Recenzje

DOLINA BOGÓW. Surrealistyczne światy Lecha Majewskiego

Lech Majewski przemienia filmową kamerę w pióro i pędzel, aby przedstawić światu obraz będący wyrazem jego inspiracji, fascynacji, trosk oraz lęków.

Autor: Przemysław Mudlaff
opublikowano

Napisać, że Lech Majewski to artysta nietuzinkowy, niezwykły oraz obdarzony nieskrępowaną wyobraźnią, to nic nie napisać. Oglądając jego filmy, czuję się mały, głupiutki i zdezorientowany. No bo ile jeszcze mądrych książek muszę przeczytać, ile razy oglądać filmy starych mistrzów kina, aby w pełni zrozumieć dzieła Majewskiego? Wreszcie twórca Angelusa (2001) wyciągnął do mnie pomocną dłoń. A przynajmniej tak odczytałem słowa Ewy Minge, która na konferencji prasowej Doliny Bogów zapowiedziała, że ów film będzie tworem bardziej komercyjnym od pozostałych w dorobku polskiego reżysera. W trakcie seansu szybko okazało się, że chodziło jej raczej o nazwiska hollywoodzkich aktorów występujących w Dolinie Bogów, a nie o łatwą przyswajalność dzieła.

Nie jest jednak tak, że jeśli czegoś na wstępie nie rozumiem, to od razu to odrzucam i wychodzę zdegustowany z kinowej sali. Lenistwo jest zresztą główną przyczyną niesprawiedliwego niedoceniania twórczości Majewskiego w Polsce. A szkoda, bo za trudną, wielopoziomową i jednocześnie piękną warstwą wierzchnią czai się w najnowszym dziele autora filmu Młyn i Krzyż (2011) całkiem jasny, czytelny i wdzięczny przekaz. Tak jest przynajmniej według mnie.

W Dolinie Bogów przeplatają się trzy wątki. Pierwszy przedstawia archaiczną i chtoniczną kulturę Indian Navajo zamieszkujących tytułową dolinę Valley of the Gods (w południowo-wschodniej części stanu Utah). Drugi motyw ukazuje – na zasadzie kontrastu do wyżej wymienionego wątku – historię najbogatszego człowieka świata, Wesa Taurosa (John Malkovich), który w dość niekonwencjonalny sposób pragnie poradzić sobie z utratą żony i córki (tragiczny wypadek), a ponadto zamierza wykupić Dolinę Bogów, aby eksploatować rudy uranu. Trzeci wątek łączy motywy Taurosa i Indian Navajo osobą narratora, Johna Ecasa (Josh Hartnett), pisarza, biografa bogacza. Ecas jest początkowo zafascynowany Taurosem, jednak coraz bardziej pragnie powrotu do znanej sobie rzeczywistości, chociaż nie jest ona dla pisarza łaskawa.

Valley of the Gods wygląda trochę, jak gdyby Bóg skończył jej tworzenie w piątym dniu swojej pracy.

Dla Majewskiego Dolina Bogów jako miejsce jest tyleż samo piękne i czyste, co surrealistyczne. Valley of the Gods wygląda trochę, jak gdyby Bóg skończył jej tworzenie w piątym dniu swojej pracy, co buduje ekologiczne przesłanie filmu. Podobnie ma się sprawa kultury i mitologii Indian Navajo, których elementy według reżysera zawstydziłyby słynnych francuskich nadrealistów, ale są jednocześnie niezwykle fascynujące, skromne i naturalne. Zresztą Majewski nie opowiada tu tylko o praktykowanych po dziś zwyczajach największego plemienia indiańskiego Ameryki Północnej. Motyw rosnącej skały przewija się przecież również w mitologii hetyckiej Anatolii, co niejako powoduje, że Dolina Bogów ostrzega cały świat, a nie tylko USA. Dzieło Majewskiego uznaję bowiem również za przestrogę dla naszej cywilizacji, choć może na ostrzeżenia już za późno. Współczesna mitologia bogactwa, która pozwala krezusowi na wybudowanie doskonałej kopii rzymskiej fontanny di Trevi lub wynajęcie kobiety przypominającej zmarłą tragicznie żonę, jest równie absurdalna, co wbijanie patyków przez Indianina wkoło góry, żeby ta się nie przesunęła. Podskórnie jednak czuje się, że działalność tego drugiego nie nosi znamion żadnej skazy, jest czysta i nikogo nie krzywdzi. Wybryki bogacza są natomiast wyłącznie efekciarskie i wstydliwe. Przypominają zresztą działalność baśniowej postaci Charles’a Perraulta, Sinobrodego.

W Dolinie Bogów czuć fascynację Majewskiego starymi mistrzami kina. Fellini, Buñuel, Welles to nazwiska, do których nawiązania widoczne są zarówno na poziomie fabularnym, jak i wizualnym. Enigmatyczność obrazu wskazuje z kolei na twórczość Davida Lyncha. Warto również napisać choć słowo o efektownej obsadzie, którą skompletował Majewski. Na największe brawa zasługuje tu John Malkovich, który wręcz idealnie pasował do roli ekscentrycznego i nieco tajemniczego bogacza. Przeplatające się kontrastujące wątki, odległość lokacji, nazwiska obsady, rozmach inscenizacyjny czy efekty specjalne każą twierdzić, że najnowszy obraz Majewskiego kosztował krocie. Reżyser nie jest jednak Taurosem, więc braki finansowe musiał w jakiś sposób tuszować. Czasami się udawało, a czasami nie.

Dolina Bogów to skomplikowany, wielopoziomowy twór. Nie należy jednak się poddawać, lecz kontemplować go i smakować. Lech Majewski przemienia tutaj filmową kamerę w pióro i pędzel, aby przedstawić światu czytelny obraz będący wyrazem jego inspiracji, fascynacji, trosk oraz lęków.

Ostatnio dodane