Connect with us

Publicystyka filmowa

6½ FILMÓW, KTÓRE MOŻNA PONOWNIE NAKRĘCIĆ (ale nie trzeba)

Remaki to temat kontrowersyjny, ale niektóre filmy, jak „6½ FILMÓW, KTÓRE MOŻNA PONOWNIE NAKRĘCIĆ”, zasługują na drugą szansę.

Published

on

6½ FILMÓW, KTÓRE MOŻNA PONOWNIE NAKRĘCIĆ (ale nie trzeba)

Remaki to dla wielu widzów plaga współczesnego kina. I choć zdecydowana większość z nich nie reprezentuje sobą nic ponad pazerną próbę zarobienia drugi raz na tej samej marce, to trzeba przyznać, że czasem trafiają się również perełki uzasadniające istnienie całego zjawiska. A ponieważ dziesiąta muza jest piękna i bogata, a celuloid cierpliwy, oto kilka wybranych przykładów filmów, po które kino mogłoby spokojnie sięgnąć raz jeszcze – bez szkody dla oryginałów, za to być może z zyskiem dla widza… Zgadzać się nie trzeba, a w komentarzach warto zarzucić swoimi typami.

Advertisement

 

Dzień Szakala

Film Freda Zinnemanna to potrójnie trudny orzech do zgryzienia. Raz, że jest to niezaprzeczalny klasyk i kino doskonałe pod każdym niemal względem. Dwa, iż osadzone jest w konkretnych realiach społeczno-politycznych, których po prostu nie sposób powtórzyć. W końcu trzy – ten film doczekał się już remake’u bardziej nam współczesnego. W 1997 roku powstał bowiem średni akcyjniak o tytule Szakal, w którym głównego bohatera zagrał Bruce Willis. To pisząc, nadal byłbym chętny zobaczyć kolejną przeróbkę.

Advertisement

Już pomijając wszelkie motywy, które stałyby za naszym bohaterem (znając życie, obecne Hollywood chętnie pokusiłoby się o zamach na prezydenta Trumpa – być może nawet udany…) i odtwórczą fabułę (przypuszczalnie mniej udaną), to jestem niezmiernie ciekawy, jak tytułowy zabójca działałby teraz. W dobie Internetu na wyciągnięcie ręki (co nie było takie oczywiste jeszcze dwadzieścia lat temu, kiedy Willis kupował sobie online polski karabin maszynowy), smartfonów, drukarek 3D, na których teoretycznie wydrukować można sobie prostą broń i tak dalej.

To samo zresztą tyczy się śledztwa, tak żmudnie prowadzonego w oryginalnym filmie (na samo przesłanie zdjęcia potencjalnego podejrzanego czekano tam dobę!). Czy wszechobecne kamery i rozległa sieć „szpiegująca” wespół ze znacznie lepszą komunikacją pomiędzy służbami bezpieczeństwa, wspomnianym Internetem i wszelkimi cudami techniki, o jakich często szarym obywatelom się nawet nie śniło, pomogłyby wcześniej ująć zamachowca? Nawet jeśli nie, przyznam, że byłaby to niezwykle dynamiczna, intrygująca rozgrywka, która przy dobrym castingu i wprawnej reżyserii mogłaby w ogólnym rozrachunku stać się całkiem udaną zabawą w kotka i myszkę z aspiracjami (namiastkę której poniekąd oferowała trylogia Bourne’a).

Advertisement

 

Gry wojenne

Jeśli ktoś nie pamięta tego sympatycznego filmidła z lat 80., z główną rolą nieopierzonego Matthew Brodericka, to przypominam fabułę. W skrócie: nastolatek za pomocą domowego komputera i mistrzowskiej wprawy w różnorakich grach nieomal doprowadza do wybuchu trzeciej wojny światowej, kiedy nieświadomie uruchamia wojskowy system operacyjny. Cóż mogę napisać więcej – remake to samograj. I to dokładnie z tych samych powodów, co poprzedni typ, czyli nieustannie postępującej technologii.

Advertisement

W 1983 roku, kiedy Gry wojenne wchodziły do kin, były jedynie, mimo wszystko, dość pocieszną fantazją amerykańskich filmowców. Obecnie, w epoce Edwarda Snowdena, to nie tylko jak najbardziej realne zagrożenie, ale i w jakiś sposób smutna prawda (tak, gdzieś tam siedzi właśnie jakiś nastolatek, który decyduje o waszym życiu za pomocą jednego kliknięcia myszką). I tak z przygodowego dziełka o niewymuszonym humorze i z tezą, oglądającego się dziś z nutką nostalgii w oku i z niejakim uśmieszkiem politowania, można by było wysmażyć pełnoprawny thriller, od którego trudno byłoby się oderwać (wszak skoro dało się coś podobnego zrobić z genezy Facebooka.

..). Ba! Kto wie, czy nie byłyby to Szczęki na miarę swoich czasów – w tym wypadku, miast od wody, odstraszające od kontaktu z komputerami maści wszelakiej…

Advertisement

 

Metropolis

Oho, zaczynam bluźnić! Ale spokojnie – mam duży szacunek do oryginalnej wizji Fritza Langa. Wizji, która była prekursorem i pozostanie jednym z najlepszych filmów fantastycznych w historii kina, więc bynajmniej nie mam ochoty go szargać. Nieco mniejszy respekt mam co prawda do japońskiego anime powstałego na kanwie oryginału, choć i tu fantazji twórcom odmówić nie można. ALE… jak by nie patrzeć, Metropolis ma już prawie stówkę na karku i cierpi na trzy poważne problemy: jest to film czarno-biały i niemy, co przy dość pokaźnej długości metrażu oraz jego ambitnej fabule potrafi dać się we znaki i kolejne pokolenia może zwyczajnie do siebie zniechęcić. A technika, jak już wspomniałem parę razy, postępuje…

Advertisement

Czyż zatem nie byłoby wspaniale zobaczyć Metropolis w całym technicznym majestacie współczesnych możliwości kina? We wszystkich barwach i odcieniach świata nakręconego w 4K, a być może także w 3D (wciąż nie do końca wykorzystanym)? Czyż nie byłoby ciekawym doświadczeniem obejrzeć na dużym ekranie IMAXa nowy design Marii, nowe pomysły na zmechanizowany świat przyszłości? Posłuchać jego zróżnicowanych odgłosów w Dolby Atmos? Jasne, że to już nie będzie fabularnie ten sam przełom (choć zbliżona rewolucja techniczna jest jak najbardziej na wyciągnięcie ręki).

Ale czy musi? Wystarczy, że zawstydzi przereklamowany sequel Blade Runnera – tak wizualnie, jak i pod względem emocji, treści. O to, wbrew pozorom, nietrudno – taki projekt potrzebowałby jedynie swojego Jamesa Camerona za kamerą. I odpowiedniego budżetu. Byłbym w kinie w dniu premiery.

Advertisement

Coś

Dobra, już cicho! Tylko żartowałem…

Planeta małp

I jeszcze jeden klasyk science fiction. Klasyk, dodajmy, w pełni zasłużony i, co ważniejsze, będący nie tylko charakteryzatorskim popisem, lecz siłą nowatorskich idei. Filmowcy poszli tu bowiem dalej i odważyli się na więcej niż książkowy oryginał, jaki dość mocno odbiega od tego, co widzimy na ekranie. I tu jest właśnie pies pogrzebany…

Advertisement

Oryginalny film z Hestonem – choć doczekał się kilku sequeli, jednego kiepskiego remake’u i całkiem sensownej serii prequeli/rebootów, które w zeszłym roku zamknęła ładnie Wojna o planetę małp – był taki, jaki był, ze względów budżetowych (no i, raz jeszcze, również technicznych). Dlatego właśnie cywilizacja małp przypomina straszące biedą meksykańskie wioski z westernów (podczas gdy w książce to zaawansowana technologicznie społeczność), a całość dzieje się na Ziemi, a nie na odległej planecie. Różnic jest oczywiście o wiele więcej, wliczając w to ironicznie odmienne zakończenie (jakkolwiek działające bardziej na korzyść filmu) i masę wynikających z tego detali.

Fajnie by było zatem zobaczyć bardziej wierną adaptację – czyli nie remake jako taki, choć w dzisiejszych czasach wychodzi ostatecznie na to samo, bo i tak porównuje się do siebie filmy. Odpowiednio rozbuchaną, wysokobudżetową produkcję, która nie musiałaby w ten sam sposób zaskakiwać (bo to zwyczajnie niemożliwe), aby wywołać efekt „wow!”. Ponownie jestem pewien, że z odpowiednim, niedającym sobie w kas(z)ę dmuchać nazwiskiem na stołku reżyserskim oraz charyzmatyczną gwiazdą przed kamerą (w obu przypadkach Mel Gibson, który nie jest jeszcze na to za stary?), mogłoby z tego wyjść zwyczajnie solidne, wizualnie dopieszczone widowisko fantastyczno-naukowe. Byleby tylko miało R-kę.

Advertisement

 

Śniadanie u Tiffany’ego

I następna historia wyciągnięta ze słowa pisanego (zresztą nie oszukujmy się, zdecydowana większość z tych filmów ma tam swoje korzenie). Tym razem jednak kontrowersyjna już w dniu premiery. Jak zapewne wiadomo, autor książki – Truman Capote – pienił się względem wyboru Audrey Hepburn do roli głównej bohaterki, a publika piekliła się o mocno stereotypowe, kreskówkowe wręcz przedstawienie Azjatów w filmie. Do tego dochodzi jeszcze wyraźne przesłodzenie tej gorzkiej w sumie opowieści o „kotce w wielkim mieście”. Pytanie tylko, czy po latach udałoby się to jakoś „naprawić”?

Advertisement

Droga stoi otworem, aczkolwiek byłaby to mocno wyboista przeprawa dla potencjalnych śmiałków. Nie chodzi nawet o to, że remake/ponowna adaptacja musiałaby wejść w buty – było nie było – wielbionej i kultowej produkcji z niekwestionowaną ikoną kina. Powieść Capote’a jest w końcu dzieckiem swoich czasów, któremu trudno mogło by się było odnaleźć w obecnych. Wszak moda już nie ta, trendy inne, a Tiffany jest passé. Co nie zmienia faktu, że współczesna Holly Golightly to coś, co chętnie zobaczyłbym w kinie, nawet gdyby ponownie jej wizerunek zrywać miał z tym książkowym (według Capote’a najlepszą aktorką do tej roli była Marilyn Monroe, czyli typ kobiety, którego dziś próżno szukać). Dlaczego?

Ano dlatego właśnie, że – abstrahując od uniwersalnych wartości reprezentowanych przez Śniadanie… i jego bohaterów – to troszkę taka niepoprawna marzycielka, która sprawiałaby dziś wrażenie postaci wyjętej z innej bajki, jednocześnie świadomej tego, kim jest. Meta hipsterstwo? Być może. Ale ujmujące i jakże kojące w tym zwariowanym świecie pełnym polityczno-społecznych bredni. Przydałby mu się ktoś taki, kto o poranku potrafi w równie (bez)ceremonialny sposób konsumować śniadanie na ulicy, nie będąc przy tym bezdomnym.

Advertisement

 

Złoty kompas

Kiedy oglądałem niedawno po raz pierwszy tę nieudaną próbę powołania do życia kolejnego uniwersum dla dzieci, doszło do mnie, że film ten skończył już przeszło dekadę. I to widać. Bardzo. Laureat Oscara za najlepsze efekty specjalne wypada dziś bardziej sztucznie pod tym względem, niż stare świąteczne reklamy Coca Coli, też pokazujące misie polarne w akcji. To jednak nie jedyny powód, dla którego warto by było zrestartować cały cykl.

Advertisement

Godzilla (recenzja na NIE)

Przede wszystkim „staremu” filmowi brakuje polotu. Akcja człapie bardzo powoli do przodu, choć, paradoksalnie, na ekranie sporo się dzieje. Fabuła jest mocno zagmatwana, jak na uniwersalną przypowieść dla najmłodszych, cierpi na mnogość wątków i bohaterów, którzy nie zawsze są interesujący lub pojawiają się z tak zwanej dupy. W dodatku całość, przez brak kontynuacji, stanowi niespełnioną obietnicę. No i klimat – niby „mroczny” i „poważny”, ale też strasznie sztywny, miałki, niespecjalnie podnoszący poziom adrenaliny we krwi. Nie jest to kompletnie nieudana produkcja, bo już chociażby solidna ekipa aktorska, jak to się mówi, daje radę.

Nie była to również jakaś olbrzymia porażka finansowa, bo film swoje zarobił. Sequele jednak nie powstały, główna bohaterka wyrosła ponad miarę, franczyzy jak nie było, tak nie ma, a książki to podobno kopalnia – nomen-omen – złota. Czemu więc nie spróbować raz jeszcze? Oglądałbym.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *