Recenzje

Przyczajony tygrys, ukryty smok: Miecz przeznaczenia

Sequel nie wytrzymuje porównania z pierwszą częścią. Ale czy ktoś spodziewał się innego rezultatu?

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Wuxia dla ubogich

Minęło już siedemnaście lat od czasu premiery Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka. Filmu, który sprzedał całkowicie nową jakość dla konwencji kina kopanego. Rozsławił bowiem tak zwany wuxia – chiński patent na przygodowe opowieści. Otworzył zatem oczy Zachodu na to, co w Chinach było już oczywiste – że choreografia walk może być podszyta nutką poezji i wpisywać się w melodramatyczny charakter całości. Film cieszył się zawrotną frekwencją w kinach, zgarnął cztery Oscary, pretendując aż do dziesięciu. Rozsławił ponadto nazwisko Anga Lee, otwierając mu drogę do kariery w Hollywood. To było prawdziwe wejście smoka – chińskie kino już dawno nie odcisnęło tak wyraźnego piętna na emocjach widza zachodniego, czyniąc to zarazem tak niespodziewanie.

Nic dziwnego, że w końcu zrodziła się idea kontynuacji pamiętnego hitu. Została ona zrealizowana niedawno, bo w 2016 roku. Niestety, nie wszystko wyszło tak, jak życzyliby sobie tego twórcy. Mówiąc delikatnie, sequel ma się jakością do pierwowzoru tak, jak Bruce Lee ma się do kina science fiction.

Przyczajony tygrys, ukryty smok: Miecz przeznaczenia powstał na zlecenie platformy Netflix, która ostatnimi czasy rządzi niepodzielnie w dziedzinie telewizyjnej rozrywki, dobre seriale przeplatając coraz odważniejszymi produkcjami pełnometrażowymi (warto dodać, iż jest to szósty film Netflixa, który zadebiutował jednocześnie w kinie i telewizji). Za kamerą stanął nie byle kto, bo Woo-ping Yen, reżyser m.in. słynnego Pijanego mistrza z Jackie Chanem. W branży wyrobił sobie renomę speca od wschodnich sztuk walki także dlatego, że w wielu filmach pełnił rolę głównego choreografa scen kopanych. Z powodzeniem zajmował się tym na przykład podczas kręcenia Matrixa. Ale pracował również z Angiem Lee przy jego Przyczajonym tygrysie, ukrytym smoku. Z takim nazwiskiem za sterami sequela można było uzbroić się we względny optymizm. Na zachętę dodano jeszcze gwiazdę pierwszej części – Michelle Yeoh, wcielającą się w postać Shu Lien (aktorka Ziy Zhang odmówiła powrotu do roli Jen). Ale okazuje się, że nie jest ona jedynym łącznikiem obu części.

Jest nim także pewien miecz… Akcja filmu osadzona jest osiemnaście lat po śmierci ukochanego głównej bohaterki – mistrza Li Mu Baia. Postanowiła stać na straży dzierżonego przez niego niegdyś miecza, zwanego Zielonym Przeznaczeniem. Niejaki Hades Dei (w tej roli Jason Scott Lee – niemalże nie do poznania), buntowniczy watażka, pragnie uprowadzić legendarny miecz, by zdominować świat sztuk walki. Na drodze, prócz Shu Lien, stanie mu jednak tajemniczy wojownik zwany Milczącym Wilkiem (w tej roli niezastąpiony Donnie Yen) oraz Śnieżna Waza – młoda adeptka sztuk walki.

Za scenariusz odpowiada John Fusco, autor tekstów do takich filmów jak Hidalgo – ocean ognia, ale także showrunner serialu Marco Polo (na łamach serwisu scenarzysta był ostatnio wspominany przy okazji zapowiedzi Chaty). Przy tworzeniu literackiej podstawy do Miecza przeznaczenia posiłkował się tym samym materiałem źródłowym, co scenarzyści filmu Anga Lee. Chodzi mianowicie o serię powieści (The Crane-Iron Series) autorstwa Wanga Dulu. I tak jak pierwszy Przyczajony… bazował na czwartej książce o tym samym tytule, tak Miecz przeznaczenia już na tej ostatniej, czyli Iron Knight, Silver Vase. Wkrótce po tym, jak wykupiono prawa do jej adaptacji, zmieniono tytuł na bardziej rozpoznawalny.

Rezultat tych starań nie jest jednak porywający. Kontynuacji chińskiego hitu z 2000 roku zdecydowanie brakuje nutki unikalności i magii. A nie da się jej oglądać w oderwaniu od wybitnego pierwowzoru. Taka spuścizna bowiem zobowiązuje. Najwięcej problemów nastręcza wspomniana fabuła, która już na poziomie opisu razi sztampowością. Ale ta historia nie byłaby problemem, gdyby nie to, że całość odegrana została ze swadą godną teatru telewizji. Dialogi wygłaszane przez bohaterów rażą sztucznością – na domiar złego językiem, jakim się posługują, jest angielski (a nie, jak to było w oryginale, mandaryński), co tym bardziej utrudnia uznanie prawdziwości świata przedstawionego. Z tonacji wylewa się ciężkostrawny patos. Ze zdjęć po oczach bije z kolei wymuszony przepych i pstrokacizna. Zawodzi nawet muzyka, która – będąc całkowicie beznamiętną – nie potrafi ukierunkować naszych emocji.

[quote]Dużo w tym lukru i pudru, mało szorstkości i surowości. Twórcy przesadzili z wygładzaniem całości, tworzeniem wszelkiego rodzaju ułatwień, chwytnych atrap mających na celu przekabacenie widza na swoją stronę.[/quote]

Największą przyjemność z seansu da się czerpać wówczas, gdy nie musimy wsłuchiwać się w ckliwe wynurzenia bohaterów. Gdy przechodzą oni po prostu z nużącej bierności w efektowny czyn. Miecz przeznaczenia działa bowiem najlepiej w scenach akcji, które nakręcone zostały z niebywałym kunsztem. I jest to oczywiście zasługa reżysera. Choreografia walk jest bodaj jedynym elementem, który przywodzi na myśl jakość filmu z 2000 roku. Można się czepiać, że to trochę mało, że opowieści brakuje głębi, ale z drugiej strony, tak zupełnie po prawdzie – czy istnieje inny powód, dla którego sięgamy po tego typu filmy, niż obejrzenie scen walk ułożonych z baletową precyzją?

Paradoksalnie jednak nie po tym można poznać dobry film traktujący o sztukach walki – istotne są łączenia występujące pomiędzy poszczególnymi scenami akcji. Te działają bowiem o wiele lepiej, gdy mają swoje uzasadnienie. Gdy tworzą unikalny język filmu. Gdy nie stanowią w końcu tylko pojedynczych przebłysków nic nie mówiącego bełkotu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane