Recenzje
DEAD PLANET: zapomniane SCI-FI, które wyprzedziło LUDZKIE DZIECI i UCIECZKĘ LOGANA
W celu ograniczenia populacji światowe rządy wprowadzają zakaz prokreacji na, a jego złamanie skutkuje karą śmierci dla rodziców i noworodka. Dead Planet.
Dead Planet (znane również pod pierwotnym tytułem Z.P.G.) Michaela Campusa z 1972 roku to fantastyka naukowa o głęboko antynatalistycznym przekazie.
W bliżej niesprecyzowanej przyszłości ludzkość zmaga się z masowym wymieraniem gatunków, zanieczyszczeniem środowiska, niedoborami zasobów naturalnych i olbrzymim przeludnieniem. W celu ograniczenia populacji światowe rządy wprowadzają zakaz prokreacji na najbliższe trzydzieści lat, a jego złamanie skutkuje karą śmierci dla rodziców i noworodka. Aby stłumić w ludziach potrzebę posiadania potomstwa, parom oferuje się animatroniczne lalki dzieci. Russ i jego żona Carol nie godzą się na taki scenariusz: kobieta potajemnie zachodzi w ciążę, ale wkrótce o ich dziecku dowiadują się zazdrośni sąsiedzi.

Z.P.G. to skrót od Zero Population Growth, czyli zerowego przyrostu ludności – stanu równowagi demograficznej, w którym suma urodzeń i imigrantów jest równa sumie zgonów i emigrantów, a co za tym idzie, liczebność danej populacji pozostaje niezmienna. Za autora tej koncepcji powszechnie uważa się amerykańskiego socjologa i demografa Kingsleya Davisa, ale do jej popularyzacji bodaj najbardziej przyczynili się biolodzy Paul i Anne Ehrlichowie, którzy w 1968 roku wydali książkę The Population Bomb o zagrożeniach płynących z eksplozji demograficznej (założyli też organizację polityczną Zero Population Growth).
Scenariusz pióra Franka De Felitty i Maxa Ehrlicha powstał pod wpływem The Population Bomb, ale tytuł filmu Michaela Campusa jest mylący, bo w Z.P.G. nie chodzi o zrównoważenie liczebności populacji poprzez edukację, mądre planowanie rodziny i sprzyjające temu rozwiązania systemowe, lecz o jej radykalną redukcję za pomocą zgoła opresyjnych środków rodem z dystopii George’a Orwella i Aldousa Huxleya: surowego prawa, którego nieprzestrzeganie grozi likwidacją (skojarzenia z autorami Roku 1984 i Nowego wspaniałego świata potęgują też inne elementy filmu, np. ciągła inwigilacja obywateli).

Film został w całości zrealizowany w studiu w Kopenhadze na początku 1971 roku, a scenografia Tony’ego Mastersa miała oddać atmosferę posępnej tyranii przyszłości. Animatroniczne lalki dzieci stworzył Derek Meddings, późniejszy autor efektów specjalnych m.in. do sześciu filmów z serii o przygodach Jamesa Bonda i dwóch części Supermana. Dead Planet trafił jednocześnie do kin w USA i UK w maju 1972 roku, ale okazał się kasową porażką, choć Geraldine Chaplin dostała nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu filmowym w Sitges, zaś sam film był nominowany do Złotego Kłosa na festiwalu w Valladolid.
Dziś utwór Campusa spoczywa w zagraconym lamusie pęczniejącym od zapomnianej już fantastyki naukowej, jednakże z perspektywy czasu widać, jak prekursorski był to obraz wobec tematycznie zbliżonych Ucieczki Logana (1976) Michaela Andersona i Ludzkich dzieci (2006) Alfonso Cuaróna. Z.P.G. nie jest może zaginionym arcydziełem pokroju Człowieka-terminala (1974) Mike’a Hodgesa, lecz z pewnością stanowi bardzo interesujący przypadek filmu science fiction, który czyni zadość prognostycznym funkcjom gatunku. W tym wypadku idzie o konsekwencje wprowadzonego przez reżim zakazu rozmnażania się.

Pomimo niewielkiego budżetu twórcom udało się stworzyć przekonywający i wciągający świat sennego koszmaru rozgrywającego się na jawie. Gęsty smog spowijający miejskie ulice, którymi przemykają ludzie w maskach przeciwgazowych; imitująca prawdziwy pokarm breja wyciskana z tubek w restauracjach; interakcja ludzi z wielkoformatowymi ekranami telewizyjnymi, które pełnią rolę dzisiejszego internetu (umożliwiają nie tylko zdalne zakupy z dostawą do domu, ale i konsultację psychologiczną); wywołujące odczucie zwane doliną niesamowitości mechaniczne lalki zastępujące dzieci i tak dalej.
Jedna z najlepszych sekwencji Dead Planet toczy się w muzeum gromadzącym wypchane zwierzęta, stare samochody benzynowe i inne eksponaty z XX wieku, a więc sprzed katastrofy. Odwiedzający je goście mogą obejrzeć scenkę z codziennego życia odgrywaną na żywo przez aktorów (w tym Russa i Carol), a także zapoznać się z filmem dokumentalnym, w którym czynności w rodzaju pikniku za miastem czy niedzielnego obiadu ukazane są jako karygodny dowód na zepsucie, marnotrawstwo i krótkowzroczność dawnych ludzi; gdzie indziej wskazuje się winowajców obecnej sytuacji, wśród których znalazł się… papież.

To wszystko zapada w pamięć i sprawia, że widz może z łatwością wejść głęboko w przedstawiony świat. Na dodatek twórcy stawiają odbiorcę przed swego rodzaju dylematem moralnym – mogłoby się wydawać, że powinniśmy stać po stronie Russa i Carol w ich walce przeciwko despotyzmowi, lecz po głębszym namyśle sprawa nie przedstawia się już tak klarownie. Oto bowiem para decyduje się na powicie i wychowywanie dziecka w potwornej, beznadziejnej rzeczywistości, skazując je nie tylko na potencjalnie wielkie cierpienie, ale też – w razie ujawnienia tajemnicy – okrutną śmierć w męczarniach przez uduszenie.
Ten wątek jest szerszy i dotyka kwestii odpowiedzialności za człowieka, którego bez jego zgody powołało się na świat (już w V wieku p.n.e. Sofokles pouczał, że najlepszym losem jest w ogóle się nie narodzić). Powodowani bezmyślnym pędem ku rozrodowi Russ i Carol stawiają opór tyranii, nie zdając sobie sprawy, że ich decyzja pogłębia dokładnie ten sam problem, który doprowadził do powstania tak strasznego systemu. Finał jest tylko z pozoru happy endem – w rzeczywistości nie pozostawia żadnych złudzeń co do tego, jak lekkomyślne i egoistyczne było zachowanie tej pary. Zastanawiający film, który uwiera i zmusza do refleksji.

