search
REKLAMA
Recenzje

MITCHELLOWIE KONTRA MASZYNY. Dzień sądu

Familijny „Terminator”.

Maciej Niedźwiedzki

3 maja 2021

Mitchellowie kontra maszyny
REKLAMA

Ekscentryczny, zafascynowany dinozaurami Aaron w wieku szkolnym. Kochająca i wrażliwa matka Linda. Staroświecki i przejęty zmieniającymi się czasami ojciec Rick. Nowoczesna Katie, zapatrzona w telefon i biorąca udział w rekrutacji do prestiżowej filmowej uczelni w Los Angeles. Poznajcie rodzinę Mitchellów. Więzy krwi więzami krwi, ale wszyscy zaczynają się od siebie oddalać. Kolejne nieskuteczne próby nawiązania kontaktu z córką sprawiają, że Rick czuje się coraz bardziej bezradny i zrezygnowany. Cierpliwość Katie z każdym dniem się wyczerpuje. Dziewczyna marzy o ucieczce na studia i rozpoczęciu nowego rozdziału w swoim życiu. Relacja między tą dwójką będzie dyktowała tempo i dynamikę animacji Michaela Riandy.

Niemałe znaczenie dla historii o przechodzącej kryzys rodzinie będzie miał trwający właśnie globalny bunt maszyn. Sztuczna inteligencja wymknie się spod kontroli człowieka i błyskawicznie wprowadzi w życie plan wysłania całego rodzaju ludzkiego daleko w przestrzeń kosmiczną. Z fabryk wylegną setki tysięcy robotów, których celem będzie schwytanie każdej napotkanej osoby. Dopiero gdy apokalipsa zaczyna wyglądać zza horyzontu, Mitchellowie zaczynają znajdować wspólny język. Rozmowa oczywiście jednoczy. Jeszcze lepiej robi to jednak wspólny wróg. Ekstremalne okoliczności wystawią wszystkich na próbę, zmuszą do szczerych wyznań, przemeblują system wartości lub sprowokują delikatną zmianę charakteru. Nawet to czasem wystarcza.

Mitchellowie kontra maszyny

Mitchellowie kontra maszyny wyciągają na wierzch wiele bieżących społecznych usterek. Rozmowy za pośrednictwem wszelkiego rodzaju komunikatorów są nieporównywalnie żywsze od tych odbywanych w trakcie obiadu. Wydarzenia online wygrywają ze spacerem po lesie. Przeciwnikiem dla koncentracji są ciągle wyskakujące na ekranie telefonu powiadomienia. Szara rzeczywistość nie ma szans w rywalizacji z pełną efektownych dekoracji wirtualną przestrzenią. Starszemu pokoleniu coraz trudniej zyskać zainteresowanie młodych. Natomiast nastolatkowie o ciekawość rodziców w ogóle nie zabiegają.

W filmie Riandy do podjętych tematów równa specyficzna strona estetyczna. Reakcje bohaterów urozmaicane są o wyskakujące obok emotki, serduszka, gwiazdki, wykrzykniki czy tęcze. Instagramowe filtry wspomagają budowanie nastroju, youtube’owe filmiki są naturalnym elementem codziennej życiowej tkanki, a Wi-Fi zdaje się ważniejsze do oddychania niż powietrze. Wyrazista oprawa ma przypominać kolejne smartfonowe okienko, na które przecież jednym okiem spoglądamy w trakcie seansu. Takie czasy.

To wszystko daje wrażenie formalnego chaosu, natłoku i przesady. Kieruje jednak Mitchellów kontra maszyny w stronę satyry, a także uzasadnia prześmiewczy ton i absurd. Taka jest szczególnie sekwencja w centrum handlowym, gdy Mitchellowie muszą bronić się przed ostrzałem puszek z automatów, ostrożnie stawiać kroki, by nie natknąć się na złowieszczy odkurzacz rumba lub nie zostać połkniętym przez upiorne pralki i lodówki.

Mitchellowie kontra maszyny to Terminator przepisany w ramy familijnego kina, podobnie jak słynny poprzednik ostrzegającego przed technologicznym wyścigiem, sięgającego po zbliżone wątki i opisującego identyczne zjawiska. Film Riandy przypominać też może drugą połowę Pixarowskiego Wall-E. W obu animacjach człowiek dziecinnieje otoczony przez aplikacje i wielofunkcyjne gadżety. Każde kolejne oprogramowanie zwalnia nas z obowiązków (sprzątanie) i odbiera umiejętności (pamięć). Jeszcze innym skojarzeniem może być Ralph Demolka w Internecie, który podobnie osaczał nas nadmiarem znaków, symboli i głębią wirtualnego świata. Michael Rianda dołącza więc do szeregu technosceptyków. Jego animacja ma charakter reakcyjny, ma być apelem o umiar, rozsądek i równowagę. Netflixowa aplikacja na pewno zadba o to, by żadnemu użytkownikowi nie umknęła ta premiera.

Avatar

Maciej Niedźwiedzki

Kino potrzebowało sporo czasu, by dać nam swoje największe arcydzieło, czyli Tajemnicę Brokeback Mountain. Na bezludną wyspę zabrałbym jednak ze sobą serię Toy Story. Najwięcej uwagi poświęcam animacjom i festiwalowi w Cannes. Z kinem może równać się tylko jedna sztuka: futbol.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA