Sztuczne światy

Sztuczne światy – JAK UKRAŚĆ KSIĘŻYC

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Na pewno przeczy to aktualnemu przeświadczeniu, ale Jak ukraść księżyc to zdecydowanie więcej niż kilka niesfornych minionków. Za sprawą potężnej marketingowej machiny stały się one jednak jednymi z najbardziej rozpoznawalnych postaci kultury popularnej. Na stałe zapisały się w pamięci dziecięcej widowni. Trudno się dziwić polityce studia, które właśnie ich wizerunkami przyciąga masy do kin. To oczywiście tylko metody promocji, ale może z nich wynikać, że poza slapstickowymi gagami minionków Jak ukraść księżyc nie ma nic więcej do zaoferowania. Zaskakiwać więc może, że produkcja Illumination Entertainment należy do czołówki współczesnego kina familijnego, wyprzedzając niejeden film Disneya czy Pixara. Jak ukraść księżyc jest animacją mądrą i nieprostą, w której głębia portretów psychologicznych idzie w parze z interesującym spojrzeniem na współczesną kulturę. Minionki zdają się być jedynie przyciągającą jak magnes ornamentyką, generującą ogromne kolejki przed kasami biletowymi, a w trakcie seansu zabawny sytuacyjny humor. Poza tym nie są one do niczego więcej potrzebne. Zaznaczają swoją obecność, ale na dalekim trzecim planie. Wtedy też najlepiej filmowi służą. W Jak ukraść księżyc ogromny sukces finansowy łączy się z triumfem artystycznym. Tak, to blockbuster spełniony.

Już otwierająca sekwencja, rozgrywająca się na egipskiej pustyni, ma w sobie błysk. W niebezpośredni sposób wyrażona zostaje istota rywalizacji między Wektorem i Gru, dwójką rabusiów prześcigających się w coraz to bardziej spektakularnych kradzieżach. Tym razem skradziona zostaje piramida Cheopsa. To absurd na miarę Monty Pythona, nawet w przerysowanym świecie Jak ukraść księżyc. Wyolbrzymienie tego stopnia zawsze pobudza wyobraźnię i ciekawość. Jednak to, co najbardziej intrygujące, kryje się na drugim dnie przebojowego prologu animacji. W kilku zdaniach przypomnę, czego on dotyczy. Pod piramidę przyjeżdża autobus z turystami zapatrzonymi w ekrany telefonów, pstrykającymi kolejne zdjęcia i przeglądającymi strony przewodników. Z tej grupki wymyka się mały chłopiec, który zaczyna biec w stronę egipskiego cudu świata. W wyniku wypadku okazuje się, że piramida jest dmuchanym zamiennikiem o rozmiarach oryginału. Zaczyna z niego gwałtownie schodzić powietrze. Skandaliczna kradzież wychodzi na jaw.

Twórcy Jak ukraść księżyc mimochodem wprowadzają niezwykle nośne zagadnienie. Przewija się ono sporadycznie przez cały film, ale tutaj oddane jest najdosadniej. Chodzi mianowicie o relacje między tym co, rzeczywiste, a tym, co jest jego reprezentacją, przetworzeniem, obrazem. W wielu przypadkach kopia i oryginał spełni swoją funkcję równie dobrze. Czy ważniejsze jest więc zobaczyć wieżę Eiffla na oczy, czy posiadać zdjęcie z nią w tle? Pierwsze i drugie doświadczenie łączy je zbliżona konsumpcyjna potrzeba. Rzecz jasna nie dotyczy to tylko turystyki (w animacji Chrisa Renauda i Pierre’a Coffina ona rzeczywiście pasuje najlepiej), ale wszystkich dziedzin życia. Ten wątek subtelnie powraca co jakiś czas. Tym bardziej go doceniam, ponieważ zazwyczaj nie jest wypowiedziany w dialogu, ale ma przejawia się głównie w obrazie. Nadaje to filmowi Illumination Entertainment pewien szczególny charakter. Czuć, że w Jak ukraść księżyc nic nie dzieje się przypadkowo, każda scena ma wywołać konkretny efekt.

Produkcja Illumination Entertainment należy do czołówki współczesnego kina familijnego, wyprzedzając niejeden film Disneya czy Pixara.

Nie mam jednak wątpliwości, że największą siłą Jak ukraść księżyc są wielowymiarowi bohaterowie. Szczególnie interesujące jest zestawienie Wektora i Gru. W obu przypadkach ich zachowanie determinowane jest przez pozbawioną czułości i ciepła relację z rodzicem. Wektor jest wychowany przez demonicznego ojca dwudziestokilkuletnim, ciągle niewyrosłym z piaskownicy. Znudziła mu się zabawa w chowanego, więc zaczął udawać przestępcę. Raz to kradnąc piramidy, innym budując idiotyczne bronie, takie jak choćby wyrzutnia kałamarnic. Wektor cały czas stara się sprostać oczekiwaniom gruboskórnego ojca, piastującego stanowisko dyrektora banku o wymownej nazwie Bank of Evil. To swoją drogą bardzo czytelny komentarz twórców do praktyk finansowych instytucji, ale interpretację tego wątku pozostawię otwartą.

Portret głównego bohatera filmu to wielkie osiągnięcie Illumination Entertainment. Gru bardzo szybko się usamodzielnił i nabawił kilku kompleksów. Dowiedział się, że w życiu może liczyć tylko na siebie. Nauczył go tego całkowity brak zainteresowania ze strony matki od najmłodszych lat. Każdy jego sukces, zrealizowane marzenie, próba zwrócenia na siebie uwagi kwitowane były przez nią obojętnym westchnięciem. Dlatego właśnie tak pięknym, wzruszającym wątkiem jest pomału rodząca się przyjaźń między nim a trzema adoptowanymi dziewczynkami. Na początku oczywiście mają mu one służyć jedynie jako przynęta w trakcie planowanego rabunku. W pewnym momencie jednak widać, że Gru przyjmuje wobec nich taką postawę, jakiej zawsze oczekiwał od swojej mamy. Tym samym leczy się z traumatycznych wspomnień z dzieciństwa. Przemienia się w zaangażowanego opiekuna, potem kochającego tatę. Główny bohater doskonale wie, czego brakuje Margo, Edith i Agnes. Między tą czwórką powstaje więc bardzo silna więź.

To wszystko zanurzone jest w konwencji pastiszu kina szpiegowskiego połączonej z rozmachem superbohaterskich produkcji. Z czasem jednak najważniejsze nie jest już sensacyjna akcja. Prym przejmuje historia rodzinna. Antybohater orientuje się, że całkiem przyjemnie jest być dobrym. Dobrym dla siebie, dobrym dla innych. To może truizm i banalny morał. W Jak ukraść księżyc podany jest on jednak z ogromnym wyczuciem. Można odnieść wrażenie, że słyszy się go po raz pierwszy w życiu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane