Recenzje

PIENIĄDZE TO NIE WSZYSTKO Juliusza Machulskiego. Kapitalizm w Polsce B

Komedia świetna - chociaż odrobinę inna.

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Trzecie tysiąclecie Machulski zainicjował nawiązaniem zawodowej współpracy z mało znanym wcześniej scenarzystą, doktorem literatury amerykańskiej Jarosławem Sokołem. Ich pierwszym wspólnym przedsięwzięciem była komedia (jakże by inaczej) o zaskakującym, bo całkiem zwyczajnie brzmiącym tytule Pieniądze to nie wszystko.

Tomasz Adamczyk, producent tanich win, ma zamiar wycofać się z interesu ku rozpaczy współudziałowców, czyli żony i szwagra. Pewnego dnia, wracając samochodem z Międzyzdrojów, właściciele Poldrinku natykają się na chłopską blokadę drogi. Żona, szwagier i ich ochroniarz dolatują do Warszawy śmigłowcem, natomiast Adamczyk postanawia jechać dalej. Wśród nocnej ciszy gubi drogę i uderza w drzewo. Rano znajdują go okoliczni ludzie z upadłego PGR-u i w przypływie ducha przedsiębiorczości zatrzymują rannego Adamczyka u siebie, ciesząc się na wysoki okup za nadzianego biznesmena. Niestety, rodzina nie ma zamiaru wybulić ciężkiej kasy za swego szefa, więc Adamczyk, chcąc nie chcąc, musi wykupić sam siebie, rozkręcając na zabitej dechami wiosce konkurencyjną wytwórnię taniego wina…

Upadły PGR, marazm lokalnej społeczności, wypranie z nadziei, siermiężność Polski B - w coś takiego się Machulski jeszcze nie bawił.

Juliusz Machulski od początku swej kariery wychodził ze wszech miar słusznego założenia, że kino to przede wszystkim rozrywka. Boksowanie się z rzeczywistością rzadko kiedy stawiał na pierwszym miejscu, może za wyjątkiem Seksmisji i Kingsajzu, w których parodiował ubiegłą epokę. Gdy po Okrągłym Stole oczekiwano od rodzimych twórców filmowych śmiałego podejmowania syntezy nowych problemów czasów III Rzeczpospolitej, reżyserzy nagle zapominali jak się to robi; zawodzili nawet drapieżni swego czasu twórcy kina moralnego niepokoju. Machulski również wolał eskapizm, czemu dał wyraz w V.I.P. czy Girl Guide, a jego próba zmierzenia się z historią w Szwadronie widowiskowo poległa w gruzach. Na drugim biegunie jednak Machulski umożliwił start Pasikowskiemu, którego Kroll i Psy wręcz kopały po jajach bezkompromisowym ujęciem problemów związanych ze zmianą ustrojową po 1989 roku. Lecz na stołku reżyserskim Machulski nadal wolał bajkową zabawę w kino przy obu Kilerach. I nagle reżyser zaskakująco blisko dotknął ziemi, wraz z ekranizacją scenariusza Jarosława Sokoła.

Upadły PGR, marazm lokalnej społeczności, wypranie z nadziei, siermiężność Polski B – w coś takiego się Machulski jeszcze nie bawił. Lecz na brudnym zadupiu nie szukał tematu na poważny dramat. Pieniądze to nie wszystko to kolejna znakomita komedia w jego dorobku. Komedia odrobinę inna. Więcej tu ciepła i swojskiej, przyjemnej obyczajowości. Nie ma tutaj błyskotliwego cytowania klasyków (no, może poza otwierającym film tematem muzycznym, brzmiącym jak ilustracje Bernarda Herrmanna do filmów Hitchcocka), uwagi od fabuły nie odwracają żadne eksperymenty formalne, zabawne dialogi brzmią autentycznie, aktorzy grają bez fajerwerków i efekciarstwa. Reżyser ograniczył komiksową poetykę, choć nie zrezygnował z nagłych zwrotów fabuły i obowiązkowego happy-endu. Istotnym novum w filmografii Machulskiego jest struktura scenariusza, przywodząca na myśl Forresta Gumpa. Podobnie jak u Zemeckisa, większość fabuły stanowi retrospekcja stojącego na krawędzi wieżowca Adamczyka, opowiadającego kominiarzowi swoje dzieje. Dopiero w 67′ akcja wraca do czasu „rzeczywistego”.

Najmocniejszym punktem filmu jest obsada. I nie chodzi tu o jak zwykle znakomitego Marka Kondrata. Genialny, wręcz oscarowy tercet stworzyli Stanisława Celińska, Sylwester Maciejewski i Cezary Kosiński w rolach tubylców, przetrzymujących Adamczyka dla okupu. Patrząc na tę trójkę naprawdę można odnieść wrażenie, że to naturszczycy, znalezieni przez Machulskiego na końcu świata. Dla tych, którzy oglądali Dług, zaskoczeniem jest świetna, komediowa rola Andrzeja Chyry, a sceny z pijanym Tomaszem Saprykiem to już klasyka. Jola Fraszyńska w małej rólce sekretarki wygląda niesamowicie seksownie, a Kudłaty z Kilera, czyli Sławomir Sulej, zagrał niepozorny epizod rowerzysty z harmonijką ustną, pojawiającego się przy Adamczyku w trzech kluczowych momentach filmu, niczym Artur Barciś w Dekalogu, co Machulski sparodiuje w kolejnym filmie.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane