Recenzje
LANTERNS [recenzja]. Jak BARDZO ZŁY może być serial o Zielonej Latarni?
To będzie długa, wyczerpująca i mało przyjemna recenzja Lanterns (Latarnie), bo skończyła mi się ochota na szukanie dla tego serialu kolejnych usprawiedliwień.
To będzie długa, wyczerpująca i zdecydowanie mało przyjemna recenzja Lanterns (Latarnie), bo po finale skończyła mi się ochota na szukanie dla tego serialu kolejnych usprawiedliwień. Pierwszy odcinek był okej. Początek historii, przedstawienie bohaterów, morderstwo, tajemnica, Hal Jordan, John Stewart. Drugi i trzeci to dla mnie totalne dno. Czwarty i piąty nagle zaczęły przypominać serial, który rzeczywiście może mieć jakiś pomysł na siebie. Szósty znowu poleciał w dół, siódmy był słaby z kilkoma naprawdę dobrymi przebłyskami, a finał jest dla mnie obrazą dla każdego fana, dla którego Green Lantern znaczy coś więcej niż zielony pierścień i kilka nazwisk wyciągniętych z komiksu. UWAGA, SPOILERY!
I może właśnie dlatego ten serial wkurzył mnie aż tak bardzo. Green Lantern zawsze miał szczególne miejsce w moim komiksowym sercu. To nie jest dla mnie kolejna marka DC, której adaptację obejrzę, wzruszę ramionami i pójdę dalej. Uwielbiam tę mitologię, Korpus, emocjonalne spektrum, Strażników, Hala, Johna, Sinestro i cały ten niesamowity pomysł, że gdzieś we wszechświecie istnieje organizacja złożona z tysięcy istot wyposażonych w jedną z najpotężniejszych broni, jakie można sobie wyobrazić. I że podstawą korzystania z tej broni jest wola.

Lanterns mogło być dowolnym gatunkiem
Z tego materiału można zrobić właściwie wszystko. Space operę, kryminał, dramat polityczny, historię wojenną, opowieść o autorytaryzmie, korupcji władzy, odpowiedzialności, strachu albo zwyczajnie wielką kosmiczną przygodę. Dlatego pomysł na coś w rodzaju True Detective osadzonego w świecie Green Lanternów kupiłem bez najmniejszego problemu. Dwóch Lanternów, jeden stary i doświadczony, drugi dopiero wchodzący w ten świat, morderstwo na amerykańskiej prowincji, Manhunter ukrywający się wśród ludzi i tajemnica prowadząca stopniowo do czegoś znacznie większego. Przecież to brzmi świetnie.
Tylko żeby zrobić True Detective z Green Lanternem, trzeba jeszcze rozumieć Green Lanterna i nie traktować wszystkiego, co w nim komiksowe, jak czegoś trochę wstydliwego. A oglądając ten serial, coraz częściej miałem wrażenie, że jego twórcy najchętniej wyrzuciliby z niego wszystko, co faktycznie jest Green Lanternem, gdyby tylko tytuł nie zobowiązywał ich do zachowania kilku nazwisk i świecących pierścieni.
Kostiumy trzeba maksymalnie uziemić. Pierścieni używać oszczędnie. Kosmos dawkować tak, jakby po przekroczeniu określonej liczby kosmitów HBO automatycznie odbierało nominacje do Emmy. Całą kolorową, dziwną, olbrzymią i absolutnie niepowtarzalną mitologię Green Lantern Corps należy przykryć grubą warstwą prestiżowej TV, żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że ogląda adaptację komiksu.
Za to kiedy tylko pojawia się trauma, nagle mamy czasu pod dostatkiem. Trauma rodzinna, trauma pokoleniowa, problemy z ojcem, problemy z matką, emocjonalnie złamany mentor, zepsuta instytucja, dzieciństwo pozostawiające blizny, kolejne rozmowy o tym, jak bardzo wszyscy są wewnętrznie poranieni. Momentami wyglądało to tak, jakby ktoś wręczył scenarzystom checklistę współczesnego poważnego serialu i kazał odhaczyć wszystkie pozycje.

Najbardziej irytujące jest to, że Green Lantern niczego takiego nie potrzebował, żeby być poważnym. Komiksy od dekad opowiadają o strachu, odpowiedzialności, autorytaryzmie, winie, utracie, posłuszeństwie, nadużyciu władzy i konflikcie jednostki z instytucją. Sinestro jest praktycznie chodzącą rozprawą na temat tego, gdzie kończy się porządek, a zaczyna tyrania. Strażnicy od lat dostarczają materiału do dyskusji o tym, czy garstka istot ma prawo decydować o losach całego wszechświata. Nie trzeba było robić z Green Lanterna czegoś poważniejszego. Trzeba było potraktować poważnie to, co już tam było.
Hal Jordan
Najbardziej oberwał oczywiście Hal Jordan. Jedna z najważniejszych postaci DC zostaje tutaj sprowadzona do zgorzkniałego, emocjonalnie rozbitego człowieka kurczowo trzymającego się swojej pozycji, zazdrosnego o Johna i podejmującego decyzje, przy których momentami naprawdę zastanawiałem się, dlaczego ten człowiek nadal nazywa się Hal Jordan. I nie chodzi o to, że Hal ma być idealny. Hal Jordan nigdy nie był idealny. Jest arogancki, impulsywny, uparty, czasami absurdalnie pewny siebie i potrafi podejmować katastrofalne decyzje.
Tylko te wady zawsze istniały obok czegoś. Obok odwagi, ogromnej siły woli, poczucia obowiązku i tej charakterystycznej dla niego gotowości do wejścia tam, skąd każdy rozsądny człowiek właśnie ucieka. Lanterns bierze jego wady, podkręca je do maksimum, a później sukcesywnie usuwa wszystko, co powodowało, że mimo tych wad chciało się Halowi kibicować. Dochodzimy nawet do momentu, w którym zostawia Johna w rozbitym, płonącym samochodzie, bo bardziej przejmuje się utrzymaniem własnej pozycji.
Dla mnie to nie jest bardziej złożony Hal Jordan. To jest scenariusz, który potrzebuje, żeby Hal zachowywał się jak fatalny człowiek, więc Hal zachowuje się jak fatalny człowiek. Jeszcze lepiej robi się chwilę później, kiedy człowiek doskonale wiedzący, z czym ma do czynienia, idzie na ekstremalnie niebezpieczną konfrontację z prawie rozładowanym pierścieniem. Hal sam doprowadza do spotkania sił mogących zamienić Rushville w strefę wojny, a nie pomyślał wcześniej o naładowaniu jednej z najpotężniejszych broni we wszechświecie?

Kiedy Rushville zaczyna być niszczone, Hal rzeczywiście robi to, czego oczekiwałbym od Green Lanterna. Lata od miejsca do miejsca, osłania ludzi i zużywa na ich ratowanie kolejne procenty energii pierścienia, dokładnie na co liczy Zoe. I uczciwie: to jest jeden z tych momentów, w których na chwilę widzę Hala Jordana. Problem w tym, że serial chwilę wcześniej każe temu samemu Halowi zostawić Johna w płonącym samochodzie, bo jego obsesja na punkcie zachowania pierścienia okazuje się ważniejsza od człowieka, którego miał szkolić.
Potem dochodzimy do historii Martina Jordana i tutaj zaczyna się już kompletne przepisywanie fundamentów postaci. W klasycznej historii ojciec Hala ginie podczas katastrofy samolotu, a młody Hal jest tego świadkiem. Mimo tego później sam zostaje pilotem. To jest proste, eleganckie i bez kilkunastu minut dialogów mówi o Hal Jordanie bardzo wiele: widział najgorszą możliwą konsekwencję latania, stracił przez nią ojca i mimo tego sam wszedł do kokpitu.
Scenarzyści najwyraźniej uznali, że jest to za mało skomplikowane i traumatyczne, więc Martin tak naprawdę popełnił samobójstwo i upozorował je na katastrofę. Dziadek Hala również odebrał sobie życie, mamy dziedzictwo Jordanów, depresję przekazywaną z pokolenia na pokolenie i wreszcie Hala tłumaczącego, że nie jest nieustraszony dlatego, że jest odważny. Jest nieustraszony, bo jest zepsuty. Bo oczywiście nawet odwaga Hala Jordana nie może być po prostu częścią charakteru Hala Jordana. Ona również musi okazać się traumą.
Hal nie jest interesujący dlatego, że biologicznie nie potrafi odczuwać strachu. Jest interesujący dlatego, że jego wola pozwala mu strach przezwyciężyć. To fundamentalna różnica i dokładnie na niej od lat opiera się ogromna część mitologii Green Lanterna. Tymczasem serial najpierw tworzy sobie własną, znacznie głupszą wersję tego założenia, a potem poświęca pół sezonu na bardzo poważne odkrywanie, że może jednak strach nie jest taki prosty.

John Stewart
Z Johnem Stewartem jest podobnie. Komiksowy John jest architektem, byłym Marine i człowiekiem posiadającym własną tożsamość, zanim jeszcze pierścień pojawi się w jego życiu. Jego architektoniczne myślenie wpływa nawet na konstrukty, które tworzy. Buduje je jak architekt, od środka, ze wszystkimi elementami. To jest świetny drobiazg mówiący o bohaterze więcej niż kolejny piętnastominutowy monolog o jego traumie.
Serial wyrzuca jednak dużą część tej naturalnej drogi i praktycznie robi z Johna produkt tworzony pod przyszłą rolę Green Lanterna. Jego ojciec najpierw zostaje odrzucony przez pierścień, bo przyznaje, że się boi. Później Strażniczka tłumaczy jego matce, że cokolwiek pierścień zauważył w ojcu, znajduje się również w jego genach, a rodzice dochodzą do wniosku, że wychowają syna tak, żeby któregoś dnia był odpowiednim kandydatem. Genetyczny potencjał do zostania Green Lanternem. Naprawdę brakowało tylko testu DNA, tabelki w Excelu i maila od Strażników z informacją, że John przeszedł do kolejnego etapu rekrutacji.
I tutaj pojawia się jeszcze temat rasizmu, bo trzeci odcinek bardzo mocno próbuje połączyć go z całym problemem strachu. Sama obecność tego tematu absolutnie mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. John Stewart od początku był postacią, przez którą DC mówiło również o doświadczeniu czarnoskórego człowieka w Ameryce. W jego pierwszych historiach pojawiały się konflikty z policją, politykami wykorzystującymi napięcia rasowe i zwyczajnie z rzeczywistością, której Hal jako biały facet doświadczał inaczej.
Materiał na Lanterns był gotowy. Nie trzeba było niczego na siłę dopisywać.
Lanterns robi jednak coś znacznie dziwniejszego. Bernadette mówi Strażniczce, że niesprawiedliwe jest pytanie czarnoskórego mężczyzny w Ameryce, czy się boi, ponieważ czarnoskórzy ludzie żyją z realnym strachem przed prześladowaniem. I to jest sensowny punkt wyjścia. Tylko chwilę później narracja zaczyna zmierzać w stronę pomysłu, że Hal mógł zostać wybrany właśnie dlatego, że był na tyle uprzywilejowany, iż nie musiał naprawdę poznać strachu.

Hal Jordan. Człowiek, którego cała mitologia opiera się na konfrontacji ze strachem. Człowiek, który jako dziecko stracił ojca, a w tej konkretnej wersji serial dodatkowo dopisuje mu samobójstwo ojca, samobójstwo dziadka i całe rodzinne dziedzictwo depresji. Ten sam serial kilka odcinków później mówi mi, że Hal jest emocjonalnie zepsuty właśnie przez traumę, ale wcześniej próbuje sprzedać narrację, że jego przywilejem było to, że nie musiał znać strachu. Czy ktoś podczas pisania tego sezonu czytał poprzednie wersje scenariusza?
Bo problemem nie jest tutaj rasizm. Problemem jest to, że scenariusz bierze realne doświadczenie Johna jako czarnoskórego Amerykanina i używa go do stworzenia konfliktu z zasadami Green Lantern Corps, który w klasycznej idei tej organizacji właściwie nie istnieje. Pierścień nie powinien szukać człowieka, który nigdy się niczego nie bał, miał łatwe dzieciństwo i odpowiedni zestaw życiowych przywilejów. Szuka kogoś posiadającego wolę zdolną przezwyciężyć wielki strach.
Właśnie dlatego doświadczenia Johna mogłyby uczynić tę historię fantastyczną. Czarnoskóry człowiek żyjący w Ameryce może znać rodzaj strachu, którego Hal nigdy nie poznał, i mimo tego każdego dnia funkcjonować, podejmować decyzje i robić to, co uważa za właściwe. To nie powinno czynić go gorszym kandydatem na Green Lanterna. Wręcz przeciwnie, mogłoby świetnie pokazywać jego siłę woli. Ale wtedy scenariusz nie mógłby przez pół sezonu udawać, że właśnie odkrył wadę w samej idei Korpusu.
Najbardziej irytuje mnie też to, że John Stewart naprawdę nie potrzebował takiego przepisywania, żeby opowiadać o rasizmie. Jego oryginalne historie robiły to kilkadziesiąt lat temu i potrafiły jednocześnie pozostawić Johna Johnem Stewartem, a Hala Halem Jordanem. Tutaj natomiast żeby podnieść Johna, scenariusz chwilami musi obniżyć Hala i wytłumaczyć nam, że jeden naprawdę zna strach, a drugi był uprzywilejowany na tyle, żeby go nie poznać. To nie jest dla mnie pogłębienie Johna. To jest spłaszczenie obu postaci na potrzeby scenariusza.

I właśnie tutaj dochodzimy do trzeciego odcinka, który był dla mnie jednym z najgorszych doświadczeń całego sezonu. John jako dziecko dostaje broń. Rodzice przez lata próbują wyeliminować z niego strach. Wmawiają mu, że ptaki obserwują go w imieniu Strażników i oceniają jego postępy. Zostawiają go samego nocą w niebezpiecznej dzielnicy i każą znaleźć drogę do domu. Kiedy wpada na pomysł strzelania do jabłka postawionego na własnej głowie, rodzice nie mówią synu, odłóż broń, tylko ojciec rzeczywiście oddaje strzał. Później matka sama urządza kolejną wersję tego testu.
To nie jest surowe wychowanie. To nie jest mama chciała dla niego dobrze. To jest dziecko przez lata poddawane psychicznej presji, manipulacji i sytuacjom, w których jeden błąd z bronią mógł zakończyć się pogrzebem. John jest okłamywany, izolowany i uczony, że normalna ludzka reakcja, czyli strach, oznacza porażkę. Wszystko dlatego, że rodzice postanowili przygotować go do zdobycia magicznego kosmicznego pierścienia, którego być może kiedyś wybierze kosmiczna biżuteria.
A potem przychodzi finał i dostaję chyba najbardziej absurdalną oraz głupią rzecz, jaką widziałem w jakimkolwiek serialu. Serio. I im dłużej o tej scenie myślę, tym bardziej nie wierzę, że ktoś ją napisał, ktoś inny przeczytał, później ją nakręcono i nikt po drodze nie powiedział: chwila, co my właściwie próbujemy tutaj powiedzieć?.
John rozmawia z Kerry i zaczyna opowiadać jej o swojej matce. Tłumaczy, że przez całe jego dzieciństwo matka właściwie wstrzymywała oddech, bo robiąc mu te wszystkie rzeczy, sama również się bała. Serial próbuje więc nagle przepisać znaczenie tego, co oglądaliśmy wcześniej. To już nie ma być tylko historia o rodzicach, którzy obsesyjnie przygotowywali syna do zostania Lanternem. Mamy również pomyśleć o tym, jak straszne musiało być to wszystko dla jego matki.

Serio?
Matka pozwala ojcu strzelać z karabinu do jabłka znajdującego się na głowie jej własnego dziecka. Sama uczestniczy w kolejnych eksperymentach z bronią. Okłamuje syna, że jest nieustannie obserwowany przez kosmiczne istoty. Razem z mężem wyrzuca go nocą z samochodu w niebezpiecznym miejscu, żeby nauczył się nie bać. Jego całe dzieciństwo zostaje podporządkowane realizacji ich obsesji związanej z pierścieniem, którego John nawet nie posiada. A finał mówi mi: pomyślcie, jakie to musiało być trudne dla matki.
Nie interesuje mnie, że się bała. Jeżeli rodzic świadomie wystawia własne dziecko na takie rzeczy, jego własny strach nie jest żadnym moralnym alibi. Jeżeli ktoś przykłada własnemu dziecku broń do głowy i trzęsie mu się przy tym ręka, problemem tej sytuacji nie jest cierpienie osoby trzymającej broń. Problemem jest to, że dorosły człowiek właśnie przyłożył broń do głowy dziecka.
I dokładnie dlatego ta scena tak mnie wkurzyła. Serial nie tylko próbuje znaleźć sens w traumie Johna. On zaczyna ją romantyzować. Cierpienie jego matki zostaje wykorzystane jako pomost do zrozumienia kolejnej matki, która zrobiła coś potwornego ze strachu o własne dziecko.
A tą drugą matką jest Kerry, która zamordowała w Lanterns Hala Jordana.
Kerry przyznaje, że to ona go zastrzeliła. Noah wcześniej bierze winę na siebie, ale ostatecznie John poznaje prawdę. Kerry chce po meczu oddać się policji i ponieść odpowiedzialność za zabicie człowieka. Co robi John Stewart, były Marine, przyszły Lantern i facet, który przez sporą część sezonu prowadzi śledztwo dotyczące śmierci własnego mentora? Odradza jej oddanie się policji, bo jego zdaniem Hal prawdopodobnie nie chciałby, żeby poniosła konsekwencje.

Czyli przez cały sezon rozwiązujemy morderstwo Hala. Znajdujemy zabójcę. Zabójczyni sama chce się przyznać i odpowiedzieć za swój czyn, a nasz bohater mówi właściwie: nie, zostań tutaj, obejrzyj mecz syna, Hal pewnie by zrozumiał. Następnie przywołuje Guya Gardnera i mówi mu tylko, że Hal zginął jak bohater i to właściwie wszystko, co Guy powinien wiedzieć. To ma być moralna dojrzałość Johna?
Rozwiązujesz morderstwo Green Lanterna, świadomie pozwalasz osobie, która go zabiła, uniknąć odpowiedzialności, zatajasz prawdę przed kolejnym Lanternem i serial przedstawia to jako dowód, że nauczyłeś się podejmować własne decyzje poza systemem. Nie. To nie jest moralna szarość. To jest scenariusz tak zakochany we własnym motywie miłość i strach komplikują wszystko, że kompletnie przestaje zauważać, co właściwie pokazuje.
Noah również zostaje na wolności, mimo że jest Manhunterem, uwolnił Sinestro i pomógł doprowadzić do stworzenia nowej latarni. Oczywiście serial pokazuje, że chłopak boi się tego, czym może zostać i bierze na siebie winę za matkę, ale nadal rozmawiamy o potencjalnie ekstremalnie niebezpiecznej istocie. Finał praktycznie zostawia więc jednocześnie Manhuntera i kobietę, która przyznała się do zabójstwa Hala Jordana, bez realnych konsekwencji. Ale John będzie patrzył. Najwyraźniej sprawa załatwiona.
Ale to nie wszystko!
W pierwszym odcinku, kiedy John znajduje ciało Hala, sprawdza jego rękę i wyraźnie interesuje go brak pierścienia. To jest jeden z elementów tajemnicy.

Później dowiadujemy się jednak, że dziesięć lat wcześniej to właśnie John odebrał Halowi pierścień po wydarzeniach w Rushville i oddał go Strażnikom. John doskonale wie więc, że Hal od dekady nie powinien go mieć. Sam mu go zabrał. Czego w takim razie szuka na jego palcu?
To nie jest kubek zmieniający miejsce pomiędzy dwoma ujęciami. Rozmawiamy o pierścieniu Green Lanterna w serialu zatytułowanym Lanterns. Centralnym przedmiocie całej mitologii i jednym z podstawowych elementów zagadki z pierwszego odcinka. A scenariusz chyba o tym zapomniał.
Do tego dochodzi Sinestro i tutaj naprawdę brakowało mi już cierpliwości. Mówimy o jednym z najważniejszych antagonistów w historii DC, byłym Green Lanternie, mentorze Hala i człowieku, którego cała filozofia jest właściwie gotowym materiałem dla serialu próbującego opowiadać o strachu, kontroli, władzy i odpowiedzialności. Jeżeli chcecie zrobić poważny dramat o tym, czy Green Lantern Corps ma moralne prawo narzucać własny porządek innym, Sinestro jest dokładnie postacią, której potrzebujecie.
Serial dostaje więc Sinestro, po czym w dużej mierze sprowadza go do narzędzia dostarczającego ekspozycję. Jest związany ze stworzeniem skażonej strachem latarni Noah, John go przesłuchuje, obraca jego własny strach przeciwko niemu, wydobywa potrzebne informacje, a potem zostawia go skutego na planecie. Jedna z najważniejszych postaci całej mitologii Green Lanterna pojawia się i przez sporą część czasu służy do tego, żeby powiedzieć bohaterom, co wydarzyło się poza ekranem.

Mówimy o Sinestro. Człowieku, wokół którego można zbudować kilka sezonów i który samym swoim istnieniem odpowiada na pytania o strach, władzę i autorytaryzm, które Lanterns przez osiem odcinków próbuje z takim namaszczeniem zadawać. Tylko nie możemy przecież poświęcić mu zbyt dużo czasu, bo jeszcze przypadkiem zrobiłby się z tego serial o Green Lanternach.
I właśnie tutaj najlepiej widać absurd całego przedsięwzięcia. Twórcy mają Hala Jordana, Johna Stewarta, Guya Gardnera, Sinestro, Strażników, Oa, Manhunterów, pierścienie i całe emocjonalne spektrum. Dostali jedną z najbogatszych mitologii w całym DC. To jest skrzynia pełna złota. Oni ją otwierają, wyciągają kolejne skarby, oglądają je przez chwilę, odkładają z powrotem i wracają do następnej rozmowy o problemach z rodzicami.
Największy policzek zostawiono oczywiście na finał, bo cały sezon zmierza do wielkiego odkrycia dotyczącego strachu. Nie można go po prostu nie czuć. Trzeba go zaakceptować. Zrozumieć. Działać mimo niego. John dochodzi do własnego rozumienia bycia Lanternem, dostaje latarnię, w której wola miesza się ze strachem, układa własną przysięgę i wszystko jest podane z taką wagą, jakby scenarzyści właśnie na naszych oczach zdefiniowali Green Lantern Corps od nowa. Tyle że nie zdefiniowali niczego od nowa. Po ośmiu odcinkach dotarli do podstawowej idei Green Lanterna.
Wola ma znaczenie właśnie dlatego, że istnieje strach. Odwaga bez możliwości odczuwania strachu jest pustym pojęciem. Green Lantern nie jest bohaterem dlatego, że jest biologicznie niezdolny się bać. Jest bohaterem dlatego, że potrafi stanąć naprzeciw czegoś przerażającego i mimo tego działać. Dlatego właśnie strach i wola są tak fundamentalnymi elementami tej mitologii.

Serial najpierw upraszcza więc Green Lanterna do własnej wersji Lantern nie może się bać, następnie wykorzystuje Johna i doświadczenie rasizmu, żeby pokazać, dlaczego taka zasada byłaby niesprawiedliwa, przez pół sezonu rozbiera ten problem na czynniki pierwsze, a w finale dokonuje wielkiego odkrycia, że prawdziwa odwaga polega na działaniu mimo strachu.
Brawo. Właśnie odkryliście Green Lanterna.
To trochę tak, jakbym napisał serial o Supermanie, w pierwszym odcinku stwierdził, że Superman pomaga ludziom wyłącznie dlatego, że chce być sławny, później przez osiem godzin analizował toksyczny wpływ sławy na Clarka, a w finale dokonał przełomowego odkrycia, że może powinien jednak pomagać ludziom dlatego, że uważa to za właściwe. Następnego ranka dostalibyśmy zapewne kilkanaście artykułów o odważnej dekonstrukcji mitu Supermana.
I podejrzewam, że właśnie dlatego Lanterns może się naprawdę podobać komuś, kto ma minimalne pojęcie o Green Lanternie albo nie zna tych komiksów w ogóle. Jeżeli wchodzisz tutaj bez całego tego bagażu, możesz zobaczyć dobrze wyglądający, powolny dramat kryminalny o dwóch złamanych facetach, rodzinie, rasie, strachu, dziedzictwie i podejrzanych instytucjach. Kyle Chandler jest bardzo dobrym aktorem. Aaron Pierre również. Serial ma atmosferę, dobre zdjęcia i wszystkie wizualne sygnały mówiące widzowi, że właśnie ogląda coś bardzo poważnego.
Jeżeli jednak znasz Green Lanterna, widzisz również wszystkie miejsca, w których serial sam sobie przypina medale za odkrywanie rzeczy znajdujących się w komiksach od lat. Widzisz, ile charakterystycznych elementów Hala i Johna trzeba było poprzesuwać, żeby dopasować ich do tematów wymyślonych dla tego konkretnego serialu. Widzisz Sinestro czekającego grzecznie z boku, podczas gdy scenariusz tłumaczy ci, czym jest strach. Widzisz historię o Green Lantern Corps, która momentami zachowuje się tak, jakby Green Lantern Corps był najmniej interesującą częścią Green Lanterna.

I nie, to nie jest gatekeeping. Nie trzeba przeczytać tysiąca zeszytów, żeby mieć prawo lubić Lanterns. Jeżeli ktoś obejrzał serial i świetnie się bawił, jego sprawa. Problem zaczyna się wtedy, kiedy zaczynam słyszeć, że to właśnie ta wersja wreszcie zrozumiała Green Lanterna albo uczyniła go naprawdę głębokim, bo wtedy pojawia się jedno zasadnicze pytanie: w porównaniu z czym? Z filmem z Ryanem Reynoldsem? Z jednym memem? Z wyobrażeniem scenarzystów o tym, czym są komiksy?
Green Lantern od dekad był znacznie bardziej złożony, dziwny, tragiczny i filozoficzny, niż ten serial najwyraźniej zakłada. Nie potrzebował HBO, żeby nauczyć go, czym jest strach. Nie potrzebował rodzinnego samobójstwa Hala, żeby nadać mu głębi. Nie potrzebował wieloletniego maltretowania Johna przez rodziców, żeby wyjaśnić jego siłę. Nie potrzebował przerabiania doświadczenia rasizmu na argument przeciwko źle napisanej wersji zasad Korpusu. Nie potrzebował sprowadzenia Sinestro do chodzącej ekspozycji, żeby opowiadać o moralności i władzy.
Wszystko, czego Lanterns tak desperacko szukał, od dawna znajdowało się w Green Lanternie. Trzeba było tylko przestać zachowywać się tak, jakby komiks był czymś, co należy poprawić.
I właśnie dlatego jestem na ten serial zwyczajnie zły. Gdyby od początku był kompletną katastrofą, prawdopodobnie machnąłbym ręką. Tymczasem kilka razy pokazał mi, że naprawdę mógł być świetny. Miał aktorów, miał pieniądze, miał świetny punkt wyjścia i przede wszystkim miał materiał źródłowy, za który większość scenarzystów dałaby sobie odciąć rękę. A potem regularnie odwracał się od wszystkiego, co czyni ten świat wyjątkowym.

Najbardziej zabawne jest to, że prawdopodobnie zostanie jeszcze za to nagrodzony. Krytycy już teraz są nim zachwyceni i kompletnie nie zdziwią mnie nominacje do Emmy oraz kolejne teksty o tym, jak HBO wreszcie potraktowało superbohaterów poważnie. Przecież wszystko się zgadza: powolne tempo, ciemniejsze zdjęcia, rodzinne traumy, dekonstrukcja bohatera, podejrzana instytucja, komentarz społeczny i moralna szarość. Komplet. High art.
Tylko powaga to nie to samo co głębia. Dekonstrukcja nie jest automatycznie inteligentniejsza od tego, co próbuje zdekonstruować. A dorosłe podejście do komiksu nie polega na usunięciu z niego wszystkiego, co wygląda zbyt komiksowo, i zastąpieniu tego kolejnym smutnym człowiekiem opowiadającym o swoim ojcu.
Żeby zdekonstruować bohatera, trzeba najpierw rozumieć, dlaczego ludzie go pokochali. Tutaj przez większość sezonu nie czułem, że twórcy patrzą na Green Lanterna z fascynacją i chcą pokazać mi jego inną stronę. Czułem raczej, że patrzą na niego jak na coś odrobinę głupiego, zbyt kolorowego i zbyt komiksowego, co trzeba urealnić, unowocześnić i dopasować do widowni, która normalnie nie chciałaby oglądać serialu o facecie z magicznym zielonym pierścieniem.
A ja naprawdę nie potrzebuję, żeby ktoś ratował Green Lanterna przed Green Lanternem. Potrzebowałem twórców, którzy spojrzą na cały ten ogromny, szalony świat i pomyślą: jak wykorzystać to wszystko, żeby opowiedzieć świetną historię?, a nie ile z tego musimy usunąć, żeby ludzie traktowali nas poważnie?.

Nie pamiętam serialu superbohaterskiego, który wkurzył mnie równie mocno. I nie dlatego, że każda jego minuta jest fatalna. Paradoksalnie właśnie dlatego boli bardziej, że nie jest. Kilka razy widziałem przebłyski dokładnie tego serialu, który chciałem dostać: Hal i John prowadzący śledztwo, Manhunter, kosmiczna tajemnica, Sinestro, coraz większy świat otwierający się za małym miasteczkiem w Nebrasce. A potem Lanterns za każdym razem przypominał sobie, że nie może przypadkiem za bardzo być Green Lanternem.
Nie wierzę więc, że napiszę coś takiego, ale dla mnie nawet She-Hulk była lepszym serialem superbohaterskim. Nie dlatego, że nagle uważam ją za dobrą. Nadal nie uważam. Ale She-Hulk przynajmniej od pierwszych minut wiedziała, czym chce być. Miała swoją konwencję, swój humor i swój pomysł. Można było tego nie cierpieć, ale serial nie spędzał całego sezonu na udowadnianiu, że jest zbyt dobry na materiał, którego nazwę ma w tytule.
Lanterns ma Hala Jordana, Johna Stewarta, Guya Gardnera, Sinestro, Green Lantern Corps, Manhunterów i cały kosmos możliwości, po czym przez osiem odcinków zachowuje się tak, jakby największym osiągnięciem było udowodnienie, że potrafi być czymś więcej niż serialem o Green Lanternie.
Dla mnie zrobił coś dokładnie odwrotnego. Pokazał, jak fatalny może być serial o Green Lanternie, kiedy jego twórcy najwyraźniej najbardziej chcą udowodnić, że Green Lantern nie jest im do niczego potrzebny.

PS: Jeżeli komuś nie spodoba się ta recenzja, niech odniesie się do konkretnych zarzutów, które postawiłem, a nie do ogólników w stylu nie zrozumiałeś serialu albo nie lubisz zmian. Mój problem nie polega na tym, że Lanterns różni się od komiksu, tylko na tym, co zmieniono, po co to zrobiono i czy te zmiany w ogóle mają sens.

