Connect with us

Recenzje

THE DIVINE ENFORCER. Katolickie karate

W filmie THE DIVINE ENFORCER ksiądz Daniel łączy wiarę z absurdalnym karate, zapewniając nieprzerwany strumień śmiechu i szaleństwa.

Published

on

THE DIVINE ENFORCER. Katolickie karate

Ksiądz Kaproń niedawno wywołał sensację, prężąc mięśnie w skąpym ubraniu, ale jeżeli duchowny kulturysta wydaje się wam sensacją, poczekajcie, aż poznacie księdza Daniela, który walczy nie tylko słowem bożym, ale również krzyżami zakończonymi ostrzem, pistoletem przyozdobionym srebrnym Jezusem oraz uświęconym shurikenem.

Advertisement

Kino klasy B rozkwitające w epoce VHS-ów często uchodzi za zbiór rozrywkowej tandety, która w intencji jej twórców rzadko miała być aż tak komediowa, za jaką dzisiaj uchodzi. Żywy cel i Gliniarz samuraj to jedne z najbardziej rozpoznawalnych tytułów w tej konwencji, ale prawda jest taka, że należą do rzadkości. Niewiele produkcji (zwłaszcza sensacyjnych) jest aż tak przeładowanych absurdem. Często są to pojedyncze smaczki czy nawet sama atmosfera, co potrafi zniechęcić tych, którzy do seansu zasiedli wyłącznie z nadzieją na półtorej godziny śmiechu.

Jeżeli należycie do tej drugiej grupy i nie wiecie, jak znaleźć film, który idealnie pasowałby na projekcję podczas towarzyskiego spotkania z przyjaciółmi, dobrze trafiliście – The Divine Enforcer zapewnia zabawę na najwyższym/najniższym poziomie.

Advertisement

Jak to często bywa z kasetami VHS (nie tylko polskimi), tytuł potrafi dostarczyć wielu problemów. The Divine Enforcer to nazwa, której nie zobaczycie ani na okładce (jest The Deadly Avenger), ani nie usłyszycie podczas napisów początkowych odczytywanych przez Lucjana Szołajskiego (jest Otis, czyli położenie nacisku na czarny charakter zamiast na uświęcone siły dobra). Rodzime wydanie dostarcza zresztą jeszcze więcej radości, ponieważ ktoś wpadł na pomysł zrezygnowania z tradycyjnego opisu i umieszczenia „wiersza” zamiast niego – „Otis to postać skupiająca zło tego świata.

Otis to morderca, sadysta, gwałciciel. Otis budzi w swych ofiarach przerażenie, nienawiść i wstręt. Czy można mu przeszkodzić? Czy może zapanować spokój, zwyciężyć dobro?” i wreszcie desperacko walczący o zainteresowanie potencjalnego widza ostatni akapit: „Na te i inne pytania odpowiedzą nam bohaterowie filmu”. Nie szukajcie tu jednak odpowiedzi na pytania eschatologiczne, niemniej autor lirycznego opisu z okładki ma rację, odpowiedzi na pewne pytania znajdziecie…

Advertisement

Pierwszą osobą, jaką młody ksiądz spowiada, jest zakłopotany transwestyta, który próbuje dowiedzieć się, czy homoseksualna orientacja jest niezgodna ze słowem Boga. „To grzech!” – grzmi Daniel, choć najwyraźniej zabójstwa z zimną krwią nie ocenia aż tak surowo. Możemy także dowiedzieć się, czym jest jasnowidzenie (najwyraźniej w 1992 roku była to wiedza tajemna), a także jak udawać osiemnastolatkę, będąc po trzydziestce. Przede wszystkim The Divine Enforcer odpowiada jednak na pytanie, jak wygląda życie na parafii w kinie akcji klasy B. Okazuje się, że bardzo przypomina obraz znany z brytyjskiego serialu Ojciec Ted, z tym że zamiast pani Doyle wmuszającej herbatkę w domowników poznajemy eksponującą kobiece wdzięki Mernę (jedna z ostatnich ról Judy Landers), a zamiast niezdarnego Dougala wsparciem dla proboszcza jest klecha o metodach dorównujących Punisherowi.

Od pierwszych sekund nie ma złudzeń – produkcja Roberta Rundle’a to czysta amatorka, o czym świadczą i napisy początkowe, i chaotyczny montaż, i zdjęcia, które wyglądają, jakby operator, rejestrując pierwszą komunię, postanowił dorobić i nakręcić przy okazji niskobudżetowy film akcji. W roli głównej wystąpił Michael M. Foley, którego dorobek jako mistrza sztuk walki jest dłuższy od filmografii Erica Robertsa, a jednak na ekranie prezentuje się raczej zabawnie niż widowiskowo. Już jego pierwszy pojedynek potrafi zakrztusić śmiechem (a zwłaszcza widok ocalonej kobiety wykonującej znak krzyża), ale największe wrażenie robi pozbawienie przytomności przeciwnika za pomocą uderzenia kciukiem w czoło oraz zatrzymanie złodzieja torebek kopniakiem od niechcenia podczas rozmowy z parafianką na ławce w parku. Jeżeli lubicie płakać ze śmiechu, przygotujcie zapas chusteczek.

Advertisement

Obsada jest tutaj zaskakująco solidna. W drugoplanowej roli pojawia się Jan-Michael Vincent, którego burzliwy życiorys sam w sobie nadawałby się na filmową adaptację; jakimś cudem udało się zaangażować Jima Browna znanego z Parszywej dwunastki czy Stacji arktycznej Zebra; jest także Erik Estrada, którego fenomen do Polski właściwie nigdy nie dotarł, a który na przełomie lat 70. i 80. był w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny; jest wielkoszczęki Robert Z’Dar; a czarny charakter odgrywa Don Stroud – były przeciwnik Jamesa Bonda czy też szeryf Bill Sharp w Django. Mało tego, w klubie jednego z mafiozów występuje Hiroko, autorka wówczas dość nośnego przeboju My Love’s Waiting, o której dzisiaj nawet najbardziej wnikliwi kronikarze muzyki popularnej nie pamiętają. Jakim cudem Rundle zebrał tak solidny zespół? Oczywiście wystarczyło odnaleźć kilku aktorów z nazwiskami, którzy akurat borykali się z finansowymi problemami i zgodzili się wpaść na dzień-dwa, by bez entuzjazmu odczytać kilka dialogów (Vincent robi to bez skrępowania na naszych oczach, w jeden ze scen widać, że do czytanej przez jego postać gazety doklejono kartkę z fragmentem scenariusza).

Dla nas, widzów, to oczywiście dobrze, przecież wyłączne dla takich wartości wepchnęliśmy kasetę do magnetowidu, a ostateczna potyczka Daniela z Otisem to VHS-owa perełka. „To twoja ostatnia szansa, okaż skruchę albo drogo zapłacisz” – grozi klecha, a w odpowiedzi słyszy: „Sram na ciebie”, ale czy kogoś to gorszy?

Advertisement

Gdyby kiedykolwiek powstał pomysł na stworzenie polskiego remake’u The Divine Enforcer, w głównej roli mógłby wystąpić wyłącznie Cezury Pazura – jego rzadka zdolność do łączenia wulgarności z pobożnością znalazłaby tu doskonałą sposobność do udowodnienia wszystkim tym, którzy zarzucają aktorowi nieszczerość, że można żyć na pograniczu przeczących sobie przekonań i wyjść z tego z twarzą. Znając jednak słabości rodzimych filmowców, zaraz by się z tego zrobiło W imię…, Plebania albo Botoks w sutannach. Lepiej więc pozostać przy przedziwnym monumencie filmu pod każdym względem tak źle zrealizowanego, że trudno go nie pokochać.

The Divine Enforcer można by ocenić i na jeden, i na dziesięć, więc w ramach kompromisu wybrałem bliżej środka ze wskazaniem na „dobrze”, choć tak naprawdę jest to produkcja, której absolutnie ocenić nie potrafię. To trzeba zobaczyć na własne oczy.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *