Czarno na białym

AWANTURA W ZAŚWIATACH

Tytuł więcej obiecuje, niż film daje, ale to wciąż solidny przykład starego, dobrego kina.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Diabelskie sztuczki

Śmierć prędzej czy później upomina się o każdego z nas. Taka jest niepisana kolej rzeczy, prawo natury, naczelna zasada życia. Co jednak zrobić, gdy nastąpi ona przedwcześnie? I to bynajmniej nie za sprawą egzotycznej choroby nabytej w trakcie miodowego miesiąca na Arubie, nagłego ataku spawacza lub nieszczęśliwego wypadku z udziałem kota i choinki, lecz wskutek zwykłej pomyłki po drugiej stronie chmur, gdzie też natrafić można na popełniających błędy, nadgorliwych stażystów…

Taki pech spotkał właśnie Joego Pendletona (Robert Montgomery) – bohatera pochodzącej z 1941 roku produkcji Alexandra Halla Here Comes Mr. Jordan. I boksera, który spiesząc się na najważniejszy, bo mistrzowski pojedynek życia, traci kontrolę nad prowadzonym samolotem i zmierza wprost ku przeznaczeniu. Wydaje się, że taki obrót sprawy może zakończyć się tylko w jeden sposób. Jednak zanim maszyna uderzy w ziemię, dusza Pendletona trafia do zaświatów, gdzie, ku swojemu i naszemu zdziwieniu, dowiaduje się, że nie był to jeszcze „jego czas”. Także przepraszamy, „shit happens” – jak to się mówi, choć niekoniecznie w Niebiosach, gdzie kierownikiem zmiany jest tytułowy pan Jordan (niezawodny Claude Rains i jego anielsko uspokajający głos). Ciała co prawda zwrócić już nie możemy, ale klienta trzeba jakoś odesłać z powrotem do domu na te pozostałe mu lata. Szczęśliwie mamy kilka zamienników do wyboru…

Po tę historię Hollywood sięgnęło jeszcze nieraz.

Brzmi znajomo? I owszem, bo nagrodzony Oscarem scenariusz oparto na sztuce Harry’ego Segalla Niebo może zaczekać, po którą Hollywood jeszcze nieraz sięgnęło. W latach 70. nakręcono wersję z Warrenem Beattym Niebiosa mogą zaczekać, gdzie główny bohater jest graczem amerykańskiego futbolu. Potem na tej samej historii oparto jeszcze telewizyjną Lodową księżniczkę, a w nowym milenium powstało Spadaj na ziemię z Chrisem Rockiem. Wariacją na ten temat jest również bollywoodzkie Jhuk Gaya Aasman.

Na ich tle oryginalny film wypada z pewnością najmniej efektownie. Czarno-biały i w archaicznym formacie obrazu, pozbawiony jakichś niezwykłych sztuczek wizualnych (acz wizja nieba jest niezwykle sugestywna w swej skromności) oraz oparty głównie na dialogach, a nie akcji. Te dodatkowo nie dają żadnych złudzeń względem roku produkcji. Momentami bowiem postaci wypowiadają się w naprawdę osobliwy, opanowany i, co ważniejsze, wyjątkowo kulturalny sposób. A przecież mamy do czynienia po części ze środowiskiem bokserskim! Mało tego! Ważnym elementem intrygi jest również brutalne morderstwo (oczywiście dziejące się poza kadrem). Ale żadna z tych rzeczy – wraz z, ma się rozumieć, niecodziennym powrotem zza grobu – zdaje się nie pozbawiać nikogo językowej estetyki.

Jest to zatem bardzo spokojna, do cna grzeczna produkcja swoich czasów – prawdziwie mokry sen wszelkich cenzorów i dystrybutorów. A patrząc na zachowanie samego Pendletona, można do tego również dodać iście dziecięcą wręcz naiwność. Joe to naprawdę klawy, dobroduszny aż do przesady gość. Być może dlatego ujmuje od pierwszych minut. Choć wyrywa się na ring, żeby prać po ryjach innych facetów, to paradoksalnie wydaje się, że nie potrafiłby skrzywdzić muchy. Nie dziwi więc, że nawet jego wszelakie protesty oraz chwile słabości jedynie zyskały przez te wszystkie minione dekady vis comica. Ale to chyba dobrze.

Gwoli ścisłości – to nie jest film, na którym można zrywać boki ze śmiechu. Raczej po prostu wielce sympatyczny, mimowolnie poprawiający nastrój i podnoszący na duchu. Zwłaszcza w momentach, w których Joemu towarzyszy podstarzały trener, niejaki Max Corkle. Grający go James Gleason jest taką maleńką perłą tej półtoragodzinnej historyjki i za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie, potrafi skraść show bez większych problemów. Szczególnie że na tle pozostałych bohaterów (wśród których miga młody Lloyd Bridges) wypada najbardziej naturalnie, wszelkie rewelacje przyjmując z emocjami godnymi człowieka z krwi i kości oraz usiłując jakoś je pogodzić z własnym światopoglądem i przyzwyczajeniami. To zdecydowanie jeden z najjaśniejszych elementów całego projektu, słusznie wyróżniony przez Amerykańską Akademię oscarową nominacją.

Tych Awantura w zaświatach otrzymała jeszcze cztery – za zdjęcia, dla Montgomery’ego, dla reżysera i za najlepszy film roku. I kto wie, czy nie skończyłoby się na statuetkach, gdyby konkurencja nie była wtedy silniejsza (tryumfatorem gali okazała się przede wszystkim Zielona dolina Johna Forda, choć był to też rok Obywatela Kane’a). Patrząc zupełnie obiektywnie, ten wysyp laurów był nieco na wyrost. Chociaż historia pozostaje uniwersalna i przyjazna każdemu widzowi, a na filmie nie sposób się nudzić, to po blisko osiemdziesięciu latach od premiery pozostaje już raczej miłym seansem dla lubujących się w klasyce i… niewiele ponad to. Co prawda nie zestarzał się jakoś strasznie i wciąż bawi (nienachalnie ucząc pewnych prawd życiowych), ale bardzo łatwo jest wskazać wiele innych komediowych tytułów z tamtej epoki, które wciąż ogląda się z prawdziwymi wypiekami na twarzy, siedząc na krawędzi fotela – czego o produkcji wytwórni Columbia już napisać nie można.

Niemniej był to duży przebój nie tylko artystyczny, ale i kasowy. Na tyle intratny, że sześć lat później do kin weszła luźna kontynuacja muzyczna (!) z Ritą Hayworth, zatytułowana Down to Earth – podobnie jak oryginał po latach przerobiona (Xanadu, 1980). Twórcy planowali także sequel, roboczo ochrzczony wszystko mówiącą nazwą Hell Bent for Mr. Jordan. Jednak odłożony na chwilę, aby można było bez problemów zebrać na planie oryginalną obsadę, ostatecznie nigdy nie powstał. Może to i lepiej. Czego by wszak nie pisać o Awanturze… to jej finał pozostaje pięknie otwarty i zarazem szczery w swoim happy endzie, na który mimo wszystko zapracował.

Film Halla rozpoczął modę na anielskie lub dziejące się w zaświatach historie – tak powstały między innymi: Żona biskupa z Carym Grantem (który był pierwszym kandydatem do głównej roli w Awanturze…), A Guy Named Joe, który Steven Spielberg przerobił potem jako Na zawsze, Sprawa życia i śmierci czy w końcu To wspaniałe życie Franka Capry. Nie dziwne więc, że obecnie mało kto pamięta o tym tytule. Warto go sobie jednak przypomnieć. Nie jest to może coś, co koniecznie trzeba obejrzeć przed podróżą na tamten świat (a który film jest?), ale z pewnością potrafi rozjaśnić smutne chwile na tym łez padole. I kto wie, może jego znajomość okaże się kiedyś przydatna…

Ostatnio dodane