W stronę zachodzącego słońca

MŁODE STRZELBY (1988). Młodzieżowy western z trzydziestką na karku

Patrząc pod pewnym kątem, da się "Młode strzelby" docenić za dokonanie dość oryginalnej próby odświeżenia zastygłych schematów gatunku. Film ponosi jednak klęskę na etapie realizatorskiej rzetelności.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Sześciu wcale nie takich wspaniałych

Western lubi pielęgnować swoje legendy. Jedną z nich jest niewątpliwie Billy the Kid, jeden z najsłynniejszych przestępców Dzikiego Zachodu. Jego postać pojawiła się w wielu filmach, wśród których tym najbardziej znanym pozostaje Pat Garrett i Billy Kid. W 1988 kolejną interpretację słynnego rewolwerowca stworzył Emilio Estevez w filmie Młode strzelby.

Filmem tym chciano stworzyć odmianę. Scenariusz Johna Fusco miał położyć podwaliny pod kino młodzieżowe osadzone w realiach westernu. Z kolei sprawna ręka Christophera Caina miała projekt poprowadzić. Do głównych ról wybrano synów znanych i szanowanych aktorów, licząc, że ich obecność przyciągnie ludzi do kina. Prócz Esteveza w filmie wystąpili także Kiefer Sutherland i Charlie Sheen. Wtórowały im zasłużone nazwiska – Jack Palance i Terence Stamp.

Niestety trochę się w tych założeniach przeliczono, ponieważ prócz możliwości oglądania kilku znanych twarzy w niecodziennym, westernowym wydaniu film nie ma wiele więcej do zaoferowania. Choć w tym roku mija już trzydzieści lat od premiery Młodych strzelb, to według mnie zasłużyły sobie jedynie na miano niegroźnej, mało ambitnej ciekawostki.

Akcja filmu Christophera Caina rozgrywa się w 1878 roku w Nowym Meksyku. Film opowiada o grupie banitów, którzy znajdują schronienie u starego farmera brytyjskiego pochodzenia. Gdy ich opiekun zostaje zabity przez swojego konkurenta, „młode strzelby” postanawiają go pomścić. W drodze do celu muszą uciekać przed łowcami nagród, przy okazji nie próżnując. Jeden z nich się zakochuje, drugi staje się bohaterem gazet. Balansując na granicy prawa, okazują się jedynymi osobami zdolnymi do przeciwstawienia się lokalnej korupcji.

Młode strzelby nie pasują do czasów, które odtwarzają.

W jednej ze scen filmu mężczyźni śpiewają When Irish Eyes Are Smiling. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że piosenkę tę skomponowano dopiero trzydzieści cztery lata po wydarzeniach przedstawionych w filmie. I można powiedzieć, że to nieporozumienie stanowi swego rodzaju wyznacznik tego, jak bardzo Młode strzelby nie pasują do czasów, które odtwarzają. Bo niby jest to western osadzony w XIX wieku, a całym sobą, stylistycznie i realizatorsko, jest odzwierciedleniem konwencji kina akcji lat 80. Wiele tu bowiem uproszczeń, zabawy kiczem, przerysowanych postaci, dynamicznej muzyki i efekciarstwa.

Co do efekciarstwa i uproszczeń, to jedna scena uderza mnie w sposób znaczący. Mianowicie moment rewolwerowego pojedynku tytułowej bandy z łowcą nagród. Jakiś stary dziad staje przed uzbrojoną grupą młodych, krzepkich osobników i, dając im uprzednią zapowiedź, zaczyna do nich tak po prostu strzelać. Rozwinięcie tej sceny zakrawa na absurd. Nikt nie trafia łowcy nagród, temu ostatecznie udaje się nawet schować w latrynie i z niej oddawać strzały. Strzały w dodatku celne, gdyż śmiertelnie raniące jednego z bohaterów. To jedna z gorszych scen rewolwerowego pojedynku, jakie widziałem.

Najważniejszym problemem filmu jest jednak to, że pomimo faktu, iż samym tytułem zachęca do zapoznania się z grupą rewolwerowców, nie czyni żadnych starań, by przybliżyć widzowi ich sylwetki. Wbrew dobrym przyzwyczajeniom na początku dzieła nie uświadczymy zatem czytelnej ekspozycji żadnego z tytułowych banitów, co stanowi dużą przeszkodę w wytrwałym trzymaniu za nich kciuków. W ogóle ich nie znamy, nie wiemy nic o ich przeszłości, nie wiemy też, co sprawiło, że postanowili zebrać się w grupę. Ich wybryki zatem raczej irytują, niż wzbudzają podziw, a przeżywany dramat w dużej mierze pozostaje widzowi obojętny.

Film z tak bogatą obsadą zawodzi także jakością aktorstwa. Stojący w centrum widowiska Emilio Estevez, wcielający się w Billy’ego Kida, obrał wyjątkowo drażniący sposób przedstawienia swej postaci. Jego powracające co rusz wybuchy śmiechu oraz nieokrzesany styl bycia brzmią i wyglądają wyjątkowo sztucznie. Z kolei Kiefer Sutherland w roli Doca wykonuje czarną robotę dla scenarzystów, prowadząc postać, która ma nadawać tytułowej bandzie aspekt romantyzmu. To on bowiem zakochuje się w chińskiej niewolnicy i jest to jeden z bardziej naciąganych wątków w filmie. Scena, w której pod osłoną nocy Doc przybywa do Chinki i niemalże siłą stara się wymusić na niej uczucie, wygląda dość kuriozalnie. O ironio, najbardziej wyważoną i stonowaną postacią jest Charlie Sheen – ten sam, który lata później zasłynie licznymi ekscesami, zarówno z planu, jak i z życia.

Jeśli przyjmiemy, że kosztujący jedenaście milionów dolarów western zarabia w sumie czterdzieści pięć milionów, to można mówić nawet o umiarkowanym sukcesie frekwencyjnym. Jego wyznacznikiem jest także powstanie sequela, mającego premierę dwa lata później. I owszem, patrząc pod pewnym kątem, da się Młode strzelby docenić za dokonanie dość oryginalnej próby odświeżenia zastygłych schematów gatunku. Film ponosi jednak klęskę na etapie realizatorskiej rzetelności. Trzeba mieć bardzo niskie wymagania, by po latach wciąż dobrze się na Młodych strzelbach bawić.

Ostatnio dodane