Recenzje

BEJRUT. Negocjator mimo woli

„Bejrut” angażuje, choć nie ekscytuje – sensacyjne kino napędzane dialogiem, nie zaś akcją. Plus świetny Jon Hamm w roli głównej.

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Pre-Bourne

Przyjemność z oglądania takich filmów jak Bejrut, sensacyjnego kina osadzonego w nie tak dalekiej przeszłości, na tle działań wojennych i wywiadowczych, bierze się z pewnej nostalgii za czasami, gdy technologia nie była jeszcze tak rozwinięta jak dziś i aby kogoś wytropić lub pokonać, należało to zrobić samemu, tzn. bez pomocy komputerów, dronów czy możliwych do namierzenia telefonów komórkowych. Film wyreżyserowany przez Brada Andersona łatwiej jest utożsamić z jego scenarzystą, Tonym Gilroyem, odpowiedzialnym m.in. za skrypty do czterech części przygód Jasona Bourne’a. W przeciwieństwie do „bourne’ów” nowe dzieło stawia jednak na dialog. Jest tu on równie efektownym narzędziem – jeśli nie bardziej – co broń w rękach słynnego agenta bez pamięci.

Rzecz dotyczy próby odbicia wysokiego rangą oficera CIA z rąk palestyńskich terrorystów w Bejrucie w roku 1982. Dosyć nieoczekiwanie negocjatorem ma zostać Mason Skiles (Jon Hamm), były zastępca amerykańskiego ambasadora, znający miasto jeszcze sprzed wybuchu wojny domowej, obecnie pogrążony w alkoholizmie mediator w sporach handlowych. I choć już w prologu widzimy Skilesa w sytuacji, która doprowadziła tego człowieka sukcesu do kompletnej ruiny, przemilczę szczegóły tragedii, głównie dlatego, że to właśnie osoby z przeszłości głównego bohatera mają swój czynny udział w aktualnych wydarzeniach. Po przylocie do Bejrutu Mason przekonuje się, że zna zarówno porwanego, jak i jego porywacza, akcja ratunkowa może zaś być nie na rękę pewnym osobom, z którymi ma współpracować. Komu jednak zaufać?

Reżyser woli pogłębiony rysunek postaci od rozbudowanych, widowiskowych sekwencji; najlepiej wychodzą mu sceny, kiedy widzimy Skilesa w jego naturalnym środowisku – w barze przy którymś z kolei kieliszku bądź podczas negocjacji, gdy wykazuje się nieprzeciętnym intelektem.

Gilroy buduje solidne fundamenty pod właściwą akcję filmu – zdając sobie sprawę z dosyć oklepanego motywu ostatniego sprawiedliwego, w którego nikt już nie wierzy, umieszcza go w sytuacjach świeżych bądź po prostu podanych nam w niebanalny sposób. Jak wtedy, gdy otrzymuje propozycję powrotu do Libanu (jeszcze bez szczegółów swojej misji) od człowieka, któremu pomagał w negocjacjach dotyczących… wymiany barterowej w sprzedaży światłowodów. „Mamy wspólnych przyjaciół w Waszyngtonie”, tłumaczy. Za pomocą bardzo oszczędnego, ale precyzyjnego dialogu Gilroy rysuje relację zaskakującą w swej przypadkowości, jednocześnie ostrzegając swojego bohatera, aby zważał na wszystkich „przygodnych” ludzi, jakich napotka na swojej drodze. Ale również na tych, którzy tylko pozornie są po tej samej stronie.

Urzędnicy Departamentu Stanu (Shea Whigham oraz Dean Norris) wydają się mieć swoje własne, ukryte cele, pilnująca Masona agentka CIA (Rosamund Pike) jest niezbyt do niego przekonana, a i ją trudno uznać za kogoś godnego zaufania, Izrael – choć przecież sojusznik Stanów Zjednoczonych – bardziej utrudnia zaś, niż pomaga. Niepozbawiony uproszczeń i spodziewanych rozwiązań scenariusz znajduje swą siłę w szczegółach budujących fasadę przedstawionego świata, a później ujawniających prawdziwy stan rzeczy. Także w umiejętnym prowadzeniu głównego bohatera i widzów przez plątaninę sprzecznych celów i motywów innych postaci. Jedną z najlepszych scen jest ta, w której Skiles stara się dowiedzieć, komu może zaufać, w dialogu niemożliwym do przetłumaczenia na język polski (film można już obejrzeć na platformie Netflix i niestety tamtejsze tłumaczenie pozbawione jest dwoistości oryginału, co sprawia, że sens rozmowy jest praktycznie utracony).

Reżyseria Andersona jest rzetelna, acz nie uatrakcyjnia sensacyjnej przecież historii. Poniekąd wynika to z ograniczeń samego tekstu, popychającego fabułę dialogiem, ale niekoniecznie akcją. Gdy ta się sporadycznie pojawia, sprawia bardziej wrażenie przerywnika między rozmowami bohaterów niż kluczowego elementu filmu. Inna sprawa, że Anderson, twórca znany z psychologicznych dreszczowców (Dziewiąta sesja, Mechanik), woli pogłębiony rysunek postaci od rozbudowanych, widowiskowych sekwencji; najlepiej wychodzą mu sceny, kiedy widzimy Skilesa w jego naturalnym środowisku – w barze przy którymś z kolei kieliszku, bądź podczas negocjacji, gdy wykazuje się nieprzeciętnym intelektem.

Również tytułowy Bejrut jest dużo lepiej opisany niż pokazany – za pomocą kilku zdań dostajemy obraz skomplikowanego świata, w który aż chciałoby się bardziej zanurzyć. Historia miasta, jak i całego kraju, oraz konfliktu, który doprowadził go do ruiny, jest tu jednak zaledwie tłem dla rozgrywki pomiędzy różnymi nacjami i wywiadami oraz dla starań jednego człowieka, aby powstrzymać kolejny rozlew krwi. Refleksja twórców na temat niemożliwości dojścia do porozumienia każdej ze stron jest ledwie widoczna.

Nad całością czuwa jednak Jon Hamm w roli Skilesa, bezbłędnie łącząc inteligencję i styl z pijackim wizerunkiem człowieka zbyt honorowego, aby mógł odpuścić. Stawka w tej grze jest zaskakująco osobista, a na tle krwawej historii być może nie tak wiele znacząca, jak chcieliby twórcy, ale to właśnie dzięki Hammowi i sprytowi, w jaki wyposażył głównego bohatera Gilroy, Bejrut angażuje, ukazując prebournowskie pojęcie szpiegowsko-politycznego tyglu. Nie bez satysfakcji, choć z deficytem emocji.

Ostatnio dodane