Publicystyka filmowa
Gdy w Hollywood BRAKUJE WYOBRAŹNI, czyli bliźniacze filmy z TEGO SAMEGO roku
Hollywood wciąż zaskakuje, serwując bliźniacze filmy z TEGO SAMEGO ROKU. Odkryj zjawisko „twin movies” i ich intrygujące historie!
Hollywood uwielbia wchodzić kilka razy do tej samej rzeki. Pomijając sequele, prequele, spin-offy i remaki, to zdarza się, że raczą nas podobnymi fabułami w przeciągu jednego tylko sezonu. Wbrew pozorom modne ostatnio u nas „nie pomyl filmu” to zjawisko dość częste i z długą historią. Zyskało sobie nawet fachowy termin w branży – tak zwane twin movies. Za pierwszy taki dublet zwykło się uważać Przeminęło z wiatrem oraz Jezebel, które to powstało tylko dlatego, że Bette Davis nie dostała roli Scarlett O’Hary.
Najsłynniejszym przykładem jest natomiast kosmiczny meteor, który w 1998 roku miał uderzyć w Ziemię wpierw w Dniu zagłady, a następnie w Armageddonie. Sam trend na dobre rozwinął się natomiast w latach 80., od których tym samym zaczniemy…
Skowyt / Wilkołaki / Amerykański wilkołak w Londynie (1981)
Początek tej dekady to panowanie różnych form likantropii, która nawiedzała świadomość widowni aż trzykrotnie w przeciągu zaledwie pięciu miesięcy. Z tej trójki najsłabiej wypadł ten najbardziej poważny, czyli Wilkołaki, które nawet nie zdołały zwrócić kosztów. I choć wszystkie trzy uzyskały swego czasu pochlebne opinie, także i ten tytuł stoi obecnie w cieniu swoich bardziej rozrywkowych, a pod względem realizacji wręcz przełomowych kolegów. To jednak i tak dość rzadki przypadek ugryzienia tego samego tematu na mocno odmienne sposoby – horror, kryminał, komedia – z których każdy wart jest uwagi.
Top Gun / Żelazny Orzeł (1986)
U schyłku zimnej wojny nie tylko Tom Cruise latał myśliwcem – czynił to także dziś praktycznie już nieznany Jason Gedrick.
Co więcej, zrobił to jako pierwszy, gdyż jego film zadebiutował na pięć miesięcy przed hitem Tony’ego Scotta. Mimo to i tak wypadł jak jego młodszy, mniej popularny brat, nawet nie zbliżając się do tego samego pułapu sławy. Żeby jednak było śmieszniej, po odbiciu sobie nieco na rynku VHS, to właśnie Żelazny Orzeł pociągnął za sobą aż trzy sequele. Znamienne przy tym, że starał się też opowiedzieć o podobnych sprawach w nieco bardziej przyziemny sposób.
K-9 / Turner i Hooch (1989)
Na parę lat przed Psami Władysława Pasikowskiego Hollywood dwukrotnie zaserwowało swoją wersję policyjnej rutyny – oczywiście na wesoło i z autentycznymi czworonogami.
Pies służył więc wpierw u boku Jima Belushiego, a trzy miesiące później bratał się z Tomem Hanksem. Rasy kudłaczy były różne, podobnie jak i budżety oraz odbiór tych produkcji, z których nieznacznie sympatyczniej wypada ta druga. Niemniej wpływy okazały się w obu przypadkach równie wysokie, co pchnęło wytwórnie do częstszego inwestowania w psie projekty, których w kolejnej dekadzie nastąpił prawdziwy wysyp. Wtedy też K-9 doczekało się pełnoprawnych sequeli, acz już wprost na rynek DVD.
Otchłań / Lewiatan / Obcy z głębin (1989)
Tak jak wilkołaki otwierały lata 80., tak z przytupem zakończyły je podwodne wojaże. Łącznie powstało w tym samym roku aż pięć tego typu produkcji, z których dwie pozostałe – Zabójczy skarb oraz Lords of the Deep – szczęśliwie są u nas anonimowymi tytułami klasy C i niższej. Oczywiście bezkonkurencyjna okazała się efektowna przygodówka Jamesa Camerona, mimo iż do kin trafiła jako ostatnia z kolei. Jej ewidentnie wyższy poziom realizacji oraz lepsza, bardziej przemyślana fabuła skazała pozostałe filmy na szufladkę grzesznych przyjemności ery kaset wideo, gdzie słusznie pozostają schowane po dziś dzień. Co ciekawe, po latach Cameron podpisał swoim nazwiskiem inny podwodny film ochrzczony również tytułem Obcy z głębin.
Robin Hood: Książę złodziei / Robin Hood (1991)
Raczej mało kto dziś wie bądź nie kojarzy, że w Roku Pańskim 1991 nakręcono nie jeden, ale dwa filmy o banicie z Sherwood. Wersja z Kevinem Costnerem oczywiście zawojowała box office, skupiając na sobie całą uwagę kinomanów. Ale miała ułatwione zadanie, gdyż drugi Robin Hood – mniejszy, tańszy, europejski i… z wąsem – ostatecznie skończył na… małym ekranie, gdzie miesiąc przed premierą konkurenta mógł stanowić dla niego zaledwie zwiastun. Nie powinno więc dziwić, że łatwo został zapomniany, podczas gdy wersja z USA przeszła do historii. Szkoda, bo to właśnie to skromniejsze widowisko jest wierniejsze realiom i bardziej wiarygodne, zatem stanowi ciekawą alternatywę dla rozbuchanej przygodówki zza oceanu.
1492: Wyprawa do raju / Kolumb odkrywca (1992)
Zaledwie rok później mamy bardzo podobną sytuację, choć tym razem usprawiedliwioną obchodami 500-lecia odkrycia Ameryki przez włoskiego podróżnika. Pomimo odmiennych tytułów ich zbliżona data premiery wprawiła wielu widzów w konsternację. A ponieważ oba kosztowały równie dużo, żadnemu nie wyszło to na dobre i ani jeden nie przyniósł zysków. Niemniej ciut lepiej w ogólnym rozrachunku wypadła wersja Ridleya Scotta, z legendarną już ilustracją Vangelisa oraz chwaloną wszem i wobec rolą Gérarda Depardieu. Tymczasem Kolumb odkrywca zebrał garść nominacji do Złotych Malin i szybko przepadł w odmętach świadomości.
Strefa zrzutu / Na granicy ryzyka (1994)
Zdarza się, że niezależnie od siebie powstaje dokładnie ten sam pomysł. Tak było właśnie w tym wypadku, gdzie dwóch profesjonalnych spadochroniarzy zgłosiło się do producentów z propozycją realizacji dziejącego się w przestworzach kina akcji. Oba wylądowały w kinach w okresie jesienno-zimowym i sygnowane były wówczas gorącymi nazwiskami gwiazd. I oba… roztrzaskały się z klasą, stając się idealną definicją kasowych porażek oraz typowych produktów klasy B ubranych w efektowne ciuszki blockbusterów. Po latach dalej trudno jednoznacznie wskazać bardziej rozrywkowego faworyta. Bywa i tak.
Babe – świnka z klasą / Świnka Gordy (1995)
Najwyraźniej jedna gadająca wieprzowinka to za mało. Tak pewnie myśleli Hollywoodzcy włodarze, wypuszczając na świat bliźniaczo podobne przygody trzody chlewnej. Pierwszy wyrwał się prosiaczek Gordy, lecz szybko okazało się, że stanowi jedynie przystawkę dla niesfornej, różowiutkiej Babe.
Liczby mówią tu za siebie – świnka z klasą zebrała blisko trzysta milionów dolarów i była nominowana do aż siedmiu Oscarów, ostatecznie zdobywając statuetkę za najlepsze efekty specjalne. Gordy natomiast wyciułał od publiki zaledwie cztery bańki i otrzymał masę negatywnych recenzji. To się nazywa zrobić świński interes.
Braveheart / Rob Roy (1995)
W tym samym roku kinowe ekrany zawojowała Szkocja. W przeciągu tylko jednego miesiąca odbyły się premiery dwóch eposów historycznych o bohaterach ubranych w kilt. Ten pojedynek przez nokaut wygrał film Mela Gibsona, który prędko stał się współczesną klasyką. Skromniejsza produkcja z udziałem Liama Neesona ledwo zdołała na siebie zarobić, choć jako pierwsza ujrzała światło dzienne. Niemniej obie są na tyle od siebie różne i mimo mieszania faktów z fikcją tak samo udanie trzymające fason szkockiej kraty, że jedna i druga jest warta uwagi.
Co ciekawe, w obu filmach, acz w innych rolach, wystąpił Brian Cox, któremu udało się przekonać producentów do tego, że jego podwójny udział nie będzie konfliktem interesów. Dlatego w Braveheart skryty jest za oszpecającą go charakteryzacją.
Wulkan / Góra Dantego (1997)
Kino katastroficzne często idzie w parze. Pod koniec lat 90. ktoś uznał, że nie tylko asteroidy, ale i wulkany idealnie nadają się do straszenia publiczności. I tak na wiosnę 1997 roku przed katastrofą ekologiczną ratowali nas: ówczesny James Bond oraz Tommy Lee Jones. Pierwszy z nich wybrał do tego naturalne plenery, a drugi ścigał się z lawą po ulicach Los Angeles. Żaden nie zdołał jednak przekonać do siebie widowni. Oba widowiska przegrały zarówno ze sobą – choć nieco więcej pieniędzy zarobił Dante i jego góra – jak i z Titanikiem Jamesa Camerona. Oba także równie szybko stopiły się w obliczu mijającego czasu. No cóż…
Mrówka Z / Dawno temu w trawie (1998)
Szeroko opisywane w prasie starcie pomiędzy Disneyem i Dreamworks. I to starcie dosłowne, bo szefostwo i jednej, i drugiej firmy niemal skakało sobie do gardeł. Kością niezgody była tu osoba Jeffreya Katzenberga, który odchodząc z Disneya i zakładając własną korporację, miał ponoć wykraść pomysł na film o mrówkach. Jakby tego było mało, facet dosłownie przyspieszył premierę swojego dzieła, aby sprzątnąć sprzed nosa byłych kolegów trochę dolarów. Prawda oczywiście leży gdzieś pośrodku, a oba filmy na tyle kontrastują ze sobą pod względem historii oraz stylu, że tym razem konkurencja wyszła widzom na dobre. Wprawdzie przeznaczony dla nieco młodszej publiczności film Disneya zarobił trochę więcej gotówki, lecz obie produkcje okazały się komercyjno-artystycznymi sukcesami.
Misja na Marsa / Czerwona Planeta (2000)
W 1997 roku sonda Pathfinder wylądowała na Marsie, co miało być początkiem eksploracji Czerwonej Planety. Pobudziło to wyobraźnię filmowców i już trzy lata później w kinach oglądać można było dwa filmy poświęcone przyszłej kolonizacji naszego sąsiada. Pierwszy wystrzelony został film Briana De Palmy, co sprawiło, iż przykuł niemal całą uwagę zainteresowanych tematem.
Dokładnie pół roku później na orbitę trafiła misja Antony’ego Hoffmana – dostatecznie spóźniona, by jakkolwiek się sprzedać, i w rezultacie do dziś pozostaje jedynym filmem tego reżysera. Inna sprawa, że obie produkcje poległy sromotnie w kinowych kasach, generując głównie negatywne opinie i tym samym na dobrą dekadę zabijając motyw marsjańskich snów Hollywood.
Córka prezydenta (2004)
Polscy dystrybutorzy nie mieli żadnych skrupułów, tłumacząc Chasing Liberty i First Daughter dokładnie tak samo. I w sumie trudno im się dziwić, bo to praktycznie ta sama historyjka o romantycznych uniesieniach latorośli najważniejszej osoby w USA, chcącej za wszelką cenę wyrwać się spod restrykcyjnej ochrony.
Oryginalności w tym za grosz, toteż ani jeden z tych filmów sukcesem nie był, udowadniając, że czasem więcej oznacza mniej. Żeby było śmieszniej, to w tym samym roku do kin wszedł także Spartan, w którym córka prezydenta zostaje porwana. Najwyraźniej jednak nie jest to bohaterka jakkolwiek elektryzująca odbiorców, ponieważ i to dzieło było finansową klęską.
Zejście / Jaskinia (2005)
Na pierwszy rzut oka amerykański film o dramatycznej walce o przeżycie wśród zapomnianych przez Boga, a zamieszkałych przez potwory jaskiń wydaje się nędzną imitacją brytyjskiego horroru o tej samej fabule. Ale to właśnie jankesi zaczęli kręcić jako pierwsi. Jakież musiało być więc ich zdziwienie, kiedy okazało się, że wyspiarze nie tylko prześcignęli ich z premierą swojego dzieła, ale też wysmażyli o wiele lepsze filmidło, które z miejsca wskoczyło na listy najlepszych straszaków wszech czasów, zarabiając również krocie przy relatywnie niskim budżecie. Za to Jaskinia zwyczajnie przepadła. I tak w rzeczy samej ostatni byli pierwszymi.
Iluzjonista / Prestiż (2006)
To nie magia, lecz marketing zadecydowały o tym, że w odstępie trzech miesięcy można było obejrzeć dwa filmy prawiące o sztukmistrzach z XIX wieku. Szczęśliwie w tym wypadku tylko tematyka pozostaje ta sama, bo reszta jest diametralnie inna pod każdym względem i w dodatku tak samo dobra. Żaden film nie zdołał więc zaczarować drugiego i jakkolwiek to hit Christophera Nolana zebrał więcej pieniędzy, uwagi oraz fanów, oba były względnie dużymi sukcesami kasowymi, otrzymując głównie pozytywne opinie od widzów i krytyków.
Warto zarazem wspomnieć, że w tym samym roku również Woody Allen wyprodukował rzecz oscylującą wokół magicznych sztuczek, gdzie też zagrał Hugh Jackman – Scoop. (hat)trick.
To tylko seks / Sex Story (2011)
Na początku obecnej dekady studia Paramount i Screen Gems postanowiły skupić się na przygodnym seksie młodych ludzi. Efektem tego prawdziwy… cóż, burdel. Abstrahując od polskich tłumaczeń tych filmów, pierwszy z nich miał – zupełnym przypadkiem! – nosić dokładnie taką samą nazwę, co jego późniejszy o pół roku konkurent, więc w ostatniej chwili dokonano zmiany w tej kwestii (Friends with Benefits stało się tym samym No Strings Attached). Gwiazdorskim obsadom obu tych produkcji udało się jednak przyciągnąć do kin publikę niezależnie od siebie i przy podobnych kosztach produkcji zarobiły niemalże tyle samo pieniędzy. A później zostały jednakowo zapomniane…
Królewna Śnieżka i Łowca / Królewna Śnieżka (2012)
Lustereczko, przyznaj przecie, że żadna z tych Śnieżek nie jest najpiękniejsza na świecie. Ale przynajmniej wypuszczone w ciągu dwóch miesięcy filmy prezentują zdecydowanie odmienne spojrzenie na znaną baśń. Jeden to widowiskowy blockbuster z elementami akcji za dużą kasę, podczas gdy drugi reprezentuje bardziej klasyczną wersję wydarzeń ubranych w wyjątkowo kolorowe ciuszki. Jeden doczekał się prequelo-sequela (ano!), a drugi otrzymał nominację do Oscara za kostiumy. Oba wypadły przy tym równie przeciętnie w kwestii finansów oraz krytyki i każdy ma tyle samo plusów, co minusów. Zatem remis.
Hitchcock / Dziewczyna Hitchcocka (2012)
Nawet jeśli pozornie każdy z tych filmów oparty został na innej książce i dotyczy innego rozdziału z życia słynnego reżysera – w Hitchcocku obserwujemy go w trakcie prac nad Psychozą, a w The Girl (tytuł oryginalny) zajęty jest on Ptakami – to nie ma przypadku w ich zbliżonej premierze. To drugie dzieło jest przy tym produkcją telewizyjną, która zadebiutowała na małym ekranie tuż przez swoim kinowym konkurentem. Ale i tak przegrało z nim sromotnie na każdej płaszczyźnie, a dodatkowo spotkało się z naprawdę ostrą krytyką inscenizacji wydarzeń oraz postaci.
Za największego przegranego można uznać wcielającego się w mistrza suspensu Toby’ego Jonesa, który kilka lat wcześniej również odczuł smak porażki, gdy jego portret Trumana Capote’a z Bez skrupułów zabiła starsza o rok wersja Philipa Seymoura Hoffmana w Capote. Auć!
Olimp w ogniu / Świat w płomieniach (2013)
W duchu kina akcji lat 80. postanowiono na przestrzeni czterech miesięcy dwukrotnie zaatakować Biały Dom. W obu przypadkach oryginalności nie było za grosz, ale zdecydowanie lepiej wypadło pierwsze uderzenie – i to pomimo faktu, że najważniejszy budynek Ameryki jest tam broniony przez.
.. Szkota. Szybsza premiera, brak dłużyzn oraz o połowę mniejsze koszty produkcji zrobiły swoje i mimo ostrej krytyki to właśnie dzieło Antoine’a Fuqua doczekało się sequela oraz miejsca w sercu każdego fana staroszkolnej akcji. Niby niewiele, ale wersja Rolanda Emmericha już się tym poszczycić nie może…
Epidemia / The Hot Zone (1995)
Na koniec swoisty bonus. Oto w połowie lat 90. do kin wszedł thriller ekologiczny, luźno oparty na mającej miejsce dwie dekady wcześniej epidemii wirusa ebola w Afryce. Doborowa obsada i znane nazwiska stojące za kamerą pozwoliły zrobić z tej historii kasowy hit, jednocześnie uświadamiając publikę o istnieniu choroby. Mało jednak kto wie, iż Hollywood planowało w tym samym czasie inny, o wiele poważniejszy w wydźwięku i wierniejszy faktom film, który ostatecznie… nie powstał. Aczkolwiek wciąż krążą plotki o tym, że być może The Hot Zone trafi w końcu na duży ekran, to jednak w tym wypadku jego twórcy koncertowo przegrali wyścig z czasem oraz konkurencją. Ta wszak nigdy nie śpi.
