Zestawienie
Filmy SUPERBOHATERSKIE, które są de facto HORRORAMI
Filmy superbohaterskie, które mają więcej wspólnego z kinem grozy niż z komiksową przygodą. Makabra i potwory zamiast peleryny, czyli superbohaterskie horrory.
Nadludzka siła bywa spełnieniem marzeń, ale znacznie gorzej robi się wtedy, gdy razem z nią człowiek dostaje twarz, której nie rozpoznaje w lustrze, albo pragnienie zemsty silniejsze od rozsądku. Kino superbohaterskie chętnie zagląda do repertuaru grozy: jego bohaterowie wracają zza grobu, przechodzą makabryczne przemiany i spotykają stworzenia, przed którymi peleryna raczej nie ochroni. Najciekawiej te, w których można jednocześnie bać się potwora i mu współczuć, a po efektownej walce bardziej niż zwycięstwo pamięta się cenę, jaką bohater zapłacił za własne zdolności. Proszę państwa: superbohaterskie horrory.
Człowiek ciemności (Darkman, 1990)
Peyton Westlake pracuje nad syntetyczną skórą, kiedy brutalna napaść zmienia jego życie w koszmar. Ciężko oszpecony naukowiec przeżywa dzięki eksperymentalnej interwencji medycznej i wykorzystuje własne badania, żeby przybierać cudze twarze oraz dotrzeć do ludzi odpowiedzialnych za jego cierpienie. Odwet nie wyczerpuje jednak jego pragnień: Westlake chce także odzyskać życie sprzed ataku, choć pod kolejnymi maskami coraz trudniej rozpoznaje dawnego siebie, a ściganie sprawców nie przynosi odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość.

Makabra najlepiej działa tu razem z żalem po utraconym życiu. Sam Raimi łączy rozpędzone kino zemsty z tradycją tragicznych potworów Universalu, a oszpeconego bohatera traktuje poważniej, niż sugerowałaby szalona akcja. Przemiany twarzy mają w sobie coś odpychającego, bo dotyczą człowieka, który chciałby odzyskać zwyczajność, a musi korzystać z kolejnych masek. Miłośnicy body horroru dostają tu także przejmujący dramat: nawet podczas najbardziej szalonych popisów Raimiego trudno oderwać uwagę od cierpienia ukrytego pod makijażem Westlake’a.
Powrót Batmana (Batman Returns, 1992)
Z kanałów Gotham wychodzi Pingwin, który z pomocą przemysłowca Maxa Shrecka zamierza zdobyć polityczną władzę. Równolegle skrzywdzona Selina Kyle przyjmuje tożsamość Kobiety-Kota i zaczyna działać na własnych zasadach, a Batman ma przeciw sobie ludzi kierujących się czymś znacznie bardziej osobistym niż chęć zysku. Za publicznymi występami i nowymi kostiumami kryją się odrzucenie oraz krzywda: przeciwnicy Mrocznego Rycerza wnoszą do miasta gniew, którego nie sposób rozładować samym aresztowaniem kolejnego przestępcy.

Gotham Tima Burtona wygląda jak gotycka dekoracja przygotowana dla potworów, którym pozwolono urządzić własne przedstawienie. Pingwin ma płetwiaste dłonie, ostre zęby i czarną wydzielinę przy ustach, a jego siedziba w kanałach pasuje do opowieści grozy bardziej niż do przygody o ratowaniu miasta. Burton potrafi połączyć tę odrażającą cielesność ze współczuciem dla wyrzutków. Szczególnie dobrze wypada niesamowita przemiana Seliny – właśnie dla takich scen dobrze wrócić do tej wystawnej, gotyckiej makabry, nawet znając już intrygę.
Kruk (The Crow, 1994)
Muzyk Eric Draven i jego narzeczona zostają zamordowani, lecz w rocznicę zbrodni Eric powraca z grobu. Obdarzony nadnaturalnymi zdolnościami rusza śladem sprawców, dla których spotkanie z dawną ofiarą oznacza konfrontację z czymś znacznie groźniejszym od ludzkiego przeciwnika. Jego historia zaczyna się więc tam, gdzie zwykle kończy się życie bohatera: powrót nie oznacza odzyskania ukochanej, a możliwość wymierzenia kary prowadzi go znowu ku ludziom odpowiedzialnym za stratę, z którą nawet po śmierci nie potrafi się pogodzić.

Najmocniej przyciąga tutaj Brandon Lee, który potrafi nadać nieumarłemu mścicielowi czułość bez odbierania mu grozy. Alex Proyas otacza go gotycką scenerią i muzyką, ale nie gubi emocji pod efektownym obrazem: Draven jest przerażający dla oprawców i boleśnie ludzki dla widza. Dzięki temu kolejne akty odwetu znaczą więcej niż sprawnie rozegrane starcia, bo cały czas pamięta się o zamordowanej parze. To kapitalny film dla tych, którzy w komiksowej opowieści szukają romantycznego tragizmu, a w horrorze chcą także poczuć żałobę.
Hellboy (2004)
Demon przywołany podczas nazistowskiego rytuału trafia pod opiekę ludzi i dorasta jako ich obrońca. Hellboy pracuje dla tajnego biura zwalczającego nadnaturalne zagrożenia, choć sam swoim wyglądem znacznie bardziej przypomina istoty, z którymi ma walczyć, niż mieszkańców chronionych przez siebie miast. Kiedy powracają dawni przeciwnicy, służbowe zadanie staje się sprawą osobistą: bohater musi zmierzyć się z własnym pochodzeniem i odpowiedzieć czynami na oczekiwania tych, którzy widzą w nim przede wszystkim przybysza z piekła.

Czerwony demon jest tak sympatyczny, że łatwo przeoczyć, jak nieprzyjemne stworzenia Guillermo del Toro ustawia po drugiej stronie barykady. Ich lovecraftowski wygląd pasuje do kosmicznego wyobrażenia piekła; daleko im do zwyczajnych przeciwników z kina akcji, których wystarczy pokonać w pojedynku. Reżyser świetnie równoważy tę grozę humorem i osobowością Hellboya, a bohaterowi pozwala kraść sceny nawet najbardziej wymyślnym bestiom. Ten seans szczególnie ucieszy wielbicieli potworów z charakterem, którzy obok makabry lubią także dobry żart.
Kronika (Chronicle, 2012)
Andrew, Matt i Steve po tajemniczym odkryciu zyskują telekinezę i zaczynają sprawdzać, jak daleko mogą posunąć się z nowymi umiejętnościami. Początkowo traktują je jak świetną zabawę, a Andrew, który filmuje swoje życie, rejestruje także ich niezwykłe doświadczenia. Chłopak jest jednak izolowany i krzywdzony, więc wraz z rosnącą siłą nie znika jego gniew: między nastolatkami pojawiają się konflikty, a możliwość wpływania na otoczenie bez dotykania go staje się dla Andrew czymś znacznie poważniejszym niż kolejny pomysł na żart.

Zamiast podziwiać narodziny herosa, widz obserwuje człowieka, któremu coraz trudniej zaufać. Josh Trank korzysta z konwencji found footage, żeby trzymać się blisko Andrew i pokazać, jak moc wzmacnia jego niepewność oraz pragnienie przewagi nad innymi. Pokrewieństwo z Carrie jest tu szczególnie trafne: groźny okazuje się skrzywdzony młody człowiek, który nagle może odpowiedzieć otoczeniu z nieporównywalną siłą. Znakomicie ogląda się zwłaszcza tę niepokojącą przemianę Andrew – chłopaka, którego kamera pozwala poznać z tak bliska.
Hellboy: Złota armia (Hellboy II: The Golden Army, 2008)
Książę Nuada zamierza przywrócić panowanie magicznych istot i w tym celu chce przebudzić mechaniczną Złotą Armię. Hellboy oraz jego zespół trafiają w sam środek konfliktu między ludźmi a stworzeniami, które żyją w urkyciu i mają własne powody do gniewu. Dla czerwonego obrońcy ludzkości takie zadanie oznacza spotkanie z przeciwnikami znacznie mniej oczywistymi niż kolejny złoczyńca żądny władzy: musi wystąpić przeciw istotom, do których sam pod wieloma względami należy, i bronić ludzi jako ktoś, kto przecież nie jest człowiekiem.

Wystarczy spojrzeć na Anioła Śmierci z oczami na skrzydłach, żeby docenić wyobraźnię Guillermo del Toro. Reżyser równie skutecznie straszy rojami mięsożernych wróżek: stworzenia o niewinnej nazwie okazują się koszmarem, z którym nie chciałoby się znaleźć w jednym pomieszczeniu. Przygodę prowadzi z humorem i sympatią do drużyny, więc groza nie wymaga rezygnacji z przyjemności obcowania z bohaterami. Najwięcej radości z seansu będą mieli wielbiciele pomysłowo zaprojektowanych potworów, zwłaszcza tych równie pięknych, co odrażających.
Clayface (2026)
Matt Hagen wydostaje się z ulic Gotham i robi karierę w Hollywood, ale działania lokalnego przestępcy kończą się dla niego potwornym oszpeceniem. Ratunku szuka w eksperymentalnym leczeniu, które przywraca mu wygląd, a jednocześnie narusza jego poczucie rzeczywistości. Wraz z pragnieniem odzyskania dawnego życia pojawia się obsesja zemsty: Hagen coraz gorzej panuje nad tym, kim jest, a obietnica naprawienia ciała prowadzi go ku przemianom znacznie bardziej niepokojącym niż sama utrata urody, od której zaczyna się jego koszmar.

Najważniejsze jest ciało, nad którym człowiek przestaje panować, i twarz, której odzyskanie nie oznacza powrotu do siebie. Clayface stawia na makabryczne przemiany oraz odwet, a Tom Rhys Harries nadaje cierpieniu Hagena niezbędną wagę. Film najlepiej wypada jako samodzielny body horror: znajomość komiksowych powiązań nie jest potrzebna, żeby zrozumieć rozpacz bohatera i przestraszyć się tego, co dzieje się z jego ciałem. Zamiast nadrabiać historie DC, lepiej przygotować się na solidną dawkę cielesnego koszmaru i makabrycznej zemsty.

