Recenzje
THE DEVIL’S MEN. HORROR tak niedorzeczny, że aż ŚMIESZNY
The Devil’s Men Kostasa Karagiannisa powstał na fali popularności filmów grozy o tematyce satanistycznej, , takich jak Dziecko Rosemary i Egzorcysta.
The Devil’s Men Kostasa Karagiannisa z 1976 roku powstał na fali popularności filmów grozy o tematyce satanistycznej, takich jak Dziecko Rosemary i Egzorcysta, lecz nie dorasta do pięt swoim słynnym poprzednikom.
W pewnej greckiej wiosce dochodzi do serii zaginięć turystów. Miejscowy ksiądz Roche informuje policję, która jednak bagatelizuje sprawę. Kiedy znika trójka studentów, wśród których są przyjaciele księdza, ten sprowadza z Nowego Jorku znajomego prywatnego detektywa Milo Kaye’a i jego partnerkę. W wiosce panuje zmowa milczenia, ale Rochemu i Kay’eowi udaje się ustalić, że zaginieni byli po raz ostatni widziani w okolicy stanowiska archeologicznego i pobliskiego zamku. Trop prowadzi do barona Corofaxa i dowodzonej przez niego sekty oddającej cześć diabłu, który przybrał postać posągu Minotaura.

Moda na satanistyczne horrory, jaka w latach 70. zapanowała w kinie, była pokłosiem popularności Dziecka Rosemary (1968) Romana Polańskiego i Egzorcysty (1973) Williama Friedkina. Jednak na jeden dobry film pokroju Omenu (1976) Richarda Donnera przypadały dziesiątki marnych filmideł w rodzaju Córki dla diabła (1976) Petera Sykesa pod auspicjami Hammer Film Productions. Wiele wytwórni chciało zdyskontować sukces wspomnianych filmów – również niezależna brytyjsko-grecka Poseidon Films, która we współpracy z amerykańską Getty Pictures Corporation wyprodukowała The Devil’s Men.
Zdjęcia do filmu powstawały w Grecji, na stołku reżysera obsadzono Kostasa Karagiannisa, który już wtedy miał na koncie blisko setkę wyreżyserowanych tytułów (i niemal drugie tyle przed sobą), a główne role powierzono Donaldowi Pleasence’owi i Peterowi Cushingowi – weteranom i zarazem ikonom kina grozy. Muzykę do The Devil’s Men skomponował Brian Eno, były członek grupy Roxy Music, przyszły współtwórca sukcesów Davida Bowiego i Talking Heads, a także ojciec chrzestny ambientu, którego twórczość w tamtym czasie sprawnie wykorzystywał również Derek Jarman w Sebastianie (1976) i Jubileuszu (1978).

The Devil’s Men trafił na ekrany brytyjskich i greckich kin latem 1976 roku; wiosną roku kolejnego doczekał się dystrybucji w Stanach Zjednoczonych pod tytułem Land of the Minotaur, jednak była to wersja ocenzurowana i skrócona o sześć do ośmiu minut. Nie jest znany budżet filmu – sądząc po realizacji, był raczej skromny (jego większość pochłonęły zapewne gaże dwóch głównych aktorów) – wiadomo natomiast, że wpływy wyniosły ponad milion dolarów. Recenzje były negatywne i film został szybko zapomniany, chociaż finał zdaje się wskazywać, że twórcom marzyła się kontynuacja, a może nawet cała franczyza.
Sięgnąłem po The Devil’s Men głównie z powodu zamiłowania do starych europejskich horrorów i dokonań Eno. Ścieżka dźwiękowa Brytyjczyka jest z pewnością najmocniejszą stroną filmu: zimna, syntezatorowa elektronika generowana m.in. za pomocą Minimooga, EMS Synthi AKS i jednostek firmy Yamaha jest należycie złowróżbna i nastrojowa. Niestety soundtrack nigdy nie doczekał się oficjalnego wydania, choć w drugim obiegu istnieje rzadko spotykany i całkiem kosztowny bootleg. Na album Music For Films (1978) Eno trafił tylko jeden utwór użyty w filmie Karagiannisa – jest to półtoraminutowy Inland Sea.

Muzyka to jedyny atut The Devil’s Men. Film jest niedorzeczny i marnie zrealizowany, począwszy od rwanego montażu, poprzez niedoświetlone zdjęcia, aż po pozbawiony sensu scenariusz i fatalną grę aktorską (tylko Pleasence stara się coś grać, z kolei Cushing sprawia wrażenie znudzonego). Nie zabrakło za to obowiązkowej dla horrorów z tamtego okresu dawki golizny i seksizmu: długonogie blondynki chętnie się obnażają i krzyczą bez powodu, a mężczyźni policzkują je, by się uspokoiły. Złamię ci rękę – grozi dokazującej dziewczynie wąsaty macho. A kto nam zrobi wtedy śniadanie? – żartuje jego kolega. Boki zrywać.
Największą bolączką The Devil’s Men jest zupełny brak grozy i napięcia – czy może jednak być inaczej, skoro poznajemy tożsamość czarnych charakterów już w pierwszych scenach? Za główne monstrum służy tu kamienny posąg wyrwanego z mitologicznego kontekstu Minotaura, który zieje ogniem z palników gazowych w nozdrzach, potrafi mówić i manipulować wieśniakami, ale musi wysługiwać się ludźmi, by kogokolwiek zabić. W finale dzielny ksiądz o zdolnościach przetrwania godnych Indiany Jonesa skrapia złoczyńców wodą święconą, w efekcie czego wszyscy wybuchają. Wybucha także widz – śmiechem.

