Connect with us

Recenzje

MISSION: IMPOSSIBLE – FALLOUT. Na skraju fotela!

„Mission: Impossible – Fallout” jest jednym z najdoskonalszych filmów akcji, choć sprzeniewierza się idei cyklu opartego na autorskiej strategii.

Published

on

5 rzeczy, które nie udały się w MISSION: IMPOSSIBLE – FALLOUT

To będzie trudna recenzja. Wręcz niemożliwa. Trudno bowiem pisać o Mission: Impossible – Fallout bez ujawniania ważnych elementów fabuły, bez zachwytu nad poszczególnymi sekwencjami. Jest to film, w którym nie historia jest jednak najważniejsza, a pęd, akcja, podporządkowanie całości wyczynom jednego tylko człowieka. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości, rozwieję je już teraz – najnowsza część słynnego cyklu jest mistrzowskim kinem akcji, wybitnie pomyślanym i zrealizowanym. Ma swoje problemy, ale w ostatecznym rozrachunku nic one nie znaczą wobec fantastycznego widowiska, jakie podziwiamy na ekranie.

Advertisement

Zacznijmy jednak od Toma Cruise’a. W wieku 56 lat nie przestaje imponować sprawnością fizyczną, oddaniem oraz odwagą, dzięki którym jego Ethan Hunt jest jednym z najbardziej lubianych przez widzów wcieleń aktora. W poprzednim filmie z serii, Mission: Impossible – Rogue Nation, Cruise przyczepił się do zewnętrznych drzwi samolotu tylko po to, aby móc sfilmować go, gdy maszyna startuje. Na ekranie oglądamy zatem gwiazdora, który faktycznie ryzykuje własnym życiem, abyśmy bawili się na filmie jeszcze lepiej.

Autentyzm zawsze będzie wart więcej niż wygenerowane komputerowo efekty. Najnowsza część, o atomowym podtytule Fallout, kontynuuje to myślenie – tym razem Cruise wykonuje skok HALO z wysokości ponad 7000 metrów, a w innej sekwencji sam pilotuje helikopter. Skok z jednego dachu na drugi zaowocował zaś złamaniem kości stopy aktora, co tylko potwierdziło jego zaangażowanie, jak nie szaleństwo. Odnieść już można wrażenie, że zapragnął on być bohaterem, w którego wciela się nieprzerwanie od ponad 20 lat. Fallout zadaje pytania o cenę bycia takim człowiekiem, nie tylko nieznającym strachu, ale i gotowym zaryzykować życie milionów, aby ocalić jedną osobę.

Advertisement

Czy to sprawia, że nowe Mission: Impossible jest poważniejsze od poprzedników? Niekoniecznie. Po prostu ambicje twórców wykraczają tym razem poza realizacyjną doskonałość i świadomość, że jest to już szósty film z serii. Przy czym zachęcam do przypomnienia sobie przynajmniej poprzedniej części (aby wyłapać wszystkie nawiązania należałoby cofnąć się aż do pierwszego filmu z 1996 roku), której Fallout jest bezpośrednią kontynuacją.

Nowa misja skupia się na próbie powstrzymania niedobitków Syndykatu, terrorystycznej organizacji znanej z Rogue Nation, którzy obecnie nazywają siebie Apostołami, mają chęć zbudowania trzech bomb atomowych i detonowania ich gdzieś na świecie. Reżyser Christopher McQuarrie streszcza nam szczegóły zadania w jednej z pierwszych scen filmu tak, jakby opowiadał nam historię. Warto ją uważnie śledzić, gdyż później nie będzie czasu na wyjaśnienie, kto jest kim, dlaczego postąpił tak, jak postąpił, oraz co się właściwie dzieje na ekranie. W przeciwieństwie do poprzedniego filmu, który McQuarrie również napisał i wyreżyserował, skonstruowanego niczym elegancka i czytelna partia szachów między Huntem a wyprzedzającym go o trzy ruchy Solomonem Lane’em (demonicznie opanowany Sean Harris, powracający w nowej odsłonie), Fallout prze do przodu niczym taran, od jednej sceny akcji do następnej, pozostawiając widza bez tchu, ale i z niemałym mętlikiem w głowie, jeśli ten zechce w pewnym momencie zatrzymać się, aby ogarnąć całą intrygę.

Advertisement

Czy ta ma sens? Mam parę wątpliwości, które być może rozwieje drugi seans. Na ten pójdę na pewno, nie po to jednak, aby sprawdzić, czy film ma błędy logiczne czy ich nie ma, lecz dla spektaklu prawdziwie epickich rozmiarów. Mission: Impossible – Fallout jest bowiem jednym z najdoskonalszych filmów akcji, jakie widziałem, choć sprzeniewierza się idei całego cyklu opartego na autorskiej strategii.

Do tej pory każda z części nosiła piętno swojego twórcy, począwszy od pierwszego filmu, w reżyserii Briana De Palmy, łączącego tradycyjną szpiegowską historię z realiami (i wizualiami) technothrillera, po wspomniany już Rogue Nation, gdzie głównym wyznacznikiem stylu McQuarrie’ego, częściej scenarzysty niż reżysera, była umiejętność uczynienia z inteligencji bohaterów głównego atutu widowiska. Aby pokonać przeciwnika Hunt po raz pierwszy musiał być nie silniejszy niż on, zwinniejszy, szybszy czy mający więcej szczęścia, lecz mądrzejszy. Tacy byli też Podejrzani, za których scenariusz McQuarrie dostał Oscara, jak również Desperaci i Walkiria.

Advertisement

W M:I – Fallout jednak próżno go rozpoznać – choć historia ma swoje niespodzianki, najważniejsze jest tu widowisko, ciągły ruch, niechęć bądź niemożność zatrzymania się. Stylistycznie zaś film w ogóle nie przypomina poprzednika, stanowiąc raczej konglomerat wszystkiego, co w kinie akcji mogliśmy zobaczyć w tej dekadzie. Ton poważnej zabawy, znany z ostatnich Bondów, zwłaszcza Spectre, czy też filmów Nolana idzie tu w parze z widowiskowością i tempem godnym jedynie Mad Maxa. Skala oszałamia (coś, co u McQuarrie’ego nie miało do tej pory miejsca), a dynamiczna muzyka Lorne’a Balfe’a każe pędzić nie tylko Cruise’owi, ale i widzom. Jeśli pomysłem reżysera na swój drugi film z cyklu było przeanalizowanie trendów i stylów we współczesnym wysokobudżetowym kinie sensacyjnym, a następnie nakręcenie na ich podstawie najlepszego filmu akcji, zamysł ten powiódł się doskonale. Trudno nie wybaczyć mu tej odtwórczości, gdy widzi się efekt końcowy na ekranie. Ale to zerwanie z własną stylistyką na rzecz pierwotnego dla gatunku pędu może oznaczać coś więcej.

Już na samym początku filmu widzimy, że książka, w której ukryte jest specjalnie przygotowane dla Hunta nagranie, to Odyseja Homera. Jasny sygnał, co (a raczej kto) czeka na końcu wędrówki głównego bohatera, ale i sugestia spojrzenia na nowe Mission: Impossible przez pryzmat mitycznej konstrukcji. Zwłaszcza że rywalem Hunta jest tu niejaki August Walker, agent CIA, oddelegowany do pilnowania głównego bohatera, aby ten nie „pogubił się” w swych moralnych wyborach. Gra go Henry Cavill, wyborny w roli pozbawionego skrupułów, ale diablo skutecznego zawodnika, niechętnego Huntowi, zmuszonego jednak z nim współpracować.

Advertisement

Szefowa Walkera (Angela Bassett) nazywa ich zresztą skalpelem i młotem – podczas gdy postać Hunta woli planować i bawić się w maskaradę, wielkolud Walker jest żywiołem, który trudno kontrolować. Ale aktor znany jest przede wszystkim jako Superman i być może z tego właśnie powodu został obsadzony jako przeciwwaga dla Cruise’a. Z kim najlepiej bowiem ma konkurować Hunt jak nie z superbohaterem, najpotężniejszym z nich wszystkich? Nieprzypadkowo w jednej ze scen obaj spadają z nieba w akompaniamencie piorunów. Nie wszystko idzie jednak zgodnie z planem, dochodzi do niewiarygodnych powietrznych akrobacji (gdzie kamera często traci ostrość, co tylko wzmaga poczucie realizmu). Warto wtedy zauważyć, kto pomaga komu.

Wracamy do pytania o bohaterstwo Hunta, tę wadę i zaletę jednocześnie jego myślenia – jak nazywa to postać grana przez Aleca Baldwina – która nie pozwala najlepszemu agentowi IMF na bierność bądź pozostawienie towarzyszy na pastwę losu. Która skłania go do podjęcia najbardziej ryzykownych działań dla dobra nie tylko ogółu, ale i jednej osoby. Jest w filmie scena, w której członkowie ekipy Hunta (ponownie Ving Rhames, Simon Pegg i Rebecca Ferguson, wszyscy znakomici) rozmawiają o nim, nie jak o człowieku, ale raczej idei, próbując wytłumaczyć sens jego istnienia. Dialog ten może razić, ale świetnie współgra z tym, jak McQuarrie postrzega tę postać.

Advertisement

Już nie jako bohatera, ale wręcz mit. Kogoś, kto poświęci własną wygodę, szczęście i życie na rzecz innych. Uśmiech Ethana Hunta, jakże działający na nerwy Seanowi Ambrose’owi w Mission: Impossible II, jest dziś przyprawiony zaskakującą refleksją, być może zrozumieniem konsekwencji swej bohaterskiej (boskiej?) natury.

Trudno będzie przebić tę część. Fallout imponuje akcją, realizacją oraz ciągłym podbijaniem stawki – kiedy myślisz już, że bohaterowie osiągnęli swój cel, nagle okazuje się, że muszą zrobić coś jeszcze, ryzykując jeszcze bardziej. Widmo atomowej zagłady obecne jest od początku seansu przy jednoczesnej świadomości, że oglądamy film rozrywkowy najwyższej próby. Ale kino przyzwyczaiło nas już do przekraczania granic, ustanowienia nowych. Cykl ten zaś doszedł do granicy własnej wytrzymałości, czyniąc ze swojego głównego bohatera kogoś więcej niż człowieka. Można się kłócić, czy już poprzednie części tego nie sugerowały, ale Cruise i McQuarrie stawiają kropkę nad i. Nie będzie misji bardziej niemożliwej nad tą nową.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *