Recenzje

VINCI. Machulski z łasiczką

Niby wszystko w porządku, lecz od takiej firmy jak Machulski oczekuje się czegoś lepszego.

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Powrót do źródeł

Z krakowskiego więzienia na szemraną przepustkę chorobową wychodzi Cuma, złodziej dzieł sztuki. Kilka lat wcześniej po udanej akcji wpadł w łapy policji, lecz nie wydał swego wspólnika Juliana (aka Szerszeń), obecnie policjanta. Korzystając z chwilowej wolności, Cuma dostaje zlecenie od pasera Grubego. Chodzi o kradzież Damy z łasiczką Leonarda da Vinci z Muzeum Czartoryskich. Stawką jest okrągły milion euro od zleceniodawcy.

Dzięki drobnemu szantażowi Cuma znów pozyskuje do pomocy Juliana oraz śląskiego fachmana od materiałów wybuchowych. Plan zakłada kradzież obrazu i podstawienie w jego miejsce perfekcyjnej kopii, nad którą pracują stary fałszerz obrazów Hagen i młoda, wyszczekana studentka ASP, Magda. Niestety, Cumie cały czas depcze po piętach komisarz Wilk z krakowskiej policji…

Vinci to poprawnie opowiedziana, lajtowa historia kryminalna, z nieco zaskakującym zakończeniem.

Zgodnie z zapowiedziami Machulskiego, film ten miał być powrotem do komedii kryminalnej, gatunku, który na początku lat 80. wyniósł Machulskiego na szczyty popularności. Tego typu zapowiedzi legendarnych twórców estrady, kina czy literatury, mówiące o „powrocie do źródeł”, mogą mówić jedno: niegdysiejszy mistrz się wypstrykał z pomysłów i jako stary ramol żeruje na własnej legendzie, wykorzystując swoje sprawdzone triki. „Powroty do źródeł” są zazwyczaj poprzedzone chybionymi eksperymentami twórczymi, a ich klęska nie pozostawia artystom innego wyjścia, niż powielanie tego, na czym zbudowali swoje mistrzostwo. Tak też zdaje się jawić Vinci.

Problem polega na tym, że Machulski po eksperymentach typu Szwadron czy Girl Guide triumfalnie powrócił w drugiej połowie lat 90. z Kilerami i nie tylko. Więc zjadanie własnego ogona, ale z opóźnionym zapłonem? Przy reklamowym szumie, rozpętanym przy okazji premiery Vinci, niepotrzebnie opierano się na legendzie fenomenalnych Vabanków. Pomimo zbieżności scenariuszy i udziału niezmordowanego Jana Machulskiego, Vinci przy Vabanku jest jakiœś taki niepozorny. Choć z drugiej strony, gdyby rozpatrywać film w kategoriach bezwzględnych, historyjka o fałszowaniu Damy z łasiczką jest po prostu bardzo sprawnym kawałkiem kina, opowiedzianym wg żelaznych reguł narracji i konwencji.

Nie licząc Więckiewicza i seniora Machulskiego, reżyser tym razem nie otoczył się wianuszkiem „swoich aktorów”. Robert Więckiewicz, którego wcześniej widzieliśmy w drugoplanowych rolach w Samowolce, Pół serio, Pieniądze to nie wszystko, Superprodukcji czy spektaklu Teatru Telewizji 19. południk autorstwa i w reżyserii Machulskiego, wreszcie dostał rolę główną. Ten aktor, odpowiednio obsadzany, może okazać się skarbem na miarę Eda Harrisa (oczywiście uwzględniwszy proporcje między Hollywood a Holyłódziem). Borys Szyc po roli nieodpowiedzialnego chłopaka w Stacji zagrał dojrzałego faceta, choć jego postać była za mało wyrazista. Całość obsady bez problemów przyćmiła Kamilla Baar w roli pewnej siebie, wygadanej Magdy, która wyleciała z uczelni, bo pozwoliła sobie poprawić obraz uznanego mistrza. Juliusz Machulski zawsze miał doskonałe wyczucie, jeśli chodzi o obsadzanie debiutantów (może za wyjątkiem Lizy Machulskiej). Kamilla brawurowo zawładnęła ekranem i ukradła film, jak czynili to debiutanci w poprzednich filmach Machulskiego – Jacek Chmielnik i Bronisław Wrocławski w obu Vabankach.

Vinci to poprawnie opowiedziana, lajtowa historia kryminalna, z nieco zaskakującym zakończeniem. Niby wszystko w porządku, lecz od takiej firmy jak Machulski oczekuje się czegoś lepszego. Jest humor (górnik z defektem pamięci), kilka niezłych akcji (przejęcie furgonetki), nieśmiały wątek romansowy i aktorska legenda z autorytetem (Jan Machulski). Mimo to Vinci nie wytrzymuje porównania nie tyle z Vabankami, które są poza wszelką konkurencją, lecz nawet z Kilerem czy Pieniądze to nie wszystko. Po raz pierwszy od dawna widać u Machulskiego realizatorską biedę wyzierającą z kadru. Technicznie film jest sprawny (w końcu zdjęcia robił Edward Kłosiński), ale Vinci przypomina raczej odrabiane na szybko i za pół darmo zadanie domowe. No i największy grzech filmu – kompletny brak tzw. kultowych tekstów. Oczywiście, że nie zawsze trzeba się bawić w grepsiarstwo, lecz Machulski sam nas do tego przyzwyczaił, ładując w Vabanki czy oba Kilery dialogi, którymi mówiła później cała Polska (o Seksmisji nie wspominając). Tutaj postaci mówią po prostu zwykłym językiem. Może gdyby pasera Grubego zagrał Janusz Rewiński…

A może Machulski celowo zrobił film, który nie powala widza natłokiem atrakcji rodem z Superprodukcji? Podobne zarzuty, uwzględniwszy różnice twórcze, spotkały przecież Romana Polańskiego, którego Pianista był na początku traktowany jako krok wstecz w filmografii reżysera. Wytykano prostą narrację, brak finezyjnych rozwiązań scenariuszowych i techniczną powściągliwość. To samo można odnieść do Vinci, lecz na pytanie, czy jesteśmy świadkami kolejnego kryzysu twórczego Juliusza Machulskiego, czy też nie, trzeba będzie sobie odpowiedzieć po premierze jego kolejnego filmu. A sam twórca nie próżnuje, siedząc jednocześnie na stołkach reżyserskim i producenckim (choć Grabowski w Karierze Nikosia Dyzmy ostrzegał, że to niedobrze robi na hemoroidy…) i produkuje film za filmem. Owocna współpraca z Krzysztofem Krauze zaprocentowała kolejnymi filmami tego reżysera dla Studia Filmowego Zebra, Moim Nikiforem (2004) i Placem Zbawiciela (2006). Etatowy partner w interesach, Jacek Bromski, wyreżyserował dla Machulskiego Kochanków roku Tygrysa (2005); nawiedzony pozer Konrad Niewolski rafinował rodzime kino gatunków, czyli Palimpsest wyprodukowany w 2006 roku przez Machulskiego. W 2007 roku Zebra podjęła się produkcji filmu Janusza Kamińskiego Hania. A dwa lata wcześniej Juliusz Machulski odpowiedział na propozycję Andrzeja Wajdy

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane