Recenzje

ANNIE HALL. Sztuka życia w nędzy

Allen o wszystkim, co nie daje mu spokoju, czego się boi, czego pragnie i od czego ucieka.

Autor: Maciej Niedźwiedzki
opublikowano

Zarazem pacjent i terapeuta

Annie Hall jest moim pierwszym filmem Woody’ego Allena. Pierwszym w kolejności chronologicznej, bo od niego zacząłem poznawać przepastną filmografię nowojorczyka. Pierwszym w mojej pamięci, bo jeśli tylko przed oczami przemknie mi wizerunek Allena, to momentalnie wracają do mnie sceny z Annie Hall. Najczęściej te komediowe i prześmiewcze. Pojedynek z krabami, dwa dowcipy z prologu (i to szarobure tło!), epizod Christophera Walkena czy obiad u rodziców Annie, retrospekcja o eks tytułowej bohaterki. Annie Hall to też pierwszy film w moim rankingu sympatii. To za sprawą celności puent, zgryźliwości żartów czy błogiej modernistycznej gry.

Niejednorodna, zaskakująca narracja sprawia, że Annie Hall, mimo ponad czterdziestu lat na karku, pozostaje kinem nowoczesnym i nowatorskim.

To też dla mnie film klucz do całej twórczości Amerykanina. Allen zawarł w Annie Hall wszystko to, co nie daje mu spokoju, czego się boi, czego pragnie i od czego ucieka. Jeśli więc są gdzieś szczęśliwcy, którzy nie zetknęli się jeszcze z ani jednym jego filmem, to każdemu z nich bez zastanowienia podpowiem: „w pierwszej kolejności sięgnijcie po Annie Hall!”.

Alvy Singer (Woody Allen), nowojorski stand-uper i komik, zakochuje się w Annie (Diane Keaton), znajomej jego przyjaciela. To charakterna, nietuzinkowa dziewczyna, stawiająca pierwsze kroki w karierze wokalistki. Alvy i Annie poznają się, kłócą, spierają, rozstaja, kochają, powracają, docierają się, przyjaźnią i siebie unikają. Niby nic więcej ponad stały tematyczny repertuar kina obyczajowego. O  niepowtarzalnej jakości Annie Hall świadczy jednak nie tyle “co”, ile “jak”.

Przy każdym kolejnym seansie fascynuje mnie rozchwiana (ale finalnie jakże spójna!) narracyjna struktura tego filmu. Allen bierze bowiem na warsztat swojego bohatera absolutnie w całości, jednocześnie skrupulatnie rozkładając go na czynniki pierwsze. Dlatego właśnie tak swobodnie podchodzi do chronologii zdarzeń. Singer w tym samym czasie opowiada o tym, co jego związek cementowało, jak i o tym, co stanowiło o jego stopniowym rozkładzie. Już w początkowych scenach dowiadujemy się o rozstaniu z Annie i depresyjnym dzieciństwie. Alvy Singer nie ma przed nami nic do ukrycia. Jego wyobraźnia i pamięć pracują na najwyższych obrotach. W ten sposób będzie w stanie wszystko sobie w głowie poukładać. Pogodzić z porażką? Na pewno zidentyfikować i zmierzyć się z chwilami, gdy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli.

Bo Annie Hall ma w sobie sporo goryczy. Alvy Singer jakby naprawdę wierzył, że życie dzieli się na okropne i nędzne. Jego cynizm pozwala mu jednak obrać dystans, niepowodzenie obrócić w żart. W niektórych momentach jest jednak bezradny. Jak w przejmującej scenie seksu, gdy jego ukochana Annie jako duch opuszcza swoje ciało (bo, jak uważa, tylko jego Alvy pożąda) i siada na krześle obok łóżka. Singer lubi też się torturować, choć oczywiście nie mówi tego otwarcie. Jeśli decyduje się na wypad do kina, to wybiera czterogodzinny, czarno-biały dokument o nazistach. Chodząc po mieście i słuchając ludzi, zawsze doszukuje się podtekstów i opresji. Jest przecież Żydem i za żydostwo chce się czuć atakowany i wyrzucany na margines. Finansowy i artystyczny sukces, popularność, rozdawanie autografów, powodzenie i świadomość osobistego uroku nie sprawiają, że może sobie pozwolić na przerwanie walki o status ofiary. Zawsze będzie stawiał się w pozycji kontra: ja kontra uczniowie idioci, ja nowojorczyk kontra Kalifornia, ja indywidualista kontra życie rodzinne, ja Żyd kontra wszechobecni antysemici. Żyć nędznie trzeba umieć! To dopiero prawdziwa sztuka.

Właśnie, a propos sztuki. Ona jest dla Alvy’ego jedynym antidotum i ratunkiem. W jej ramach da się odtworzyć sytuacje z życia i je skorygować, wrzucić na właściwe tory. Jeśli happy end, to tylko na scenie. Singer przepisuje więc swoje perypetie z Annie, dając im szczęśliwe zakończenie. To może nie całkowite ukojenie, ale zapewnia mu ono niekrytą satysfakcję. Modyfikowanie i poprawianie rzeczywistości rozgrywa się również na poziomie meta. Alvy Singer niejednokrotnie zwraca się bezpośrednio do widzów i zaburza porządek przedstawionego świata (kłótnia Alvy’ego z profesorem w kolejce w kinie; dorosły Singer pojawiający się w szkolnej ławce). Singer jest świadomym uczestnikiem i panem filmowej narracji. Zręcznie operuje jej językiem i wprowadza konieczne dla siebie didaskalia. Bo przecież może. Bo w ten sposób usprawiedliwi się przed widzem, ale przede wszystkim przed samym sobą.

Niejednorodna, zaskakująca narracja sprawia, że Annie Hall, mimo ponad czterdziestu lat na karku, pozostaje kinem nowoczesnym i nowatorskim. Zwodnicza linia fabularna sprawia, że film Allena przypomina strumień świadomości: nieskrępowany i dygresyjny, a przy tym całkowicie otwarty, nieunikający krępujących tematów i intymności. Dzięki temu Alvy’ego Singera znam tak dobrze jak mało którego innego filmowego bohatera.

Annie Hall to szczera spowiedź wstydliwego seksoholika, neurotyka-mizantropa, komika-katastrofisty, pacjenta i terapeuty. Alvy Singer przejmuje się tym, na kogo wyrósł, ale też doskonale wie, kim jest, z jakiej gliny jest ulepiony. Zna swoje słabe punkty. Uodpornił się na stratę. To najważniejsza lekcja, jaką otrzymał od Annie Hall.

Ostatnio dodane