji. Tak, Siedmiu samurajów to zdecydowanie pierwowzór nowoczesnego kina akcji.

Advertisement

Co ciekawe, Kurosawa – Japończyk – był pod dużym wrażeniem i wpływem amerykańskich filmów. Inspirację czerpał chociażby z westernów realizowanych przez Johna Forda. Co jeszcze ciekawsze, film o samurajach stał się jedną z największych inspiracji dla całego grona amerykańskich filmowców, którzy podejmowali liczne próby nakręcenia czegoś, co mogłoby się zrównać z obrazem Japończyka albo nawet go wyprzedzić. Siedmiu wspaniałych to przykład remake’u, ale wypływy Kurosawy sięgają dużo, dużo dalej.

Podobnie było z powstałą kilka lat później Strażą przyboczną. Tym razem bohater był samotnikiem, a jego charakter i sposób działania stały się wzorem dla jemu podobnych amerykańskich protagonistów. Milczący, moralnie niejednoznaczny, charyzmatyczny i pewny siebie – niczym Clint Eastwood z westernów Sergia Leone… a właściwie dokładnie taki, bo Za garść dolarów było przecież remakiem Straży przybocznej, o co zresztą Leone i Kurosawa się pokłócili i procesowali. A Eastwood wypracował charakterystyczny dla siebie styl, w którym zagrał także w Brudnym Harrym i jego sequelach. Wchodzimy więc swobodnie w dekadę lat 70. XX wieku, która oferuje już w pełni ukształtowane dwa nurty kina akcji.

Advertisement

Pierwszy z nich to ten amerykański, z obrazami takimi jak Brudny Harry właśnie, Francuski łącznik, Ucieczka gangstera, Życzenie śmierci, Znikający punkt czy Kierowca. Po drugiej stronie mamy natomiast Azję, gdzie w Chinach i Hongkongu rozwija się wuxia, czyli rodzaj kina akcji kładącego nacisk na młodych adeptów sztuk walki ćwiczących i trenujących do pojedynku z niebezpiecznym przeciwnikiem, a w Japonii triumfy święcą filmy samurajskie. Azjatyckie tytuły z tego okresu to na przykład Droga smoka, Pijany mistrz, 36 komnata Shaolin, Dotyk Zen, japoński Uliczny wojownik, Lady Snowblood czy filmy o niewidomym masażyście Zatōichim.

Szybki przegląd tytułów pozwala zauważyć pierwsze znaczące różnice między tymi filmami. Amerykanie upodobali sobie raczej współczesne historie, umieszczając akcję na ulicach metropolii i niejednokrotnie realizując zdjęcia w prawdziwych plenerach, poza studiem. Bohaterami zwykle byli policjanci i gangsterzy, którzy do porachunków używali broni palnej. Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała na Wschodzie. Tutaj kładziono większy nacisk na scenografię, kostiumy i nawiązania do tradycyjnych legend i podań. Zresztą słowo „legenda” pojawiało się w tytułach filmów niejednokrotnie.

Advertisement

Filmy te inkorporowały rzecz jasna sztuki walki oraz broń białą – w przypadku Japonii była to kultowa, charakterystyczna katana. Ale to różnice dość oczywiste. Widoczny na pierwszy rzut oka, ale już trudniejszy do analizy jest styl reżyserii i montażu tych obrazów. Chyba najlepiej będzie wyjaśnić to na przykładzie produkcji stojącej na pograniczu dwóch kultur, a jednocześnie będącej początkiem szalonej popularności wschodnich sztuk walki w zachodnim świecie. Mowa o Wejściu smoka, z ostatnią rolą Bruce’a Lee. W tym filmie typowe dla wuxia elementy wymieszano ze standardową amerykańską fabułą. Lee wciela się w tajnego policjanta infiltrującego nielegalne turnieje sztuk walki. O ile choreografia walk stoi tutaj na najwyższym poziomie, o tyle tempo filmu jest bardzo powolne, wręcz usypiające. Postawiono na długie ujęcia, chętnie korzystano z techniki slow motion. W ten sposób poszczególne uderzenia i kopnięcia wyglądają imponująco, podkreślają siłę i zwinność aktorów, jednak film sprawia wrażenie statycznego i mało dynamicznego.

Powstałe dwa lata wcześniej, reprezentujące zupełnie inne podgatunki i style, Francuski łącznik i Dotyk Zen wręcz porywają dynamizmem i wartką akcją, wyrafinowanymi ujęciami kamery i szybkim montażem, które przecież dla podkreślania AKCJI są niezbędne.

Advertisement

O ile Kurosawa czerpał inspirację z filmów amerykańskich, o tyle gros amerykańskich filmowców z lat 60., 70., 80. i późniejszych inspirowało się azjatyckim kinem akcji. Ba! Amerykańska Ślepa furia z 1989 roku powstała na bazie scenariusza filmu Zatōichi wyzwany z 1967 roku. Ale przykładów jest o wiele więcej. Amerykanie w latach 80. mieli wręcz obsesję na punkcie „japońszczyzny”.

Advertisement

Ninja, katany, gwiazdki shurikem, yakuza, japońska architektura, kodeks Bushidō – wystarczy wybrać losowo dwa amerykańskie filmy sensacyjne z lat 80., a jeden na pewno będzie w mniejszym lub większym stopniu nawiązywał do wymienionych elementów lub je posiadał. Nie zawsze działało to jednak w drugą stronę. Azjaci kontynuowali swoje tradycje – w Chinach kariery rozwijali Jet Li i Jackie Chan (o nim więcej za chwilę), komercyjne sukcesy odnosiły kostiumowe i „tradycyjne” Chińskie duchy, a krótko potem cykl Pewnego razu w Chinach, ale już w Hongkongu sławę i uznanie zdobywał John Woo, który przeniósł baletową choreografię i niemal poetycką narrację z kina „kopanego” do kina „strzelanego”.

Jego realistyczne, współczesne historie nawiązywały w pewnym stopniu do klasycznego kina gangsterskiego i opierały się na dualizmie ludzkiego charakteru, a to już ewidentnie cecha kina amerykańskiego.

Advertisement

Amerykanów od zawsze interesowała bowiem ta mroczna część ludzkiej natury. Przestępcy, mordercy i złoczyńcy niemal od początków kina stawali się głównymi bohaterami i często fascynowali publiczność bardziej niż przedstawiciele prawa. Zawsze jednak ponosili karę, co miało być morałem dla widzów. Po 1967 roku i zniesieniu kodeksu Haysa, czyli w czasach większej swobody obyczajowej, ci „źli” mieli już znacznie większe prawa i przywileje. Gangsterzy uwodzili widzów, a oni trzymali za nich kciuki i płakali po ich śmierci.

Advertisement

W pewnym momencie nawet figura policjanta uległa moralnemu wypaczeniu, czego przykładem może być porywczy, wulgarny, nadużywający alkoholu i zaufania kobiet Jimmy Doyle z Francuskiego łącznika tudzież brudny Brudny Harry. Warto zwrócić uwagę na obraz z 1974 roku pt. Yakuza. Film wyraźnie zdradza fascynację Amerykanów japońską mafią i jej wewnętrznym kodeksem. Współscenarzystą filmu był Paul Schrader, późniejszy twórca jednego z najciekawszych antybohaterów kina – Taksówkarza – i filmu poświęconego japońskiemu buntownikowi Yukio Mishimie. W tym względzie amerykańskie kino akcji oferuje dużo ciekawszy i bardziej złożony portret bohatera, ze złożonym rysem psychologicznym postaci.

W ostatnich latach mamy do czynienia z wykładniczym wzrostem liczby kręconych i publikowanych filmów. Myślę, że nie będzie dużo przesady w stwierdzeniu, że amerykańskie filmy akcji drastycznie obniżyły swój poziom. Początków tej tendencji doszukuję się około roku 2008, przy okazji powstania dwóch filmów: Uprowadzonej i Ultimatum Bourne’a. Nie chodzi o to, że są to filmy złe – chodzi o to, że ułatwiły filmowcom pewien proceder.

Advertisement

Mianowicie ultraszybki montaż scen akcji pozwolił na „żonglerkę” ujęciami z aktorami i z kaskaderami. Od tamtego czasu każdy aktor może zostać gwiazdorem kina akcji – wszystko załatwia się montażem. O ile Ultimatum… było pod tym względem przykładem jak najbardziej pozytywnym, to już chociażby trzecia odsłona serii z Liamem Neesonem oferuje niemal bolesne dla oczu rozwiązania montażowe. Ten film powstał trzy lata po wspomnianym wcześniej The Raid: Redemption, co unaocznia, jak bardzo amerykańskie kino akcji jest uwstecznione względem tego z Azji. Oczywiście, można polemizować, czy Uprowadzona to dobry przykład, bo przecież reżyserem jest francuski wyrobnik Olivier Megaton (przerażająco słaby twórca), ale jest to produkt hollywoodzki.

Advertisement

W czasach, gdy z Azji napływały filmy takie jak Bohater, Nieustraszony, cykl Ip Man, Dom latających sztyletów, 13 zabójców, W pogoni, Słodko-gorzkie życie, Kung Fu Szał czy Człowiek znikąd, w USA powstawały kolejne klony i ubogie wersje Matrixa albo kolejne adaptacje komiksów, które na pewien czas zdominowały gatunek. Po 2000 roku upadały legendy takich solidnych weteranów gatunku jak Arnold Schwarzenegger, Jean-Claude Van Damme czy Steven Seagal.

Dwie odsłony Tarantinowskiego obrazu Kill Bill to, znowu, oczywisty hołd dla azjatyckiego kina, pojedyncze udane filmy o Bondzie to raczej wyjątek od reguły. W czym rzecz? Ano głównie w tym nieszczęsnym montażu. Jego istotę najlepiej oddaje przykład filmów realizowanych przez Jackiego Chana – tych z Chin i tych z USA. Wystarczy odpalić jakikolwiek wczesny obraz Chana, który sam wyreżyserował i do którego zaplanował choreografię.

Advertisement

Te filmy to poezja. Przygotowane pieczołowicie ruchy postaci i kamery, latające elementy scenografii i rekwizyty, idealna choreografia walk. Chan w jednym ujęciu umieszczał kilka następujących po sobie wydarzeń, co sprawiało, że akcja była pełna życia, a oglądanie jej stanowiło prawdziwą ucztę dla oczu. Kiedy tylko wyjechał do Stanów, amerykańscy producenci zlecili montaż swoim ludziom, co skutkowało tym, że cięcie odbywało się co pół sekundy lub sekundę, a bijatyki zostały pozbawione całej swojej finezji. Amerykańscy montażyści mają dużo mniejsze wyczucie niż ci z Azji, którzy, nawet jeśli są to nieznani z twarzy i nazwisk rzemieślnicy, są prawdziwymi bohaterami kina akcji.

Gdy widzę, jak Lee Smith odbiera Oscara za montaż, i przypominam sobie jego pracę wykonaną w filmie Batman: Początek, odnoszę wrażenie, że coś tu poszło nie tak.

Advertisement

Wydaje mi się więc, że filmowcy z Azji są lepiej przygotowani do łączenia ze sobą różnych ujęć, a należy dodać, że są to trudne i złożone ujęcia, z masą ruchu na pierwszym planie i masą detali na dalszych planach. Co więcej – Azjaci co i rusz udowadniają, że rozumieją istotę kina akcji. Nie chodzi tu bowiem tylko o to, by w historii poupychać jak najwięcej scen przerywników w postaci bijatyk czy strzelanin. Wzorem wuxia zarówno postać, jak i fabuła powinny rozwijać się za sprawą tego typu scen. Połowa ekranowych pościgów w najnowszej odsłonie przygód Bonda, Spectre, jest tylko wypełniaczem, niemającym większego wpływu na jakikolwiek aspekt historii. Większość bijatyk w jakimkolwiek filmie ze stajni Marvela to filmowe ekwiwalenty komiksowych plansz zapełnionych gigantycznymi onomatopejami – ale film to nie komiks. Większość azjatyckich filmów, które miałem okazję obejrzeć, zapewnia akcję mającą znaczenie dla fabuły i mówiącą coś o bohaterze. Kino akcji ze Wschodu to nie tylko egzotyka, ciekawe scenografie, mniej opatrzone plenery, ale także, a może: przede wszystkim, solidniejsze, kreatywne i warsztatowo bezbłędne ekipy. Azjatyckie filmy bez przerwy zaskakują, a od filmów amerykańskich coraz częściej mam ochotę zrobić sobie przerwę.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *