Dobrze, że takie filmy jak „Georgie…” istnieją – nawet jeżeli londyńskie blokowiska wydają się po nich bardziej kolorowe, niż są w rzeczywistości.
Sztukę tworzy się tu między poranną kawą a obiadem, niesatysfakcjonującą pracą a kąpielą w zimnej wodzie.
Skromny, ale elegancki styl okazuje się pochodną charakterystyki głównego bohatera.
Jest coś terapeutycznego w widoku biegnącego, pokonującego niezliczone przeszkody Toma Cruise'a.
Herzog konsekwentnie unika w wywiadach takich określeń jak „artysta” czy „filmowiec”. Zamiast tego woli mówić o sobie: „żołnierz kina”.
Z odkopanymi po czterdziestu latach zwłokami jest jeden podstawowy problem: okropnie cuchną i prezentują się gorzej niż matka Normana Batesa.
Jako nastolatek byłem Iron Manem, Kapitanem Ameryką i Avengersami zafascynowany. Dzisiaj czuję przesyt – kino superbohaterskie, realizowane od linijki i bez polotu, przestaje mnie interesować.
Norwegowie Triera boją się dorosłości. Zagubieni we współczesnym świecie, niezdefiniowani, wszechstronnie utalentowani, a jednocześnie niewierzący we własne umiejętności.
Oglądanie przygód D'Artagnana, Atosa, Aramisa i Portosa to czysta przyjemność – ale do czasu. Do czasu, aż do gry nie wkracza czwarty, przez nikogo nieoczekiwany muszkieter:...
Młodzieżowym słowem roku jest tutaj „przejebongo” odmieniane przez wszystkie przypadki, każdorazowo powodujące na twarzy widza grymas wewnętrznego bólu.