search
REKLAMA
Archiwum

W CHMURACH. Śmiech przez łzy

Filip Jalowski

19 października 2020

REKLAMA

Ostatnimi tygodniami znów zaczęto mówić o Jasonie Reitmanie, czyli twórcy filmu o pewnej nad wyraz wygadanej nastolatce, która zaszła w ciążę z chłopakiem zajadającym się pomarańczowymi Tik-Takami. Dwa lata temu Juno wyważył drzwi do Kodak Theatre, gdzie podczas niezwykle uroczystego wieczoru otrzymał błyszczącego Oskara za najlepszy scenariusz oryginalny. Sęk w tym, że na scenę nie wyszedł Reitman, a Diablo Cody – autorka zwycięskiego skryptu. W tym roku amerykański reżyser zaproponował widzom ekranizację powieści Waltera Kirna, tworząc tym samym film zatytułowany W chmurach. Udało się przeskoczyć poprzeczkę, która w tamtym roku została strącona – film Reitmana został nominowany w najbardziej prestiżowej z filmowych kategorii, tej wyłaniającej najlepszy obraz roku oczywiście. Niemniej, wcale nie dlatego Reitman znów miał swój mały moment w mediach (choć bez stworzenia filmu, sytuacja, o której za chwilę powiem, nie mogłaby mieć miejsca). Reitman znalazł się na przysłowiowej tapecie dzięki wyrazowi twarzy, jaki towarzyszył mu w momencie, gdy Złoty Glob za najlepszy film dramatyczny znalazł się w rękach Jamesa Camerona! Twórca Juno po prostu wykradł ten moment z rąk ekipy Avatara, ponieważ jego grymas pobił na głowę całe przemówienia, uściski i uśmiechy towarzyszące odbieraniu, jakby nie spojrzeć, jednej z najbardziej prestiżowych (w świadomości Amerykanów) nagród filmowych. Na końcu recenzji  W chmurach (tak, to będzie recenzja W chmurach, ale nie mogłem się powstrzymać) zamieszczę kadr, który dokumentuje tę magiczną chwilę – moment, który powinien reklamować jego nowy film w przededniu gali oscarowej. Hasło: “Dajcie Reitmanowi Oskara, bo narobi wstydu, jak Kanye West na MTV Music Awards” aż ciśnie się na usta. 

Pozostaje pytanie – “Czy Oskar mu się należy?”. A jako że recenzja to forma subiektywna, czy się tego chce, czy nie, to od razu (choć to może nieco schizofreniczne) odpowiadam na pytanie, które sam sobie zadałem: “Przykro mi Reitman, jeszcze nie teraz”, choć “W chmurach” to naprawdę niezły film. Opowiada historię Amerykanina w średnim wieku, który w swoim życiu zajmuje się lataniem od firmy do firmy i powiadamianiem (bez żadnego ostrzeżenia) o zwolnieniu pracowników, którzy dla danych korporacji poświęcili niejednokrotnie kilkanaście lat swojego życia. Prócz wymarzonej pracy, Ryan (tak ma na imię nasz kat w garniturze) pojawia się również na różnego rodzaju konferencjach, gdzie przedstawia zgromadzonemu, bezimiennemu tłumowi swoją receptę na dobre życie. Jest ona niezwykle prosta, ale – jak sądzi Ryan – w swej prostocie po prostu genialna: “Wyobraź sobie, że przez życie idziesz z plecakiem, w którym nosisz wszystko, do czego jesteś przywiązany – małe rzeczy, samochody, domy, a nawet przyjaciół. Ciężko ci? Ramiączka plecaka wpijają się w ramiona? Sposób na rozwiązanie problemu jest prosty – opróżnij plecak i idź sam”. Świetnie Ryan! Nie zapominaj jednak, że nie tylko ty masz plecak, który można opróżnić.

Nietrudno się domyśleć, że fabuła opowieści zostanie osnuta wokół metamorfozy głównego bohatera, niezależnie od tego, czy będzie ona miała jakieś skutki, czy doprowadzi do tego, że Ryan ocknie się w tym samym miejscu, w którym znajdował się w momencie rozpoczęcia filmu. Obraz Reitmana pełen jest pozornie małych i nieznaczących elementów, które z perspektywy czasu urastają do rangi drogowskazów mających doprowadzić bohatera na ten właściwy pas startowy, właściwe lotnisko i odpowiedni samolot. Obrzydliwe zdjęcie z tekturowymi postaciami, zamiast realnych ludzi, krótka rozmowa, wiadomość w skrzynce odbiorczej nowoczesnej komórki, pęcznieją do takich rozmiarów, że Ryan zaczyna dostrzegać je z hermetycznie uszczelnionego okna kolejnego Boeinga, który przybliża go do osiągnięcia jego wielkiego celu – spędzenia w powietrzu dziesięciu milionów mil i (automatycznie) zakwalifikowania się do elitarnego klubu dla ludzi, którym udało przekroczyć się tę niebotycznych rozmiarów barierę. Nie te znaki będą jednak dla Ryana najważniejsze, a służbowy wyjazd w towarzystwie młodej Pani psycholog, która usiłuje zrewolucjonizować firmę, dla której pracują. Zamienić drogie przeloty samolotami i bezpośrednie spotkania ze zwalnianymi ludźmi na obrotowy fotel biurowy, szybkie łącze internetowe i kartkę ze schematami postępowania z ludźmi narażonymi na stres po utracie stanowiska.

Zdaje się, że właśnie to zderzenie młodości i ideałów z dojrzałością i ich brakiem oraz wynik powstałej w wyniku spotkania reakcji (wspominana metamorfoza z obu stron) to główny temat opowieści wyreżyserowanej przez Reitmana. Zresztą wielokrotnie daje nam o tym znać, jak na tacy wykładając sceny symboliczne – wyrzucanie bagażu dziewczyny do kosza (ląduje w nim chociażby poduszka – symbol domu, ciepła), rozmowa o miłości i jej finał w holu kolejnego nowoczesnego hotelu (początek prawdziwej metamorfozy dziewczyny), pewne przemówienie w elitarnym miejscu dla przedstawicieli zawodu Ryana, rozmowa z pilotem, czy sylwetka Natalie (Pani psycholog) na tle lotniskowego terminalu. Nie chcę rozpisywać się na temat fragmentów, ponieważ niechybnie ukradłbym przyjemność z oglądania filmu tym, którzy dopiero przymierzają się do odwiedzenia kina.

W chmurach to nie jest film w stylu Juno, w którym mimo pewnych znamion obecności negatywnych emocji, a nawet możliwości wysnucia pesymistycznych interpretacji, widz i tak przez większą część seansu miał uśmiech na ustach. Mimo tego, że dystrybutorzy obok słówka “dramat stawiają i wyraz “komedia”, to śmiech w przypadku nowego filmu Reitmana z całą pewnością jest śmiechem przez łzy. To film o facecie, który opróżnił swój plecak i pozostał bez niczego w miejscu, z którego większość z nas chciałaby uciec – na zatłoczonym lotnisku, idealnym zaprzeczeniu domu, rozumianego zarówno metaforycznie, jak i dosłownie. To moja interpretacja, choć wielu zapewne odbierze film zupełnie inaczej. No a teraz po smutnej konkluzji nadszedł czas na zobaczenie reakcji Reitmana, o której wspominałem na początku. Te dwie sekundy w wykonaniu kanadyjskiego reżysera położyły na łopatki rolę Clooneya – swoją drogą odegraną więcej niż poprawnie. 

Tekst z archiwum Film.org.pl (2009)

REKLAMA