W 2005 roku Marvel był firmą, która ledwo wyszła z bankructwa i wyprzedawała prawa do własnych postaci, bo nie miała za co kręcić filmów.
Kiedy serial TO: Witajcie w Derry został po raz pierwszy zapowiedziany, wielu widzów podchodziło z pewnym sceptycyzmem do przyjętej koncepcji adaptacji.
Po zakończeniu The Expanse wielu fanów chciało dalszego ciągu. Powstały pod nadzorem autorów The Expanse: Dragon Tooth wypełnił tę lukę.
Ledwo potwierdzono, że Prime zaadaptuje na mały ekran Mass Effect, a już zaczęły się spekulacje jaki będzie, do czego będzie podobny, do czego nie, etc.
Ok, Fallout odniósł ogromny sukces, nie można powiedzieć, ale na każdy taki tytuł przypada dziesięć skasowanych potencjałów pokroju Paper Girls
Paradise udowadnia, że Hulu (u nas Disney+) też potrafi tworzyć prawdziwe perełki gatunku science fiction, choć odjechana fabuła nie każdemu "podejdzie".
Jednym z bardziej zapomnianych dokonań Ridleya Scotta jest miniserial z 2008 roku Andromeda Strain (po naszemu nieco łopatologiczne Andromeda znaczy śmierć).
Być może najlepsza adaptacja serii o wampirach została przeniesiona na ekran przez człowieka, który sam ją stworzył. Chodzi o The Strain (u nas Wirus).
Anioł ciemności okazał się mrocznym, pełnym konfliktów dramatem, w którym granica między dobrem a złem nigdy nie była jednoznaczna.
To nie jest Odyseja Homera. To jest Odyseja Nolana. Żeby udźwignąć taki materiał, trzeba mieć serce, wyobraźnię i odrobinę zdolności do zachwytu.