Zestawienie
6 finansowych KLAP w gatunku SCI-FI, które zasłużyły na większy SUKCES
W ostatniej dekadzie kino sci-fi dostało kilka naprawdę ambitnych produkcji, które próbowały zrobić coś więcej niż tylko dostarczyć widzom efektowną rozrywkę.
W ostatniej dekadzie kino science fiction dostało kilka naprawdę ambitnych produkcji, które próbowały zrobić coś więcej niż tylko dostarczyć widzom efektowną rozrywkę. Nie wszystkie znalazły jednak publiczność, na jaką zasługiwały. Niektóre okazały się finansowymi rozczarowaniami, inne zostały przyćmione przez większe premiery, a jeszcze inne były po prostu zbyt wymagające dla masowego widza. Oto sześć filmów sci-fi z ostatnich dziesięciu lat, które zdecydowanie powinny były odnieść większy sukces.
Megalopolis (Megalopolis, 2024)
Francis Ford Coppola przez dekady próbował doprowadzić do realizacji Megalopolis i ostatecznie sfinansował projekt z własnej kieszeni. Efektem jest jeden z najbardziej osobliwych filmów sci-fi ostatnich lat – monumentalna, dziwaczna i całkowicie autorska wizja przyszłości, która miesza polityczną satyrę, rzymskie imperium, architekturę, filozofię i melodramat. Coppola nie próbował stworzyć kolejnego hollywoodzkiego widowiska. Zrobił film dokładnie taki, jaki chciał zrobić.

Publiczność nie odpowiedziała jednak entuzjazmem. Przy szacowanym budżecie wynoszącym około 120 mln dolarów Megalopolis zarobił na całym świecie zaledwie 14,4 mln. To jeden z najbardziej spektakularnych box-office’owych niewypałów ostatnich lat, ale jednocześnie film, którego ambicja zasługuje na zdecydowanie większy szacunek, niż sugerowałyby jego wyniki finansowe.
Anihilacja (Annihilation, 2018)
Alex Garland dostał od Paramountu możliwość stworzenia ambitnego, inteligentnego science fiction, które zamiast tłumaczyć wszystko widzowi, pozostawiało sporo miejsca na interpretację. Anihilacja zabiera grupę kobiet – naukowców do tajemniczej Strefy, w której prawa biologii i fizyki przestają działać tak, jak powinny. Rezultatem jest niezwykłe połączenie sci-fi, horroru i kina psychologicznego.

Film kosztował około 55 mln dolarów, a w kinach zarobił 43,1 mln. Te liczby nie pokazują jednak całej historii. Paramount zdecydował się sprzedać Netfliksowi prawa do dystrybucji filmu na większości rynków poza Ameryką Północną i Chinami. Anihilacja nie dostało więc klasycznej światowej dystrybucji kinowej. Tym bardziej szkoda, bo film Garlanda jest dziś jednym z najlepszych przykładów współczesnego ambitnego sci-fi.
Blade Runner 2049 (Blade Runner 2049, 2017)
Trudno znaleźć bardziej oczywisty przykład filmu, który zasługiwał na większy sukces. Denis Villeneuve otrzymał zadanie niemal niemożliwe: stworzyć kontynuację jednego z najważniejszych filmów science fiction w historii. Zamiast kopiować oryginał Ridleya Scotta, stworzył dzieło własne – monumentalne, melancholijne i zachwycające wizualnie.

Blade Runner 2049 zarobił około 268 mln dolarów przy budżecie szacowanym na 150–185 mln. Aby wyjść na zero, potrzebował według ówczesnych szacunków około 400 mln. Film był więc komercyjnym rozczarowaniem, mimo że zebrał świetne recenzje i ostatecznie zdobył dwa Oscary. Dziś jego reputacja jest znacznie lepsza niż w momencie premiery. To jeden z tych przypadków, gdy historia zdecydowanie lepiej obeszła się z filmem niż publiczność w kinach.
Furiosa: Saga Mad Max (Furiosa: A Mad Max Saga, 2024)
George Miller wrócił do świata Mad Maxa monumentalnym sukcesem Na drodze gniewu, ale tym razem widzowie nie pojawili się w kinach wystarczająco licznie. Furiosa kosztowała około 168 mln dolarów i zarobiła na świecie około 174,4 mln. Na papierze (i tylko na papierze) można więc powiedzieć, że film mniej więcej odzyskał swój budżet. W praktyce przy tak drogiej produkcji i kosztach marketingu oznaczało to jednak finansowe rozczarowanie -odzyskał mniej więcej 50%.

A szkoda, bo Miller ponownie stworzył widowisko, którego próżno szukać w większości współczesnych blockbusterów. Furiosa jest ogromna, pomysłowa i pełna praktycznych efektów, a jednocześnie ma własny charakter i nie próbuje być kolejną bezosobową produkcją franczyzową. Zasłużyła na więcej.
Ad Astra (Ad Astra, 2019)
James Gray wykorzystał wyprawę na skraj Układu Słonecznego jako pretekst do opowiedzenia historii o samotności, relacji ojca z synem i potrzebie znalezienia własnego miejsca we wszechświecie. Ad Astra to sci-fi znacznie bardziej kontemplacyjne niż większość wysokobudżetowych produkcji tego gatunku. Brad Pitt prowadzi film niemal wyłącznie swoją obecnością, a Gray buduje napięcie przede wszystkim atmosferą i poczuciem izolacji.

Film kosztował około 90 mln dolarów, a na całym świecie zarobił 127,5 mln. Nie był więc katastrofą pokroju Megalopolis, ale przy takim budżecie trudno mówić o sukcesie. Zwłaszcza że Ad Astra pokazywała, że wielkie kino sci-fi może być jednocześnie widowiskowe i ambitne. To jeden z tych filmów, które z czasem tylko zyskują.
Twórca (The Creator, 2023)
Gareth Edwards nakręcił Twórcę za około 80 mln dolarów, co jak na współczesne hollywoodzkie sci-fi jest kwotą stosunkowo niewielką. Film wygląda jednak jak produkcja kosztująca kilkaset milionów: ogromne futurystyczne miasta, wojna ludzi ze sztuczną inteligencją, roboty, statki kosmiczne i rozmach światowej produkcji.

Problem pojawił się w kasach. Twórca zarobił około 104 mln dolarów na całym świecie. To wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań, szczególnie biorąc pod uwagę, że Edwards stworzył oryginalne sci-fi zamiast kolejnej odsłony istniejącej franczyzy. Film miał przy tym coś, czego coraz częściej brakuje hollywoodzkim blockbusterom – własny świat, własne pomysły i poczucie, że za kamerą rzeczywiście stoi reżyser, a nie komitet producentów. Szkoda, że widzowie nie dali mu większej szansy.

